Galerie

Fotorelacja: Ziemia Ognista NAPAKOWANA zwierzętami!

Tak, byliśmy w Torres del Paine!

Torres del Paine to jeden z najpiękniejszych i najbardziej znanych zakątków Chile. Ukryty hen w południowej części kraju, ponad 2 000 km od stolicy, ale i tak przyciąga tłumy turystów. No cóż, do oddalonego o dwie godziny jazdy samochodem  Puerto Natales można dolecieć samolotem – mityczna Patagonia położona na końcu świata nie jest już tak niedostępna jak kiedyś.  Na szczęście do zagęszczenia wyjścia na Giewont jeszcze daleko 😉  No a poza tym Patagonia to raj dla fotografów-ornitologów: ptaków jest tyle, że naprawdę nie trzeba się mocno starać, żeby uchwycić kilka nowych gatunków każdego dnia. Takie rzeczy tylko tutaj.

Zapraszamy do wspólnej podróży po Torres del Paine.

Nasze codzienne Valparaiso

W Valparaiso mieszkamy, pracujemy i po prostu je lubimy. Może przez to że jest pełne kontrastów, takie zaskakujące i nieprzewidywalne? No bo jest brudne i kolorowe, hałaśliwe i zadumane, zachwycające i odrzucające… po prostu żywy organizm, a nie jakaś lukrowana szopka dla turystów.  Valparaiso to nie typowe miasto do zwiedzania, z pięknymi pałacami i wypieszczonymi placami z równo przyciętym żywopłotem.  To miasto do kochania: do kłótni i miłości, do narzekania i zachwytu, takie po prostu latynoskie.

Od dwóch miesięcy naszym domem jest Placeres, dzielnica położona na jednym z czterdziestu pięciu (!) wzgórz, otaczających portowe centrum Valparaiso. Codzienny rytm wyznacza nam praca (Tomek z babcią na placu zabaw lub na plaży), a po południu wycieczki: a to przejechać się jedną z siedmiu kolejek szynowo-linowych, a to na targ rybny, a to oglądnąć rybaków przy pracy, a to poobserwować prace olbrzymiego portu kontenerowego. Nie zapominamy oczywiście o głaskaniu wszędobylskich, bardzo przyjaznych bezpańskich psów.

Poniżej parę zdjęć pokazujących urywki z naszego codziennego życia w tym chilijskim mieście. Zapraszamy do oglądania 🙂

 

Valparaiso i jego murale

Jeszcze nie widziałam miasta z tak autentycznie artystyczną duszą – nawet w biednych, brudnych i zaniedbanych zakątkach Valparaiso znajdziemy kolorowe murale. Wokół latają śmieci, szyba wybita, dach złatany kilkakrotnie różnymi skrawkami metalu, ale mural i kwiaty w ogródku muszą być. Tak tu już jest 🙂 Poniżej znajdziecie długaśną galerię z muralami, jak Wam się znudzi to przerwijcie. Przepraszam, ale w Valparaiso są ich tysiące, a my jesteśmy tu już prawie dwa miesiące więc trochę ich udało nam się już uchwycić…

 

Trekking w sercu Andów (Parque Juncal)

Coś w ogóle nie wrzucam Wam na bloga Andów, trzeba to zmienić! Poniżej galeria z naszej wyprawy do Parque Juncal, położonego w samym sercu Andów (punkt wejścia do parku: 2500 m.n.p.m., najwyższe szczyty widoczne na zdjęciach 5 958 m.n.p.m.!!!).

Było tak pięknie, że aż chciało nam się płakać. Wiecie jak to jest jak się jest w górach, wokół nic tylko potęga natury….Człowiek chciałby stopić się z nią w jedność i zostać tam już na zawsze…

Krajobrazy bardzo przypominały nam te, których doświadczaliśmy w Kirgistanie. Nie myśleliśmy, że mając dziecko będziemy dalej mogli odwiedzać takie miejsca.  Na razie nic więcej nie piszę, zrobie osobny wpis o Parku i niezwykłych osobach które się nimi opiekują. Chłońcie piękno Andów!

