Archiwa tagu: wyróżnione

Sardyński dreszczowiec, czyli o lekceważeniu śródziemnomorskich „górek” słów kilka

Już wrzesień, lato się kończy, ale  wiecie, że to tak naprawdę najlepszy czas na podróże do większości śródziemnomorskich destynacji? Upały się już skończyły, temperatura oscyluje wokół 20-25 stopni, więc w końcu można spokojnie zacząć zwiedzać i chodzić po górach. Dzisiaj chcemy Wam polecić wypad na drugą co do wielkości włoską wyspę – Sardynię:

Sardynia to jeden z typowych celów turystycznych Europejczyków: ciepło, śródziemnomorsko, blisko (2-3 godziny lotu z większości krajów naszego kontynentu) i można się tam dostać za przysłowiowy grosik (tanie linie lotnicze).

Ta wyspa, w odróżnieniu od innych typowych turystycznych destynacji, nadal daje wiele okazji do poznania codziennego życia jej mieszkańców: wystarczy wsiąść w autobus ( złapać stopa ;))  i udać się w głąb sardyńskiego lądu, aby odnaleźć jej przedturystyczne oblicze: zapyziałe miasteczka przylepione do górskich stoków, staruszkowie na przyzbach i stada kóz.

Sardynię warto również odwiedzić ze względu na baaardzo specyficzny i unikatowy na skalę światową śpiew polifoniczny, wykonywany przez tutejsze grupy śpiewacze (wpisany jest na listę dziedzictwa UNESCO). Jeden z solistów prowadzi główną melodię, a pozostali wtórują mu naśladując kozy i barany 😐 😀 Poniżej macie link do nagrania zespołu Tenore Supramonte Orgosolo, realizowanego w górach i jaskiniach Sardynii:

Tyle tytułem wstępu, ale w tym wpisie chcieliśmy Wam nie tylko przybliżyć uroki Sardynii, ale również ostrzec przed lekceważeniem jej górskiego interioru. My niestety jesteśmy świetnym przykładem jak NIE należy chodzić po górach Sardynii…

A było to tak: dojechaliśmy do Olieny, górskiego miasteczka wiszącego na zboczu jednej z gór pasma Supramonte

Przed wyruszeniem w góry, zaopatrzyliśmy się w mapę z oznaczonymi szlakami turystycznymi. Chcieliśmy przejść z Olieny do znajdujących się po przeciwnej stronie masywu górskiego jaskiń Monte Tiscali. Ponieważ znakowanego szlaku w pożądanym przez nas kierunku nie odnaleźliśmy, spojrzeliśmy na trasy OpenStreetMaps. No i tam (niestety!) zobaczyliśmy, że ktoś wyznaczył i przeszedł dokładnie tę trasę, którą chcieliśmy zrealizować. Na początku było świetnie: tylko górska przyroda i my: wyschnięte kaniony, masywne ściany skalne i ani jednego turysty.

Ale w pewnym momencie ścieżka…zanikła.

Nie chcieliśmy wracać, a na OpenStreetMaps zobaczliśmy, że trasa trawersuje pobliskie zbocze i schodzi nim na zielony płaskowyż. Wydawało się, że godzina, góra dwie i będziemy na dole. Niestety: ścieżka okazała się sypka i wąska: z jednej strony przepaść, a z drugiej pionowa ściana. Nasze załadowane górskie plecaki nie pomagały w utrzymaniu równowagi. Krok za krokiem, po około czterech godzinach udało nam się zejść na płaskowyż – poniżej widok z płaskowyżu na naszą trasę:

Tam przenocowaliśmy. Rano mieliśmy ze sobą już tylko 0,5 litra wody, ale nie przejmowaliśmy się tym, bo przecież „zeszliśmy z gór”, rzut beretem przechodzi znakowany szlak turystyczny, a według mapy całej trasy do drogi publicznej zostały nam jakieś dwie godziny. NIC bardziej mylnego moi drodzy 🙁 Zapomnieliśmy, jak słabo oznaczone potrafią być szlaki na południu Europy. W końcu znaleźliśmy ścieżkę (!)

i szlak – na zdjęciu widać dlaczego łatwo było go przeoczyć:

