Wszystkie wpisy, których autorem jest Gdzie lamy mówią dobranoc

Dlaczego płoną kościoły w Chile? Odpowiedzi bezpośrednio od Chilijczyków

Niezrozumiała sytuacja

W Chile kościoły płoną od dawna. Raz na rok, dwa lata, ale regularnie. Ten kraj to w  większości katolicy i protestanci, znikomą część stanowią muzułmanie. Co więcej, Chilijczycy to naród bardzo spokojny i ułożony, zupełnie niewpisujący się stereotyp „latynoskiego temperamentu”. Liczba morderstw, kradzieży jest w tym kraju najniższa w całej Ameryce Południowej. PKB wysokie, przeciętnemu zjadaczowi chleba żyje się całkiem nieźle. Dlaczego więc w Chile płoną kościoły? Co jest przyczyną tego zjawiska? Czy są nimi ostatnio nagłośnione przestępstwa na tle seksualnym katolickich księży? Sięgnęliśmy do prasy, porozmawialiśmy ze znajomymi Chilijczykami i jakiejś odpowiedzi możemy już udzielić. Zachęcam do czytania wszystkich tych, którzy tak jak my dzięki podróżom starają się zrozumieć otaczający nas świat.


Źródło:  Javier SanchoFlickr.com

Skąd te podpalenia?

Pewnie pamiętacie, jak w styczniu papież Franciszek odwiedził Chile, mówiły o tym wydarzeniu również polskie media.  Głośno wtedy było o skandalach seksualnych wśród tamtejszych księży katolickich i ukrywaniu ich przez przełożonych. Jednocześnie z przyjazdem papieża zbiegły się liczne podpalenia katolickich świątyń. Czyżby więc powodem podpaleń były przestępstwa seksualne księży? W polskich mediach trudno znaleźć odpowiedź więc sprawdziliśmy u źródła, w chilijskich serwisach. Tam jednak również nie znaleźliśmy jednoznacznego wyjaśnienia. Dlatego o odpowiedź zapytaliśmy naszych znajomych Chilijczyków. Od razu zaprzeczyli naszej teorii powiązania podpaleń z aktami pedofilii:

„Podpalenia kościołów w naszym kraju są związane z walką o ziemię pomiędzy Mapuchami* (i innymi ludami rdzennymi Chile), a państwem. Zwróć uwagę, że oni nie tylko podpalają kościoły, ale również prywatne budynki, domy tych, którzy odebrali im ziemię sto, dwieście lat temu”.

Mapuche walczą więc o odzyskanie swoich ziem, dostępu do wody i godnego życia, które im wtedy odebrano. Są dużo silniejsi i bardziej zdeterminowani do walki niż ludy rdzenne Ameryki Północnej, bo kolonizacja ich terenów nastąpiła tutaj dużo później, dopiero pod koniec XIX wieku. Do tego czasu Mapuche tworzyli państwo, zajmujące obszar wielkości jednej trzeciej  obecnego terytorium Chile, skutecznie odpierając ataki konkwistadorów. Mapuche są tak naprawdę ostatnią silną grupą ludności rdzennej obu Ameryk, która jest w stanie walczyć o naprawienie dokonanych przez białych krzywd.

Zemsta za wydarzenia sprzed stu lat?

No dobrze, zapytałam, ale dlaczego płoną nie tylko domy osadników, ale również kościoły? Znajoma odpowiedziała:

„Moim zdaniem, chociaż nie mówi się tego otwarcie, przyczyną podpaleń jest głęboko ukryty żal i gniew Mapuchy do Kościoła chrześcijańskiego za współuczestniczenie i wspomaganie państwa chilijskiego w kolonizacji ich kraju w XIX wieku. Wielki gniew i chęć zemsty za siłowe narzucanie chrześcijańskiej wiary i brak sprzeciwu wobec odbierania ziem Mapuchom i nadawania jej europejskim osadnikom”.

Mapuche do dzisiaj dobrze pamiętają, co jest przyczyną ich obecnej, złej sytuacji ekonomicznej oraz utraty kulturowej tożsamości. I obwiniają za nią nie tylko państwo chilijskie, które najechało ich ziemie, ale również kościół, który pomagał w kolonizacji.

Odpowiadając na pytanie artykułu, Dlaczego płoną chilijskie kościoły?, można  więc powiedzieć, że podpalenia nie są bezpośrednio związane ze skandalami wykorzystywania nieletnich przez księży katolickich, natomiast z pewnością wydarzenia te mogły dodatkowo zachwiać pozycją i szacunkiem dla Kościoła w Chile. Akty pedofilii mogły dać Mapuchom moralne przyzwolenie na podpalanie katolickich świątyń.

Ignorowanie problemu prowadzi do przemocy

 

Zjawisko podpaleń nieprzypadkowo nasiliło się przed planowaną wizytą papieża Franciszka w tym kraju. Po tym wyraźnie widać, że Mapuche chcieli dotrzeć do międzynarodowych mediów ze swoim przekazem. Pytanie, które narzuca się w momencie przeczytania takiej wiadomości, brzmi: dlaczego ta grupa etniczna posuwa się do aż tak agresywnych działań? Co spowodowało, że zdecydowali się sięgnąć po tak drastyczne środki? Desperacja, brak reprezentacji ich praw w parlamencie chilijskim i brak szans na zmianę tej sytuacji doprowadziła do frustracji i podejmowaniu działań agresywnych – wynika z rozmów z naszymi znajomymi.

Franciszek podczas swojej wizyty w tym kraju z jednej strony podkreślał, że konflikty nie mogą być rozwiązywane za pomocą przemocy, że takie podejście powoduje natychmiastowe obwinienie atakującego i odbiera mu prawo do prezentowania swoich racji. Z drugiej strony jednak wsparł walkę Mapuchy z państwem chilijskim, przypominając, że traktaty i umowy zawierane między stronami były wielokrotnie łamane przez stronę państwa chilijskiego, co odebrało nadzieję na pozytywne dla nich rozwiązanie kwestii przy pomocy dostępnych, legalnych środków prawa.

Zainteresowała Cię sprawa Mapuchy? Zachęcamy do przeczytania naszego  artykułu o historii ludu Mapuche oraz  artykułu o segregacji klasowej i rasizmie w Chile i w całej Ameryce Południowej.