My na pierwsze z oznaczeń natrafiliśmy po dwóch godzinach błądzenia, choć miało nam to zająć około 15 minut… Mimo września, słońce nadal mocno prażyło, a nam skończył się zapas wody. Zasięgu telefonicznego nadal brak.  Po tym, jak znaleźliśmy pierwszy znak szlaku na kamieniu też nie było łatwo – szukanie kolejnych oznaczeń było zadaniem karkołomnym, a ścieżek wydeptanych przez pasące się stada kóz było przynajmniej kilkanaście. Każda z nich mogła być naszym szlakiem. Tak więc kolejne kilka godzin spędziliśmy błądząc po dzikim oliwkowym lesie, napotykając kozy, ale ani jednego człowieka:

W końcu, wycieńczeni, dotarliśmy jakimś cudem do jezdnej drogi: w pyle zobaczyliśmy odciśnięte ślady opon samochodowych. Byliśmy uratowani!

Udało nam się, ale mogło być różnie. Mieliśmy mapę, kompas i świetny zmysł orientacyjny Pawła, a mimo tego trasa okazała się niebezpieczna. Tak to w górach bywa, więc to co możemy Wam (i sobie) na przyszłe wędrówki po górskich bezdrożach doradzić to:

…NIEZBĘDNIK GÓRSKIEJ WYCIECZKI NA POŁUDNIU EUROPY….

Wybierając się na górską wycieczkę do jednego z  krajów południowej Europy pamiętajcie, że:

  • Z dużym prawdopodobieństwem traficie na bardzo słabe oznaczenia szlaków: niezwykle skąpe i słabo widoczne, a ich stan rzadko kontrolowany.
  • Wasza wycieczka może się przedłużyć: bierzcie dwukrotnie większy zapas wody niż potrzebujecie. Wody mieliśmy tylko i dokładnie tyle ile trzeba na kilkugodzinną wycieczkę, a okazało się, że w górach Sardynii przyszło nam spędzić prawie dwa pełne dni.
  • Na południu Europy po upalnym lecie, po górskich strumieniach pozostaje jedynie piach i kamienie – nie ma możliwości uzupełnienia zapasów na miejscu, mimo zaznaczonych strumieni na mapie!
  • Zapomnijcie o zasięgu komórkowym – pomocy nie wezwiecie; warto więc zaopatrzyć się w race/flary alarmowe: wiele nie ważą ani nie kosztują, a mogą uratować Wam życie.

………………………………………………………………………………………………………………

A Wy co byście dodali do tej listy? Jesteśmy pewni, że macie swoje własne, cenne doświadczenia. Koniecznie napiszcie Wasze porady w komentarzach, dzięki!

 

 

 

 

 

Kirgizi i my, czyli spożywanie w Kirgistanie

 

Pewnego razu w Kirgistanie … było wielkie ucztowanie

Kymyz lał się strumieniami

Stoły pod mantami i lepioszkami się uginały

W każdej wiosce ugoszczeni, w opowieści zasłuchani…

Ehh, to był piękny czas i to już równe dziesięć lat temu! I wiecie co, nic by z tych wieczornych biesiad nie było, gdybyśmy byli np. Francuzami, czy Amerykanami, bo byśmy się po prostu niedogadali!  Naprawdę dobrze być Polakiem – dzięki bliskości polskiego i rosyjskiego mogliśmy wejść w świat niedostępny dla ludzi „z zachodu”. Na pewno pomagał również fakt pochodzenia z byłego bloku komunistycznego – to coś co łączyło, przybliżało duchowo Kirgizom odległą o pięć tysięcy kilometrów Polskę. Nie czekajcie więc dłużej i odwiedźcie ten gościnny kraj, warto!

Na ciążę Ci kajak?!

 

Lamy spodziewają się potomka 🙂 Pomimo moich trudności z poruszaniem (to już ósmy miesiąc!) nie mogliśmy sobie i Tomkowi odmówić wakacji. Miało być spokojnie i bez szaleństw: przyjeziorna plaża na której Tomek robi babki z piasku, a ja co najwyżej dostojnie unoszę się na materacu. No ale okazało się, że mimo najlepszych chęci, siedzenia na plaży nie wytrzymują moje obciążone dodatkowym balastem plecy i biodra. Spacery po lesie odpadły z tego samego powodu. Wygodnie było mi tylko na krześle 🙁 Aż tu nagle do głowy wpadł mi szalony pomysł, ostatnia deska ratunku: KAJAK. Pełna obaw wsiadłam i zaczęłam wiosłować. Dziesięć minut, godzina, dwie godziny … a mi cały czas wygodnie i zero bólu. Dzień po tym wyczynie czułam się rześko i wyśmienicie, więc znowu wsiedliśmy w kajak. Gdybym potrafiła, napisałabym jakąś „Odę do Kajaka”, ale powiem krótko: Kajaku, dziękuję! Uratowałeś nasze wakacje!