*Nie będę w tym tekście używać obraźliwego zwrotu „Indianie Mapuche”, stosowanego przez rząd chilijski; nie wiedzieć czemu pomyłka Kolumba zakorzeniła się w międzynarodowej świadomości, co powoduje, że rdzennych mieszkańców obu Ameryk uporczywie nazywa się Indianami. Mapuche, z którymi mieliśmy przyjemność rozmawiać, czują się urażeni tym określeniem.

………………..

Na koniec, dla zainteresowanych,  jeszcze sprawa skandalów seksualnych w Chile. Kwestia ta od kilku ostatnich lat wstrząsa raz po raz chilijskim społeczeństwem. Sprawa nabrała rozpędu jakieś pięć lat temu, kiedy to Thomas Hamilton, szanowany (biały) obywatel, na dodatek lekarz, przerwał zmowę milczenia i opowiedział mediom o swoich doświadczeniach z seminarium. Przed tym wywiadem, kwestia przypadków pedofilii w Kościele była lekceważona, mało kto mówił o tych wydarzeniach otwarcie. Ale po relacji Hamiltona wszystko się zmieniło: do mediów zaczęły zgłaszać się setki pokrzywdzonych. Długi czas papież nie chciał wierzyć tym zarzutom, jednak po styczniowej wizycie w Chile zlecił zbadanie sprawy wysłannikom z Watykanu, którzy potwierdzili najgorsze przypuszczenia. Skutkiem była odważna, ale bardzo potrzeba decyzja: rezygnacja ze stanowisk wszystkich biskupów tego kraju. Nieprzypadkowo nastąpiła ona podczas ich wizyty w Watykanie, na którą zostali wezwani przez papieża.

……………………………..

 

Questing – pomysłowy sposób na udane popołudnie (uwaga: przygoda w mieście!)

Dzisiaj chcemy podzielić się z Wami nowo odkrytym sposobem na niekonwencjonalne zwiedzanie. Sprawdziliśmy na własnej skórze i gorąco polecamy! Jeżeli jeszcze nie jesteście fanami questingu, to tylko dlatego, że jeszcze go nie poznaliście 😉

Kiedy jedziemy gdzieś daleko, na drugi koniec świata, o niezwykłe doznania nietrudno. Ameryka Południowa, Azja, Afryka – wystarczy zejść z pokładu samolotu, żeby poczuć dreszczyk adrenaliny i zachłysnąć się innością kultury, krajobrazu, ludzi. Ale wiecie co? Niezwykłe miejsca są wszędzie, czają się w zakamarkach mijanych w drodze do pracy kamienic, spoczywają od stuleci kilka metrów pod ulicą, którą mkniemy przez miasto.

Nie jest to jakaś wielce odkrywcza myśl, ale za to wielce odkrywczym i pomysłowym sposobem na poznawanie naszej okolicy jest to, co skłoniło mnie do tych rozmyślań, czyli … questing 🙂

Questing to tak naprawdę … podchody. Tyle, że w bardziej profesjonalnym wydaniu. Ze strony questy.com.pl, podchody.pl, questing.pl (strona od dwóch dni nie działa niestety, więc link do jej kopii), albo pokrewnej wybierasz trasę, którą chcesz przejść. W całej Polsce jest ich już kilkaset:

Trasy można filtrować nie tylko pod kątem geograficznego rozmieszczenia, ale także zawartości (historyczna, naturalna, kulturalna) i środka transportu, którym się przemieszczamy (trasy piesze, rowerowe, samochodowe, a nawet … kajakowe!)

Ściągasz na telefon wskazówki i … możesz zaczynać! Trasy wiodą poza szlakami turystycznymi, nieoznakowanymi ścieżkami (a w przypadku miast ulicami), więc możesz poczuć się jak odkrywca, a nie jak tysięczny turysta przemierzający dany szlak :O 😉 Po drodze masz do rozwiązania masę zagadek. Gdy zgromadzisz komplet odpowiedzi wpisujesz je w krzyżówkę i otrzymujesz swoją nagrodę – hasło. Nie wiem czy tak jest na wszystkich trasach, ale na naszej na końcu czekała na nas również ukryta skrzyneczka z piękną pieczęcią do wbicia jako dowód przejścia całej trasy 🙂

Dodam, że za uczestniczenie w questingu/pobranie opisów tras nie trzeba nic płacić J W Krakowie tras jest kilkanaście (Szlakiem Zbrodni, Znajdź Szczęście na Kazimierzu itd.), a w jego okolicach również kilka, np.: „Lanckorońskie Anioły”, czy „Od La Verny do Alwerni”.

A to już sprawdzona przez nas trasa „Z Bronowic Małych do Mydlnik”:

Na trasę zabrałam mojego Pawła z okazji urodzin, cieszył się jak dziecko 😀 Trasa była po prostu świetna! Częściowo prowadziła przez obszar starych Bronowic, a częściowo przez łąki i pola z panoramą na caaały Lasek Wolski, wraz z kopcem Piłsudskiego. Dodam, że wcześniej, jak to Krakusy, byliśmy już na spacerze w tych okolicach, ale questing pozwolił nam na dotarcie do miejsc położonych poza wyznaczonym szlakiem, ukrytych perełek, których sami nigdy byśmy nie znaleźli/patrzyli i nie domyślali się, jaką niesamowitą historię skrywają. Ot na przykład ukryty w krzakach przy ulicy Tetmajera potok z dłuugim, pięknie zdobionym zabytkowym mostem i kolumnadą, prowadzącą na szczyt wzniesienia:

Albo przytulona do brzydkiego budynku z lat 70. Piękna drewniana chata z 1910 roku. Albo autentyczny średniowieczny pręgierz z krakowskiego rynku, zamieniony w kapliczkę, a umiejscowiony za płotem, na prywatnej posesji :O

To co, gotowi na questing? Kanapki w plecak i ruszamy ku przygodzie, półgodziny od domu, po pracy! 🙂 🙂 🙂

Pomysły na jednodniowe wypady z Krakowa: Beskid Mały

Beskid Mały to miejsce wymarzone na krótkie, weekendowe wypady z dziećmi. Mocno zalesiony, poprzeplatany jest jednak licznymi widokowymi polanami i łąkami. Znajdziemy tu sporo krótkich, niewymagających tras. No i właśnie w tym tekście chcielibyśmy Wam polecić kilka z nich. Zapraszamy do wspólnych wędrówek, szczególnie teraz, gdy wszędzie już zielono, a upały jeszcze nie dokuczają!