Poniżej kilka zdjęć z kajakowych wędrówek po Pojezierzu Brodnickim. Było dziko i cudownie: gniazda z młodymi łabądkami, perkozy, nenufarowe Morza Sargassowe, a nawet… mapa skarbów znaleziona w butelce 🙂 A wszystko to dzięki kajakowi <3

Dlaczego płoną kościoły w Chile? Odpowiedzi bezpośrednio od Chilijczyków

Niezrozumiała sytuacja

W Chile kościoły płoną od dawna. Raz na rok, dwa lata, ale regularnie. Ten kraj to w  większości katolicy i protestanci, znikomą część stanowią muzułmanie. Co więcej, Chilijczycy to naród bardzo spokojny i ułożony, zupełnie niewpisujący się stereotyp „latynoskiego temperamentu”. Liczba morderstw, kradzieży jest w tym kraju najniższa w całej Ameryce Południowej. PKB wysokie, przeciętnemu zjadaczowi chleba żyje się całkiem nieźle. Dlaczego więc w Chile płoną kościoły? Co jest przyczyną tego zjawiska? Czy są nimi ostatnio nagłośnione przestępstwa na tle seksualnym katolickich księży? Sięgnęliśmy do prasy, porozmawialiśmy ze znajomymi Chilijczykami i jakiejś odpowiedzi możemy już udzielić. Zachęcam do czytania wszystkich tych, którzy tak jak my dzięki podróżom starają się zrozumieć otaczający nas świat.


Źródło:  Javier SanchoFlickr.com

Skąd te podpalenia?

Pewnie pamiętacie, jak w styczniu papież Franciszek odwiedził Chile, mówiły o tym wydarzeniu również polskie media.  Głośno wtedy było o skandalach seksualnych wśród tamtejszych księży katolickich i ukrywaniu ich przez przełożonych. Jednocześnie z przyjazdem papieża zbiegły się liczne podpalenia katolickich świątyń. Czyżby więc powodem podpaleń były przestępstwa seksualne księży? W polskich mediach trudno znaleźć odpowiedź więc sprawdziliśmy u źródła, w chilijskich serwisach. Tam jednak również nie znaleźliśmy jednoznacznego wyjaśnienia. Dlatego o odpowiedź zapytaliśmy naszych znajomych Chilijczyków. Od razu zaprzeczyli naszej teorii powiązania podpaleń z aktami pedofilii:

„Podpalenia kościołów w naszym kraju są związane z walką o ziemię pomiędzy Mapuchami* (i innymi ludami rdzennymi Chile), a państwem. Zwróć uwagę, że oni nie tylko podpalają kościoły, ale również prywatne budynki, domy tych, którzy odebrali im ziemię sto, dwieście lat temu”.

Mapuche walczą więc o odzyskanie swoich ziem, dostępu do wody i godnego życia, które im wtedy odebrano. Są dużo silniejsi i bardziej zdeterminowani do walki niż ludy rdzenne Ameryki Północnej, bo kolonizacja ich terenów nastąpiła tutaj dużo później, dopiero pod koniec XIX wieku. Do tego czasu Mapuche tworzyli państwo, zajmujące obszar wielkości jednej trzeciej  obecnego terytorium Chile, skutecznie odpierając ataki konkwistadorów. Mapuche są tak naprawdę ostatnią silną grupą ludności rdzennej obu Ameryk, która jest w stanie walczyć o naprawienie dokonanych przez białych krzywd.

Zemsta za wydarzenia sprzed stu lat?