Zamczysko (Pasmo Łysicy)

W ubiegły weekend jeżdżąc palcem po mapie Beskidu Małego natrafiliśmy na zespół skalny Zamczysko, w paśmie Łysicy.  Po dotarciu na miejsce byliśmy zaskoczeni: prawdziwy kanion skalny, ze ścianami wysokimi na kilkanaście metrów!  A wszystko pięknie omszałe, zapajęczynione i pełne tajemniczych szczelin. Nasz syn był zachwycony: biegał z latarką i zaglądał w każdą z nich 🙂 Kilka zdjęć poniżej, mamy nadzieję, że odwiedzicie to miejsce już niedługo:

My dojechaliśmy samochodem do Kocierza Rychwałdzkiego i po godzinie wędrówki zielonym szlakiem dotarliśmy do Zamczyska.

Gibasówka (Pasmo Łamanej Skały)

Kolejna propozycja leży bardzo niedaleko, w grzbiecie Łamanej Skały. Zobaczcie efekty pracy bobrów (a może i je same?), a później zachłyśnijcie się rozległymi widokami 360  stopni z grzbietu Gibasówki:

Leskowiec

Król Beskidu Małego, pozycja obowiązkowa. Nie tylko ze względu na widoki ze szczytu (Babia Góra, Tatry), ale również specjały schroniskowej kuchni … 😉

Chatka pod Potrójną                              (Pasmo Łamanej Skały)

A tu zimowa wycieczka do niezwykle klimatycznej, zagubionej i zapyziałej (;)) Chatki pod Potrójną:

Piszcie śmiało jeżeli macie jakieś pytania, chcielibyście poznać szczegóły tras. Uściski!

Z naszych podróży: jak to jest być chrześcijaninem w różnych częściach świata?

Podróżując mieliśmy okazję brać udział w Mszach Świętych w różnych zakątkach świata. Każde z tych doświadczeń jednocześnie budziło niesamowite wzruszenie, poczucie ponadnarodowej i ponadkulturowej wspólnoty i zjednoczenia wokół tych samych wartości. Z drugiej jednak strony, spotkanie z każdą z tych grup katolików było zaskakujące i inspirujące do przemyślenia kształtu wiary, z jakim mamy do czynienia w naszym kraju.

Dania – misje północy

Weźmy na przykład Danię. To kraj praktycznie zupełnie ateistyczny, w którym słowo „Bóg” rzadko kiedy pojawia się w debacie publicznej, no może w kontekście „Czy istnieje coś po tym życiu, czy nie”. Dlatego księża wyjeżdżający z Polski do Danii, czy innych krajów skandynawskich, wysyłani są „na misje”, zupełnie jak do Afryki.

Kiedy w pracy wspomniałam, że chodzę co tydzień do kościoła, patrzono na mnie jak na wariatkę albo świętą.

No bo komu chciałoby się poświęcać cenną jedną czterdziestą ósmą weekendu na spotkanie z Bogiem, i to w kościele? Z tych właśnie powodów wspólnota katolicka w Danii jest niewielka, ale bardzo silnie związana. Wiara jest dla większości z tamtejszych katolików na pierwszym miejscu. Dla mnie, Polki, było to doświadczenie niezwykłe i pogłębiające wiarę. W Polsce dostajemy wszystko na talerzu: msza o każdej porze dnia, spowiedź święta na zawołanie, tłumy w kościołach. Ludzie, doceńmy to! Polska to naprawdę jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie z taką swobodą można powiedzieć: jestem katolikiem. Z drugiej strony obserwując tę ścisłą wspólnotę wiary w Danii, pomyślałam: warto, żeby każdy z nas, chociaż raz spróbował zaangażować się w życie Kościoła tak na poważnie, jak to robi w Danii praktycznie każdy katolik.

Poważnym problemem w Danii jest utrzymanie kościołów. Ksiądz w naszym, kilkudziesięciotysięcznym mieście (Randers), spał na nieogrzewanym strychu i mył się w zimnej wodzie, żeby wspomóc opłacenie czynszu za wynajem kościoła.

Katolik często musi dojechać kilkaset kilometrów, żeby móc wziąć udział w niedzielnej Mszy Świętej. Zupełnie jak wierni w amazońskiej dżungli.

Turcja – chrześcijaństwo jako folklor

A jak to jest uczestniczyć we Mszy Świętej w malutkim tureckim miasteczku?

Pamiętam, jak weszliśmy z Pawłem do kościoła i siedliśmy w pierwszej lepszej ławce. Nagle za plecami usłyszeliśmy szmer zaniepokojenia i szepty…

W końcu ktoś do nas podszedł i zapytał, czy jesteśmy ochrzczeni. Kiedy przytaknęliśmy, powiedział, że w takim razie siedliśmy PO ZŁEJ STRONIE KOŚCIOŁA 😐 Okazało się, że jeden rząd ławek zarezerwowany jest dla osób ochrzczonych, a drugi dla tych, którzy dopiero starają się o przystąpienie do tego sakramentu.

Również dobrze pamiętam historię  tamtejszego księdza o gapiach, przychodzących do kościoła, żeby zobaczyć „co Ci chrześcijanie robią”.  Część z nich chciała przyjąć Komunię Świętą, no bo oczywiście nie wiedzieli, że jako muzułmanie nie mogą 😉

Ksiądz opowiadał również anegdotki o młodych Turkach, którzy „dla szpanu” każą sobie wpisać do dowodu osobistego w rubryce „wyznanie” (tak, taka rubryka widnieje w dowodach tureckich) CHRZEŚCIJANIN, pomimo tego, że jest ateistą lub muzułmaninem 😉

Jeżeli chodzi o Komunię, to katolicy z mersińskiej wspólnoty mają ciekawe do niej podejście: przyjmuje ją każdy ochrzczony. Nawet jak u spowiedzi był ostatni raz kilka lat temu…

Wracając do niekatolików biorących udział we Mszy Świętej, to część z nich wychodziła z kościoła zupełnie zszokowana. Ale takie reakcje nie powinny dziwić. Zastanówmy się: jak my zareagowalibyśmy, nie znając Pisma Świętego, na słowa „Oto Ciało moje, Oto Krew moja”, „Jedzcie i pijcie z tego wszyscy?”. Albo co powiedzielibyśmy na widok figury zakrwawionego mężczyzny wiszącego na krzyżu?