No dobrze, zapytałam, ale dlaczego płoną nie tylko domy osadników, ale również kościoły? Znajoma odpowiedziała:

„Moim zdaniem, chociaż nie mówi się tego otwarcie, przyczyną podpaleń jest głęboko ukryty żal i gniew Mapuchy do Kościoła chrześcijańskiego za współuczestniczenie i wspomaganie państwa chilijskiego w kolonizacji ich kraju w XIX wieku. Wielki gniew i chęć zemsty za siłowe narzucanie chrześcijańskiej wiary i brak sprzeciwu wobec odbierania ziem Mapuchom i nadawania jej europejskim osadnikom”.

Mapuche do dzisiaj dobrze pamiętają, co jest przyczyną ich obecnej, złej sytuacji ekonomicznej oraz utraty kulturowej tożsamości. I obwiniają za nią nie tylko państwo chilijskie, które najechało ich ziemie, ale również kościół, który pomagał w kolonizacji.

Odpowiadając na pytanie artykułu, Dlaczego płoną chilijskie kościoły?, można  więc powiedzieć, że podpalenia nie są bezpośrednio związane ze skandalami wykorzystywania nieletnich przez księży katolickich, natomiast z pewnością wydarzenia te mogły dodatkowo zachwiać pozycją i szacunkiem dla Kościoła w Chile. Akty pedofilii mogły dać Mapuchom moralne przyzwolenie na podpalanie katolickich świątyń.

Ignorowanie problemu prowadzi do przemocy

 

Zjawisko podpaleń nieprzypadkowo nasiliło się przed planowaną wizytą papieża Franciszka w tym kraju. Po tym wyraźnie widać, że Mapuche chcieli dotrzeć do międzynarodowych mediów ze swoim przekazem. Pytanie, które narzuca się w momencie przeczytania takiej wiadomości, brzmi: dlaczego ta grupa etniczna posuwa się do aż tak agresywnych działań? Co spowodowało, że zdecydowali się sięgnąć po tak drastyczne środki? Desperacja, brak reprezentacji ich praw w parlamencie chilijskim i brak szans na zmianę tej sytuacji doprowadziła do frustracji i podejmowaniu działań agresywnych – wynika z rozmów z naszymi znajomymi.

Franciszek podczas swojej wizyty w tym kraju z jednej strony podkreślał, że konflikty nie mogą być rozwiązywane za pomocą przemocy, że takie podejście powoduje natychmiastowe obwinienie atakującego i odbiera mu prawo do prezentowania swoich racji. Z drugiej strony jednak wsparł walkę Mapuchy z państwem chilijskim, przypominając, że traktaty i umowy zawierane między stronami były wielokrotnie łamane przez stronę państwa chilijskiego, co odebrało nadzieję na pozytywne dla nich rozwiązanie kwestii przy pomocy dostępnych, legalnych środków prawa.

Zainteresowała Cię sprawa Mapuchy? Zachęcamy do przeczytania naszego  artykułu o historii ludu Mapuche oraz  artykułu o segregacji klasowej i rasizmie w Chile i w całej Ameryce Południowej.

*Nie będę w tym tekście używać obraźliwego zwrotu „Indianie Mapuche”, stosowanego przez rząd chilijski; nie wiedzieć czemu pomyłka Kolumba zakorzeniła się w międzynarodowej świadomości, co powoduje, że rdzennych mieszkańców obu Ameryk uporczywie nazywa się Indianami. Mapuche, z którymi mieliśmy przyjemność rozmawiać, czują się urażeni tym określeniem.

………………..

Na koniec, dla zainteresowanych,  jeszcze sprawa skandalów seksualnych w Chile. Kwestia ta od kilku ostatnich lat wstrząsa raz po raz chilijskim społeczeństwem. Sprawa nabrała rozpędu jakieś pięć lat temu, kiedy to Thomas Hamilton, szanowany (biały) obywatel, na dodatek lekarz, przerwał zmowę milczenia i opowiedział mediom o swoich doświadczeniach z seminarium. Przed tym wywiadem, kwestia przypadków pedofilii w Kościele była lekceważona, mało kto mówił o tych wydarzeniach otwarcie. Ale po relacji Hamiltona wszystko się zmieniło: do mediów zaczęły zgłaszać się setki pokrzywdzonych. Długi czas papież nie chciał wierzyć tym zarzutom, jednak po styczniowej wizycie w Chile zlecił zbadanie sprawy wysłannikom z Watykanu, którzy potwierdzili najgorsze przypuszczenia. Skutkiem była odważna, ale bardzo potrzeba decyzja: rezygnacja ze stanowisk wszystkich biskupów tego kraju. Nieprzypadkowo nastąpiła ona podczas ich wizyty w Watykanie, na którą zostali wezwani przez papieża.

……………………………..

 

Questing – pomysłowy sposób na udane popołudnie (uwaga: przygoda w mieście!)

Dzisiaj chcemy podzielić się z Wami nowo odkrytym sposobem na niekonwencjonalne zwiedzanie. Sprawdziliśmy na własnej skórze i gorąco polecamy! Jeżeli jeszcze nie jesteście fanami questingu, to tylko dlatego, że jeszcze go nie poznaliście 😉

Kiedy jedziemy gdzieś daleko, na drugi koniec świata, o niezwykłe doznania nietrudno. Ameryka Południowa, Azja, Afryka – wystarczy zejść z pokładu samolotu, żeby poczuć dreszczyk adrenaliny i zachłysnąć się innością kultury, krajobrazu, ludzi. Ale wiecie co? Niezwykłe miejsca są wszędzie, czają się w zakamarkach mijanych w drodze do pracy kamienic, spoczywają od stuleci kilka metrów pod ulicą, którą mkniemy przez miasto.

Nie jest to jakaś wielce odkrywcza myśl, ale za to wielce odkrywczym i pomysłowym sposobem na poznawanie naszej okolicy jest to, co skłoniło mnie do tych rozmyślań, czyli … questing 🙂

Questing to tak naprawdę … podchody. Tyle, że w bardziej profesjonalnym wydaniu. Ze strony questy.com.pl, podchody.pl, questing.pl (strona od dwóch dni nie działa niestety, więc link do jej kopii), albo pokrewnej wybierasz trasę, którą chcesz przejść. W całej Polsce jest ich już kilkaset:

Trasy można filtrować nie tylko pod kątem geograficznego rozmieszczenia, ale także zawartości (historyczna, naturalna, kulturalna) i środka transportu, którym się przemieszczamy (trasy piesze, rowerowe, samochodowe, a nawet … kajakowe!)

Ściągasz na telefon wskazówki i … możesz zaczynać! Trasy wiodą poza szlakami turystycznymi, nieoznakowanymi ścieżkami (a w przypadku miast ulicami), więc możesz poczuć się jak odkrywca, a nie jak tysięczny turysta przemierzający dany szlak :O 😉 Po drodze masz do rozwiązania masę zagadek. Gdy zgromadzisz komplet odpowiedzi wpisujesz je w krzyżówkę i otrzymujesz swoją nagrodę – hasło. Nie wiem czy tak jest na wszystkich trasach, ale na naszej na końcu czekała na nas również ukryta skrzyneczka z piękną pieczęcią do wbicia jako dowód przejścia całej trasy 🙂

Dodam, że za uczestniczenie w questingu/pobranie opisów tras nie trzeba nic płacić J W Krakowie tras jest kilkanaście (Szlakiem Zbrodni, Znajdź Szczęście na Kazimierzu itd.), a w jego okolicach również kilka, np.: „Lanckorońskie Anioły”, czy „Od La Verny do Alwerni”.

A to już sprawdzona przez nas trasa „Z Bronowic Małych do Mydlnik”:

Na trasę zabrałam mojego Pawła z okazji urodzin, cieszył się jak dziecko 😀 Trasa była po prostu świetna! Częściowo prowadziła przez obszar starych Bronowic, a częściowo przez łąki i pola z panoramą na caaały Lasek Wolski, wraz z kopcem Piłsudskiego. Dodam, że wcześniej, jak to Krakusy, byliśmy już na spacerze w tych okolicach, ale questing pozwolił nam na dotarcie do miejsc położonych poza wyznaczonym szlakiem, ukrytych perełek, których sami nigdy byśmy nie znaleźli/patrzyli i nie domyślali się, jaką niesamowitą historię skrywają. Ot na przykład ukryty w krzakach przy ulicy Tetmajera potok z dłuugim, pięknie zdobionym zabytkowym mostem i kolumnadą, prowadzącą na szczyt wzniesienia:

Albo przytulona do brzydkiego budynku z lat 70. Piękna drewniana chata z 1910 roku. Albo autentyczny średniowieczny pręgierz z krakowskiego rynku, zamieniony w kapliczkę, a umiejscowiony za płotem, na prywatnej posesji :O