Ksiądz Maciej na co dzień zmierza się z tego typu sytuacjami. Część z nich opisuje na swoich blogu, zachęcamy do czytania: http://bratmaciej.blogspot.com/

Chile – problemy Kościoła

Przed wyjazdem do Ameryki Południowej żyliśmy w przekonaniu, że ten kontynent to ostoja chrześcijaństwa. Jakież zdziwienie ogarnęło nas więc gdy podczas niedzielnej Mszy Świętej, jedynej w ciągu całego dnia, w kościele obecnych było może dwadzieścia-trzydzieści osób.

Dodam, że w świątyni znajdowało się przynajmniej dwieście miejsc siedzących. Księdzem nie był też Chilijczyk, ale Kolumbijczyk. Skąd tak mała frekwencja? Styczniowa wizyta papieża Franciszka w tym kraju pokazała, z jak wielkimi trudnościami boryka się chilijski kościół katolicki. Afery pedofilskie wśród księży na wielką skalę i ich ukrywanie przez zwierzchników, spowodowały odwrót od wiary.

O tej sprawie, jak również o przyczynach podpaleń kościołów przez ludność autochtoniczną, Mapuchy,  napiszemy więcej mam nadzieję już w kolejnym tekście na blogu. Będzie on podsumowaniem naszych rozmów ze znajomymi Chilijczykami.

 

 

Biegówki na weekend: Beskid Wyspowy i kolebka polskiego narciastwa biegowego

Miejsce wycieczki: Zalesie koło Limanowej, Beskid Wyspowy.
Trasy biegowe: mała pętla wokół Zalesia (5 km) i duża wokół Mogielicy (25 km).

W końcu się udało – pierwszy raz tej zimy udało nam się pojeździć na biegówkach. Paweł jakimś wielkim fanem tego sportu nie jest, bo to dla niego sport zbyt monotonny. On woli adrenalinę i żeby się dużo działo: jak narty to zjazdowe najtrudniejszą trasą, jak góry to koniecznie przepaściste, o ostrych szczytach, a jak wycieczka to przynajmniej pięć różnych punktów na trasie.

Czytaj dalej Biegówki na weekend: Beskid Wyspowy i kolebka polskiego narciastwa biegowego

Góry Bystrzyckie i Orlickie – na narty, piesze wędrówki i po powojenne opowieści

Ten tekst przeleżał sobie na pulpicie mojego komputera okrągły rok, czyli od czasu kiedy wróciliśmy z dwutygodniowych ferii zimowych spędzonych w Górach Bystrzyckich i Orlickich (Kotlina Kłodzka). Dzisiaj, dzięki temu, że są Lamy, mogę się nim z Wami podzielić. Mam nadzieję, że ten tekst zachęci Was do poznawania tego niezwykłego regionu.

 


GÓRY BYSTRZYCKIE I ORLICKIE ZIMĄ – INFORMACJE PRAKTYCZNE

Co tu można robić w zimie?

  1. Jeździć na nartach zjazdowych – Zieleniec Ski Arena i na trasach w masywie Śnieżnika.
  2. Zasuwać na biegówkach – dobrze przygotowane trasy wokół schroniska Jagodna + możliwość wypożyczenia sprzętu na miejscu, oraz po czeskiej stronie Zieleniec Ski (trzeba wyjechać kolejką do góry – trasy zaczynają się przy czeskim schronisku Masarykova Chata; ciekawostką jest fakt, że była to baza szkoleniowa HitlerJugend…). Zdjęcie ze szlakami biegowymi wokół Masarykovej Chaty na końcu artykułu.
  3. Trekować – piękne trasy krajobrazem łączące Beskid Niski (szerokie, idylliczne pagórki) i Tatry (polany z małymi świerczkami – klimat jak w tatrzańskich dolinach). W schronisku na Jagodnej można pożyczyć rakiety śnieżne.
  4. Jeździć zapomnianymi drogami wzdłuż granicy polsko-czeskiej w poszukiwaniu ruin niemieckich wsi, kościołów i cmentarzy. My polecamy trasę Lasówka-Niemojów-Gniewoszów-Różanka-Poręba (1,5 godzinna trasa).
  5. Można wyskoczyć na jednodniowa wycieczkę do czeskiego Ardspachu – jednym tutejsze góry stołowe przypominają Góry Samotne z Doliny Muminków (nasz syn), a inni (rodzice) mogą sobie odtworzyć film „Kroniki z Narni”, który był tutaj kręcony! (więcej w temacie w osobnym wpisie).
  6. Wracając do Krakowa warto zahaczyć o kopalnię złota (!) Złoty Stok – świetna trasa pod dzieci i dorosłych 😉 (przejazd kolejką, makiety szybów).

Gdzie nocować?

Polecamy Chatę na Przełęczy w Porębie  (tylko administracyjnie w Porębie, bo dom położony jest w lesie prawie na samym szczycie przełęczy). Właścicielka po osiemdziesiątce, kocha góry, zna sto historii z regionu i świetnie gotuje – można sobie zamówić i śniadania i obiadokolacje. Inne fajne miejsca, w których dobrze by się zatrzymać na poznawanie tych terenów to domy w przygranicznej Lasówce, schronisko Jagodna (ogromna, pełna zabawek sala zabaw dla dzieci!) i pensjonat Orlica (w lecie można tutaj się wykąpać w jeziorze). Wszystkie ww. miejsca leżą wysoko w górach, poza ruchliwymi drogami.

Gdzie zjeść/napić się ciepłej herbaty?

Na przygranicznej trasie nie znajdziemy zbyt wielu możliwości zaopatrzenia w prowiant, więc warto zabrać sobie z domu kanapki. Zjemy w schronisku na Jagodnej i w pensjonacie Orlica (Rudawa). Po dalsze opcje trzeba zjechać do Zieleńca, Długopola Zdroju i do Dusznik.