To co, gotowi na questing? Kanapki w plecak i ruszamy ku przygodzie, półgodziny od domu, po pracy! 🙂 🙂 🙂

Pomysły na jednodniowe wypady z Krakowa: Beskid Mały

Beskid Mały to miejsce wymarzone na krótkie, weekendowe wypady z dziećmi. Mocno zalesiony, poprzeplatany jest jednak licznymi widokowymi polanami i łąkami. Znajdziemy tu sporo krótkich, niewymagających tras. No i właśnie w tym tekście chcielibyśmy Wam polecić kilka z nich. Zapraszamy do wspólnych wędrówek, szczególnie teraz, gdy wszędzie już zielono, a upały jeszcze nie dokuczają!

Zamczysko (Pasmo Łysicy)

W ubiegły weekend jeżdżąc palcem po mapie Beskidu Małego natrafiliśmy na zespół skalny Zamczysko, w paśmie Łysicy.  Po dotarciu na miejsce byliśmy zaskoczeni: prawdziwy kanion skalny, ze ścianami wysokimi na kilkanaście metrów!  A wszystko pięknie omszałe, zapajęczynione i pełne tajemniczych szczelin. Nasz syn był zachwycony: biegał z latarką i zaglądał w każdą z nich 🙂 Kilka zdjęć poniżej, mamy nadzieję, że odwiedzicie to miejsce już niedługo:

My dojechaliśmy samochodem do Kocierza Rychwałdzkiego i po godzinie wędrówki zielonym szlakiem dotarliśmy do Zamczyska.

Gibasówka (Pasmo Łamanej Skały)

Kolejna propozycja leży bardzo niedaleko, w grzbiecie Łamanej Skały. Zobaczcie efekty pracy bobrów (a może i je same?), a później zachłyśnijcie się rozległymi widokami 360  stopni z grzbietu Gibasówki:

Leskowiec

Król Beskidu Małego, pozycja obowiązkowa. Nie tylko ze względu na widoki ze szczytu (Babia Góra, Tatry), ale również specjały schroniskowej kuchni … 😉

Chatka pod Potrójną                              (Pasmo Łamanej Skały)

A tu zimowa wycieczka do niezwykle klimatycznej, zagubionej i zapyziałej (;)) Chatki pod Potrójną:

Piszcie śmiało jeżeli macie jakieś pytania, chcielibyście poznać szczegóły tras. Uściski!

Z naszych podróży: jak to jest być chrześcijaninem w różnych częściach świata?

Podróżując mieliśmy okazję brać udział w Mszach Świętych w różnych zakątkach świata. Każde z tych doświadczeń jednocześnie budziło niesamowite wzruszenie, poczucie ponadnarodowej i ponadkulturowej wspólnoty i zjednoczenia wokół tych samych wartości. Z drugiej jednak strony, spotkanie z każdą z tych grup katolików było zaskakujące i inspirujące do przemyślenia kształtu wiary, z jakim mamy do czynienia w naszym kraju.

Dania – misje północy

Weźmy na przykład Danię. To kraj praktycznie zupełnie ateistyczny, w którym słowo „Bóg” rzadko kiedy pojawia się w debacie publicznej, no może w kontekście „Czy istnieje coś po tym życiu, czy nie”. Dlatego księża wyjeżdżający z Polski do Danii, czy innych krajów skandynawskich, wysyłani są „na misje”, zupełnie jak do Afryki.

Kiedy w pracy wspomniałam, że chodzę co tydzień do kościoła, patrzono na mnie jak na wariatkę albo świętą.

No bo komu chciałoby się poświęcać cenną jedną czterdziestą ósmą weekendu na spotkanie z Bogiem, i to w kościele? Z tych właśnie powodów wspólnota katolicka w Danii jest niewielka, ale bardzo silnie związana. Wiara jest dla większości z tamtejszych katolików na pierwszym miejscu. Dla mnie, Polki, było to doświadczenie niezwykłe i pogłębiające wiarę. W Polsce dostajemy wszystko na talerzu: msza o każdej porze dnia, spowiedź święta na zawołanie, tłumy w kościołach. Ludzie, doceńmy to! Polska to naprawdę jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie z taką swobodą można powiedzieć: jestem katolikiem. Z drugiej strony obserwując tę ścisłą wspólnotę wiary w Danii, pomyślałam: warto, żeby każdy z nas, chociaż raz spróbował zaangażować się w życie Kościoła tak na poważnie, jak to robi w Danii praktycznie każdy katolik.