Zanim w 2014 roku pojawił się na świecie nasz synek, na cel podróży obieraliśmy dalekie, mało znane kraje plus małopolskie Beskidy, w ramach weekendowych wypadów. Jednak niemowlę zmieniło nasze możliwości przemieszczania się na dłuższe dystanse, więc ciekawym okiem zaczęliśmy rozglądać się po Polsce. I tak już z siedmiomiesięcznym dzieckiem na ręku pojawiliśmy się pierwszy raz na Dolnym Śląsku, w Górach Opawskich. Zachęceni tym wyjazdem odwiedziliśmy później jeszcze Góry Bystrzyckie, Orlickie, Kamienne i Wałbrzyskie. Ze zdziwieniem (;)) odkryliśmy, że nie ustępują urody małopolskim Beskidom, w tym nawet ukochanemu Beskidowi Niskiemu, a dodatkowo mają do zaoferowania coś, czego w innych częściach Polski się nie zobaczy…

Oprócz przepięknych okoliczności natury Śląsk oferuje coś, o co dużo trudniej w Małopolsce. Na każdym kroku spotykamy się  tu bowiem ze zderzeniem dwóch światów: przedwojennego i powojennego, dużo bardziej jaskrawo widocznych różnic, niż te, które można zauważyć w środkowej i wschodniej części naszego kraju.

No właśnie. Po wojnie ściągały tutaj całe masy osadników (w tym nie tylko Polacy ze wschodu, ale również nie znający języka polskiego potomkowie naszych rodaków zamieszkali we Francji, a nawet … Grecy), a duchy tych, którzy wyjechali do Niemiec, pozostają zaklęte w popadających w ruinę domostwach.  Budynki, pomniki, kościoły, przydrożne kapliczki – wszystko to jest OBCE, germańskie. A w tych domach mieszkają teraz osoby przeniesione z innego świata. A w tych kościołach i przy tych kapliczkach modlą się osoby, które pewnie nie do końca czuły czy na pewno modlą się dalej do tego samego Boga.

Uczucie obcości, uczucie tymczasowości, niepewność jutra – te wszystkie uczucia towarzyszyły przesiedleńcom na ziemie odzyskane codziennie, przez dziesiątki lat.

 Z drugiej strony, ludzie którzy tutaj przybywali, musieli doznawać szoku cywilizacyjnego. Wyobraźcie sobie, że mieszkacie w drewnianej dwuizbowej chacie, gdzieś w nowosądeckim. Nie macie toalety, tylko wychodek. Nie macie bieżącej wody w kranie. Macie za to 1 ha lichej ziemi i konia do pomocy w zaoraniu pola.

I wtedy pojawia się ogłoszenie w prasie: wyjedź na ziemie odzyskane, a zapewnimy murowany dom z pięcioma izbami, murowane budynki gospodarcze, zaawansowane maszyny rolnicze i 50 ha ziemi dobrej jakości.

Tak, nasi rodacy masowo napływający na m.in. Dolny Śląsk, musieli doznać szoku cywilizacyjnego.

Sąsiadka domku, w którym wynajmowaliśmy pokój, powiedziała nam o tej sprawie trochę więcej: o problemach z własnością, o niepewności bytu, o poczuciu tymczasowości i o związkach polsko­niemieckich, a przede wszystkim o szoku, którego doznawali przybywający na ziemie zachodnie – o tym, jak Polacy ze wschodu nie wiedzieli jak używać nowoczesnych niemieckich maszyn, jak czuli…że mieszkają w pałacach.

Skok  o jakieś sto lat. A teraz pomyślcie, że wprowadzacie się do domu, ba! Jecie z talerzy nacji, która wymordowała miliony rodaków. Kto wie, może tutaj spędzał dzieciństwo żołnierz, który zamordował Twojego ojca, brata? Przybywającymi na te tereny musiały targać bardzo sprzeczne emocje.

Dodatkowo wisiało nad nimi widmo utraty tego nowego domu – pakt z Jałty mógł za chwilę zostać zmieniony innym porozumieniem, które w ciągu jednej nocy mogło z powrotem zwrócić te ziemie, te domy Niemcom.

Właśnie tak rozpoczynali swoje życie na ziemiach obecnego Dolnego Śląska pierwsi Polacy.

Czy coś z tego co wydarzyło się te sześćdziesiąt lat temu można dostrzec i dzisiaj? Oczywiście!

Po dniu spędzonym na szusowaniu w Zieleńcu czy na Śnieżniku proponujemy wybrać się na wycieczkę samochodową zapomnianą drogą wzdłuż granicy polsko-czeskiej –  trasa biegnie przez gęste lasy, z których co raz wyłania się połać pól z ruinami niemieckich miejscowości.

Co ciekawe, praktycznie w każdej z nich, otoczone ruinami, stoją jeden lub dwa zamieszkane domy. Brrr, trochę strasznie mieszkać w takim miejscu… Na osłodę wzdłuż drogi wije się malowniczy potok Dzikiej Orlicy, a za oknem co chwilę widać zaśnieżoną kapliczkę – obowiązkowo z Janem Nepomucenem.

Jadąc tą trasą, zobaczycie zaniedbane, „sypiące” się domy, a pod nim zaparkowany dobry samochód, a wokół niego piękny, wypieszczony ogród z trampoliną, zjeżdżalnią i huśtawką dla dzieci. Pytanie: „Dlaczego?!” kołatało się w naszych głowach. Podjechaliśmy, zapytaliśmy i odpowiedź szybko wszystko rozjaśniła: mieszkańcy tych domów od czasu kiedy ich rodzice/dziadkowie przybyli tu sześćdziesiąt lat temu nie doczekali się przyznania prawa własności. Te domy do 1989 roku były państwowe,  w każdej chwili mogły zostać odebrane, więc nikt w nie nie inwestował. Z kolei po upadku socjalizmu, domy nie miały już jednego właściciela, ale trzech, czterech – tylu, ile dzieci miały osoby zasiedlające te poniemieckie domy czterdzieści lat wcześniej. Dlatego Ci z rodzeństwa, którzy pozostali na ojcowiźnie dalej nie remontują domów, bo to nie ich, ale całej rodziny. Kto wie, może ktoś będzie chciał, żeby sprzedać dom i podzielić się majątkiem? Po co więc inwestować? Ot, wyjaśnienie całej zagadki.

Jak tu więc inwestować w dom, który możliwe, że za chwilę trzeba będzie opuścić? I tak od sześćdziesięciu lat…

Na koniec jeszcze jedna zagadka. Trochę dalej, bo nie w Górach Bystrzyckich i Orlickich, ale w okolicach Wałbrzycha, w Unisławiu Śląskim stoi rozpadający się kościół ewangelicki a obok zdewastowany, zbezczeszczony niemiecki cmentarz. Pośród setek rozbitych, zadeptanych grobów, nagle wyłaniają się cztery zadbane ze zniczami i kwiatami.

Może ktoś z Was będzie przejeżdżał przez Unisław Śląski I uda mu się rozszyfrować tę zagadkę?