Poważnym problemem w Danii jest utrzymanie kościołów. Ksiądz w naszym, kilkudziesięciotysięcznym mieście (Randers), spał na nieogrzewanym strychu i mył się w zimnej wodzie, żeby wspomóc opłacenie czynszu za wynajem kościoła.

Katolik często musi dojechać kilkaset kilometrów, żeby móc wziąć udział w niedzielnej Mszy Świętej. Zupełnie jak wierni w amazońskiej dżungli.

Turcja – chrześcijaństwo jako folklor

A jak to jest uczestniczyć we Mszy Świętej w malutkim tureckim miasteczku?

Pamiętam, jak weszliśmy z Pawłem do kościoła i siedliśmy w pierwszej lepszej ławce. Nagle za plecami usłyszeliśmy szmer zaniepokojenia i szepty…

W końcu ktoś do nas podszedł i zapytał, czy jesteśmy ochrzczeni. Kiedy przytaknęliśmy, powiedział, że w takim razie siedliśmy PO ZŁEJ STRONIE KOŚCIOŁA 😐 Okazało się, że jeden rząd ławek zarezerwowany jest dla osób ochrzczonych, a drugi dla tych, którzy dopiero starają się o przystąpienie do tego sakramentu.

Również dobrze pamiętam historię  tamtejszego księdza o gapiach, przychodzących do kościoła, żeby zobaczyć „co Ci chrześcijanie robią”.  Część z nich chciała przyjąć Komunię Świętą, no bo oczywiście nie wiedzieli, że jako muzułmanie nie mogą 😉

Ksiądz opowiadał również anegdotki o młodych Turkach, którzy „dla szpanu” każą sobie wpisać do dowodu osobistego w rubryce „wyznanie” (tak, taka rubryka widnieje w dowodach tureckich) CHRZEŚCIJANIN, pomimo tego, że jest ateistą lub muzułmaninem 😉

Jeżeli chodzi o Komunię, to katolicy z mersińskiej wspólnoty mają ciekawe do niej podejście: przyjmuje ją każdy ochrzczony. Nawet jak u spowiedzi był ostatni raz kilka lat temu…

Wracając do niekatolików biorących udział we Mszy Świętej, to część z nich wychodziła z kościoła zupełnie zszokowana. Ale takie reakcje nie powinny dziwić. Zastanówmy się: jak my zareagowalibyśmy, nie znając Pisma Świętego, na słowa „Oto Ciało moje, Oto Krew moja”, „Jedzcie i pijcie z tego wszyscy?”. Albo co powiedzielibyśmy na widok figury zakrwawionego mężczyzny wiszącego na krzyżu?

Ksiądz Maciej na co dzień zmierza się z tego typu sytuacjami. Część z nich opisuje na swoich blogu, zachęcamy do czytania: http://bratmaciej.blogspot.com/

Chile – problemy Kościoła

Przed wyjazdem do Ameryki Południowej żyliśmy w przekonaniu, że ten kontynent to ostoja chrześcijaństwa. Jakież zdziwienie ogarnęło nas więc gdy podczas niedzielnej Mszy Świętej, jedynej w ciągu całego dnia, w kościele obecnych było może dwadzieścia-trzydzieści osób.

Dodam, że w świątyni znajdowało się przynajmniej dwieście miejsc siedzących. Księdzem nie był też Chilijczyk, ale Kolumbijczyk. Skąd tak mała frekwencja? Styczniowa wizyta papieża Franciszka w tym kraju pokazała, z jak wielkimi trudnościami boryka się chilijski kościół katolicki. Afery pedofilskie wśród księży na wielką skalę i ich ukrywanie przez zwierzchników, spowodowały odwrót od wiary.

O tej sprawie, jak również o przyczynach podpaleń kościołów przez ludność autochtoniczną, Mapuchy,  napiszemy więcej mam nadzieję już w kolejnym tekście na blogu. Będzie on podsumowaniem naszych rozmów ze znajomymi Chilijczykami.

 

 

Fotorelacja: Ziemia Ognista NAPAKOWANA zwierzętami!