Pewną wskazówkę do rozwiązania tej zagadki dostarczył nam film o historii pobliskiego Wałbrzycha. Otóż po wojnie nie wszyscy Niemcy wyjechali z Dolnego Śląska – części z nich po prostu na to nie pozwolono. Sprawa dotyczyła sztygarów, bo ktoś po wojnie musiał dalej pracować w wałbrzyskich kopalniach i przyuczać do zawodu napływających ze wschodu Polaków. Z rozmów z mieszkańcami wiem również, że zdarzało się, że Niemcy żenili się z Polkami. Może w tych czterech grobach w Unisławiu Śląskim spoczywają właśnie takie mieszane małżeństwa, a grobami opiekują się ich polskie rodziny?

Czy to wszystko nie jest fascynujące? Dla mnie niesamowicie. Mam nadzieję, że zainspirowaliśmy Was do odwiedzin Dolnego Śląska, a w szczególności okolic Gór Kamiennych, Bystrzyckich i doliny Kłodzkiej.

Zupełnie nieparszywa trzynastka, czyli nasze TOP miejsca do odwiedzenia w Chile

Za nami slajdowisko, na którym mieliśmy okazję pokazać m.in. listę naszych osobistych top miejsc do odwiedzenia w Chile. Spisałam je dla Was i uzupełniłam zdjęciami.  Jeżeli planujecie wyjazd do Chile, to zobaczcie sobie również listę rzeczy, których chcieliśmy doświadczyć wybierając się do Chile – możecie porównać co nam się udało, a co nie 😉

  1. Valparaiso

Miasto wpisane na listę UNESCO ze względu na system kilkunastu czynnych zabytkowych kolejek szynowo-linowych. Oprócz tego w Valparaiso warto po prostu pobłądzić stromymi uliczkami pnącymi się po czterdziestu wzgórzach otaczających centrum miasta, gdzie podziwiać możemy tysiące murali i niesamowite widoki na zatokę. W porcie na północy miasta, Caleta Portales warto zajrzeć na tyły targu rybnego, gdzie wśród kutrów rybackich ukryte przesiadują…. lwy morskie i pelikany.

2. Pustynia Atacama

 Flamingi, ogromne geoglify, pustynia solna, kraina wulkanów i obserwatoriów astronomicznych. Na pustyni Atacama znajduje się najbardziej suche miejsce na ziemi, gdzie NIGDY nie zanotowano opadów deszczu.

3. Oazy

Też na pustyni Atacama, ale jednak to zupełnie inna bajka; to naprawdę niesamowite doświadczenie jechać przez kilka godzin przez pustynny, wymarły krajobraz i nagle trafić na małe, zielone enklawy tętniące życiem tylko, wyłącznie dzięki ledwie widocznej wąskiej strużce wody.

4. Puritama

Niezwykła, bo gorąca rzeka umiejscowiona na granicy Pustyni Atacama i andyjskich wyżyn AltiPlano. Rzeka podziemna, podgrzewana przez magmę z licznych w okolicy wulkanów w pewnym momencie wydostaje się na powierzchnię umożliwiając kąpiel w gorącej wodzie, pośród rzecznych traw. Zero betonu! To nie termy w Polsce czy na Słowacji!

5. El Tatio

Jedno z kilku miejsc na świecie, w którym są gejzery, dodatkowo znajdujące się na 4 000 m n.p.m. Obok zaskakująco położone, bogate w endemiczne gatunki ptactwa wodnego, tereny bagienne AltiPlano.

6. Kopalnia Chuqicamata

Największa kopalnia odkrywkowa miedzi na świecie, jedna z największych kopalni na naszym globie. Liczby same to Wam powiedzą: 600 000 ton wydobycia rocznie, godzinę zajmuje wyjazd ciężarówki z dołu na szczyt kopalni. Obok kopalni opuszczone w latach dziewięćdziesiątych, wymarłe miasto.

7. Humberstone

Miasto widmo zbudowane dla kilkudziesięciu tysięcy ludzi zatrudnionych przy wydobyciu saletry – hitu eksportowego Chile początku XX wieku. Zobaczycie tu teatr, kino, elektrownię i kilkanaście lokomotyw pozostałych już na zawsze w hali remontowej. Poniżej mój mały występ natchniony  industrialnym wnętrzem, piosenka „Tysiące rąk” 😉

8. Transandina

Polecamy gorąco przejazd drogą do Parque Juncal i przejście tunelami kolejowymi na wysokości 3 000 m.n.p.m. To pozostałości TransAndiny, czyli kolei wysokogórskiej łączącej do lat 80. XX wieku Chile i Argentynę. Przy okazji to doby pomysł na trek w niedalekim sąsiedztwie Aconcaguy, najwyższego szczytu poza Azją.

9. Chiloe

Zobaczcie skąd dotarły do Europy pierwsze ziemniaki! Niesamowite wrażenie robią również domy na palach – poziom wody pomiędzy przypływem a odpływem waha się tutaj nawet o kilka metrów. Chiloe to również raj dla ornitologów – czarnogłowe łabędzie, pingwiny Magellana, sępy, drapieżne trębacze i niezwykłe bogactwo ptactwa morskiego.

10. Lawowisko

Zobaczcie lawowisko jednego z dziewięćdziesięciu aktywnych wulkanów chilijskich. My osobiście możemy polecić lawowisko wulkanu Antuco (Kraina Jezior) plus zobaczyć któryś z dymiących wulkanów.  Łatwo o to przy wulkanie Villarica – nie dość, że to jeden z najaktywniejszych wulkanów w Chile, to jeszcze pokryty większość roku śniegiem i malowniczo usytuowany nad jeziorem, a w pobliżu gorące źródła i alpejski krajobraz. Tutaj dymiąca Villarica:

11. Torres del Paine

Ten park narodowy położony na południu Chile to kwintesencja dzikiej, nieujarzmionej przyrody Patagonii: wiatry powyżej 80 km/h to codzienność, a deszcz pada praktycznie codziennie. Nie warto jednak zrażać się pogodą, bo czekają tam na Was stada guanako, kondory i takie cuda jak czyściutki jęzor lodowcowy lodowca Grey i odrywające się od niego, pływającego po Lago Grey ultraniebieskie mini góry lodowe. No i oczywiście w Torres del Paine zobaczycie sławne Cuernos del Paine – niezwykłe formacje skalne wyrzeźbione przez erozję lodowcową.

12. Cieśnina Magellana

To miejsce do którego po prostu trzeba dotrzeć, żeby poczuć, że jest się na samym południowym czubku Ameryki Południowej. To tutaj pierwszy Europejczyk, Ferdynand Magellan udowodnił, że płynąc cały czas na zachód można dopłynąć do Azji, że Amerykę Południową można opłynąć od południa. Będąc tam, przypomnijmy sobie, że przesmyku pozwalającego przepłynąć z Oceanu Atlantyckiego na Pacyfik szukał płynąc wzdłuż wybrzeża obecnej Brazylii i Argentyny ponad rok (!).

13. Kolonia pingwinów królewskich na Ziemi Ognistej

Jedyna w Ameryce Południowej okazja dla przeciętnego zjadacza chleba do zobaczenia tych pięknych ptaków; aby zobaczyć je gdzie indziej, trzeba dopłynąć do Antarktydy lub pobliskich jej wysp – zapłacić kilkanaście tysięcy dolarów.

Mamy nadzieję, że miło się Wam czytało 🙂

 

 

 

 

 

 

 

Serdecznie zapraszamy na slajdowisko z Chile

Serdecznie zapraszamy na nasze slajdowisko z Chile, które odbędzie się 18 stycznia o godz. 18.30, na naszej macierzystej uczelni, Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie,                                                     w pawilonie S, sala nr 2.

W programie:
– nasz film drogi: od pustynia Atacama po Ziemię Ognistą
– top 10 atrakcji Chile
– Andy: jedno pasmo, tysiące krajobrazów, czyli Andy nie kończą się na Aconcagua!
– Indianie Mapuche, Selk’nam i Kawasquar – najciekawsze zwyczaje

Zapraszamy!

P.S. PTTK nr 7 przy UEK w Krakowie​: ale się cieszymy, to będzie prawdziwy powrót do czasów studiów, kiedy to właśnie w tej sali prezentowaliśmy zdjęcia z naszych studenckich wypraw na koniec świata 🙂

Chile i Andy
Slajdowisko z Chile już 18 stycznia w Krakowie. Lamy zapraszają 🙂

Kalendarz na 2018 rok gotowy do druku – dla Was od nas :)

Kalendarz na 2018 rok gotowy do druku – dla Was od nas 🙂

Będąc w Chile pierwszy raz w życiu mieliśmy okazję sfotografować taką liczbę różnych gatunków ptaków. W związku z tym, po powrocie postanowiliśmy zrobić sobie kalendarz z dwunastoma najlepszymi zdjęciami. Wybór nie był prosty, bo zdjęć ptaków mamy przynajmniej setkę, ale nieskromnie powiemy, że warto było.

Zapraszamy do druku – prezent na Święta i Nowy Rok dla Was od nas. Uściski!

Wersja A3, pozioma, kalendarz taki jak sobie wydrukowaliśmy:

https://drive.google.com/file/d/19qDNZ8PioXTHv9RV–sjFqZ5RXMFL92X/view?usp=sharing

Wersja A4, pionowa:

https://drive.google.com/file/d/1ojZpx-MzXoaVZPv5nB63guNOM-i2dCxX/view

Obie wersje gotowe do druku, z marginesem i spadem 5 mm.

A poniżej krótki opis do zdjęć z kalendarza:

Styczeń – jeden z trzech kondorów wypatrujących zdobyczy, zdjecie wykonane w  pobliżu Torres del Paine.

Luty – Trębacz, drapieżnik średniej wielkości, którego można z łatwością spotkać w całej Patagonii. Ten uchwycony na wyspie Chiloe – wyspie, z której pięćset lat temu dotarła do Europy zupełnie pierwsza dostawa ziemniaków.

Marzec – Tagua gigante, ptak rozmiarów dobrze odżywionej kury 😉 A spotkaliśmy go w niesamowitym miejscu, na płaskowyżu AltiPlano w północym Chile, cztery tysięcy metrów nad poziomem morza. Wokół opustoszały, surowy krajobraz trawiastych stepów poprzetykanych szczytami wulkanów a tu nagle jeziora, i to o zupełnie nizinno-bagiennym charakterze i mrowie niezwykłych gatunków ptaków.

Kwiecień  – południowoamerykański kuzyn naszego wróbla, czyli Chincol. Tutaj uchwycony w malutkiej oazie Tocanao na pustyni Atacama.

Maj – Flaming na jednym z nielicznych zbiorników wodnych na Pustyni Atacama, jeziorze Chaxa. Upał czterdzieści stopni, dwa tysiące m.n.p.m., woda po kostki, a flamingowi takie warunki odpowiadają. Co ciekawe, flamingi spotkaliśmy również w klimacie subarktycznym, na Ziemi Ognistej.

Czerwiec – To chyba Piquito de Oro, choć stuprocentowej pewności nie mamy. W każdym razie ptak, który tak właśnie wyglądał wydawał niesamowite odgłosy jak … zoom od aparatu. Zdjecie wykonane w Parque Nacional Laguna del Laja (region centralny Chile).

Lipiec – Pelikan kołyszące się na falach Pacyfiku w poblżu ValParaiso. Mieliśmy to szczęście, że mieszkaliśmy przy porcie rybackim. Rybacy wracający z połowu zawsze mieli trochę resztek i dla pelikanów, w związku z czym pojawiały się ich tam całe hordy i o dobre zdjęcie tego gatunku naprawdę nie było trudno.

Sierpień – Przepiękny Chirihue Verdoso o żółto-zielonym zabarwieniu. Tutaj uchwycony w pustynnym kanionie na trzech tysiącach metrów, w pobliżu aktywnego wulkanu Licancabur (obszar AltiPlano zaraz nad Pustynią solną Salar de Atacama).

Wrzesień – Ptak wielkości gołębia o pięknej indiańskiej nazwie Queltehue. Tutaj w okresie godowym, chwilę przed uchwyceniem na zdjęciu wykonywał swój popisowy układ wokalno-taneczny.

Październik – Loica – mały ptaszek o intensywnie czerwonym upierzeniu, występuje wyłącznie w południowej części Ameryki Południowej i na Falklandach. Tutaj uchwycony kilkanaście metrów od kolonii pingwinów królewskich, Ziemia Ognista.

Listopad – Nandu uchwycony w tundrze subarktycznej południowej Patagonii, zaledwie kilka kilometrów od Cieśniny Magellana.

Grudzień – Pingwiny królewskie na Ziemi Ognistej, w jedynej kolonii poza Antarktydą i wyspami na południe od Ameryki Południowej.

 

 

10 rzeczy dla których NIE warto jechać do Chile ;)

Wróciliśmy już do Polski. Pierwsza myśl: zimno, ciemno i ten tego… co my tu robimy? :O Ale zaraz za nią przyszła pozytywna refleksja, że w sumie w Chile parę rzeczy też jest trochę…nie do końca tak jak byśmy sobie to wymarzyli. Poczytajcie sobie przy niedzielnej kawce na poprawę humoru, zapraszamy, wzrost postawy patriotycznej gwarantowany 😉

10 rzeczy dla których nie warto jechać do Chile

1. Dobra kawa

Niby cała Ameryka Południowa to kolebka kawy, więc powinniśmy tu znaleźć szeroki wybór świetnych gatunkowo ziarenek tego czarnego złota. Niestety, miłośnicy kawy przejdą tu ciężkie chwile…Na pocieszenie każdy Chilijczyk podetknie pod nos Coca Colę, czyli narodowy napój Chile:P

2. ‎Niskie ceny

Przyzwyczajeni do wypraw na wschód od naszego kraju, naiwnie myśleliśmy, że w Ameryce Południowej, kontynencie krajów rozwijających się, tak jak w Azji będzie można zjeść smacznie i tanio. No cóż, powiemy szczerze: jadąc do Chile, nastawcie się na ceny posiłków w restauracjach dwukrotnie wyższe niż w Polsce. Ceny w supermarketach bardzo podobnie, z wyjątkiem bułek i Coca Coli.

3. ‎Zdrowa żywność

Quinoa, stewia – te modne, zdrowe produkty, pochodzące z Ameryki Południowej znajdziesz w rozsądnych cenach w każdym sklepie. Jednak na tym niestety kończy się spotkanie ze zdrową żywnością w Chile. Oni nawet do soku jabłkowego potrafią dorzucić gumę guar…:(

4. Wyszukane dania kuchni lokalnej

Kiedy myślę narodowe danie Chile to mówię… Hot-dog i Coca Cola! Dla odmiany mogę jeszcze zaproponować chorillanę, czyli frytki z parówką, mięsem i jajkiem sadzonym, a wszystko polane obowiązkowym majonezem. My nie mamy wyszukanych gustów kulinarnych, więc frytki z Colą były ok, ale niektórych może to zmęczyć 😉 Nawet na głównym placu Santiago, w wykładanej marmurami restauracji dostaniecie hamburgera z Colą (:D), tylko że trzy razy droższego niż na mniej reprezentacyjnej ulicy. Kiedy zapytaliśmy naszych chilijskich znajomych, gdzie można dobrze zjeść, odpowiedzieli, że wyłącznie w restauracjach serwujących kuchnię peruwiańską 😉

5. Jedzenie bez masy kajmakowej

Nie lubisz, no naprawdę? No to masz problem! Trudno to sobie wyobrazić, ale 90% ciastek i ciast, które znajdziesz w cukierni są przekładane masą krówkową 😀 Powiem szczerze, mimo że za nią przepadamy, to po trzech miesiącach mamy trochę dość 😉

6. ‎Wybitna architektura

Niestety położenie w „Pierścieniu Ognia” powoduje, że niewiele budynków, które jeszcze stoją w Chile po licznych trzęsieniach ziemi, ma więcej niż sto lat.

7. ‎Objadanie się w gościach

Chilijczycy są bardzo mili i gościnni, ale podejmowanie gości rozumieją zupełnie inaczej niż Polacy. Nie raz zdarzyło nam się siedzieć kilka godzin u znajomych bez propozycji podania nawet szklanki wody! W Polsce to po prostu niewyobrażalne, a w Chile norma 🙂 Jak zaprosili na pogaduchy, to na pogaduchy, a nie na królewski poczęstunek. Mieszkając kilka lat wcześniej w Danii doświadczyliśmy zupełnie podobnego podejścia. Okazuje się, że „polska gościnność” to naprawdę coś, z czego możemy być dumni!

8. ‎Kiwanie z uznaniem głową na hasło: „Jestem z Polski!”

Robiłam w Chile małą sondę uliczną z pytaniem „Z czym kojarzy Ci się Polska”. I wiecie jaka była odpowiedź?  Z NICZYM :p Haha, nawet niewiele osób wie, że istnieje taki kraj. W wielu miastach znajdziecie ulice im. Jana Pawła II, ale  nie liczcie na to, że ktoś będzie wiedział, że Juan Pablo Secondo był Polakiem. Swoją drogą, Polska to dla przeciętnego mieszkańca Ameryki Południowej maleńki kraik, oddalony o kilkanaście tysięcy kilometrów, więc trudno się dziwić.

9. ‎Oczekujesz więcej niż 15 st. w mieszkaniu w nocy

Chilijczycy dosłownie ZAFASCYNOWALI nas podejściem do zimna. W wypasionym apartamencie, z basenem i siłką, mieliśmy pojedyncze okna „z dykty” przez które w te i we wte hulał wesoło wiatr, a za ogrzewanie służyły wyłącznie małe piecyki elektryczne (do wyboru jeszcze są popularniejsze, bo dużo tańsze, smrodliwe piecyki naftowe, a w domkach jednorodzinnych kozy). Rozwiązaniem Chilijczyków jest przykrywanie się niezliczoną warstwą kocy – dokładanie kolejnych wraz ze zbliżaniem się zimy.

10. ‎Porozumienie się w innym języku niż hiszpański

Hiszpański to jeden z najszybszych języków świata, a chilijski to chyba jakaś jego wersja turbo. Władając jak my podstawowym kastylijskim ma się problem, bo po prośbie: „wolniej bardzo proszę” niestety nie następuje zwolnienie… Chilijczykom po prostu w głowie się nie mieści, że ktoś może nie mówić po hiszpańsku 😉 Ale nie martwcie się, jest na to sposób – trzeba mieć zawsze przy sobie kartkę i długopis i poprosić o zapisanie odpowiedzi na zadane przez nas pytanie 🙂

Na koniec pozwólcie, że podzielę się z Wami „Odą do Frytek”, z jednego z barów w środkowym Chile, będącej dla mnie kwintesencją chilijskiego podejścia do fast-foodów 😉

Oda do frytek