Kaktusy

W Chile napotykamy mnóstwo kaktusów. Są wszędzie: w przydomowych ogródkach, nad morzem, a nawet wysoko w Andach w roli kosodrzewiny. Kaktusów życie nie rozpieszcza, ale nie poddają się –  połamane, podziurawione, dzielnie trwają. A nam, którzy mijamy je na trasie w górach, czy na spacerze brzegiem morza, dostarczają dużo radości 🙂 Zobaczcie galerię kaktusów poniżej!

Sanktuarium pingwinów na Isla Cachagua

Od kiedy przyjechaliśmy do Chile wiedzieliśmy, że chcemy je zobaczyć. Nie gdzieś w zoo, oddzielone szybą i ogrodzeniem, ale w naturalnym środowisku. Zabawnie człapiące na swoich dwóch nogo-płetwach PINGWINY.

I powiem Wam, że gdyby nie moja mama, to marzenie to pozostałoby niespełnione. A było to tak: w przewodniku wyczytaliśmy, że kilkadziesiat kilometrów na północ od Valparaiso znajduje się jedno z  najlepiej dostępnych skupisk pingwinów Humbolta i Magellana, Isla Cachagua.

Wyspa ta położona jest jedynie kilkanaście metrów od wybrzeża, a więc pingwiny może zobaczyć gołym okiem każdy przeciętny zjadacz chleba. Okazja to niesłychana, bo ceny rejsów wycieczkowych w Chile są dla nas zaporowo wysokie.

Szczęśliwy dotarliśmy do miejscowości Cachagua i szybkim krokiem ruszyliśmy w stronę wybrzeża. Wyspa jest, pingwinów… NIE MA 🙁

zoom:

 

Nie zrażeni postanowiliśmy przejść się wybrzeżem, cały czas obserwując wyspę. Po dwóch godzinach marszu daliśmy spokój i postanowiliśmy wracać do domu, tym bardziej że moja zwichnięta kilka dni wcześniej kostka dawała o sobie znać. Moja mama od niechcenia wzięła jeszcze raz do ręki lornetkę i po raz setny przeczesała spojrzeniem wyspę:

…gdy nagle padły słowa na które tak długo czekaliśmy: „Pingwiny! Są!”. Zaczęliśmy wyrywać sobie lornetkę, no i rzeczywiście!

Żebyście widzieli nasz bieg! Podczas spaceru wzdłuż wybrzeża zdążyliśmy sporo oddalić się od wyspy, a chcieliśmy oczywiście pingwiny zobaczyć z jak najmniejszej odległości. Paweł z Tomkiem na barana przodem, za nim mama z lornetką w dłoni, a na końcu ja kuśtykając na obolałej nodze, a wszyscy sapiący i krzyczący „Pingwiny!”. Ludzie na plaży mieli ubaw 😀

Oto co zobaczyliśmy gdy dotarliśmy w pobliże wyspy:

Nakręciliśmy też mały filmik:

Na tle białej od ptasiego guano wyspie  czarne sylwetki pingwinów odcinały się wprost znakomicie 🙂  A wiecie jaka była moja pierwsza myśl, gdy je zobaczyłam? Że wyglądają strasznie śmiesznie gdy chodzą po lądzie, zupełnie jak  kuracjusze w Busko Zdroju, którzy postanowili zrobić sobie małą przechadzkę po obiedzie 😉

……………..

Tutaj gdzie mieszkamy, w środkowym Chile, można zaobserwować  maleńkie pingwiny Humbolta i Magellana, ale na końcowych krańcach kraju, przy Przylądku Horn, żyją również większe pingwiny maskowe oraz białobrewe:

Na świecie zostało już tylko kilkadziesiąt tysięcy pingwinów Humbolta, co czyni je najbardziej zagrożonym gatunkiem pingwina. Do tej sytuacji przyczyniają się zarówno rybołóstwo na skalę przemysłową, zmiany klimatyczne, jak i zagrożenie ze strony inwazyjnych gatunków. Dobrym przykładem jest wybudowanie przez ludzi betonowego molo dla jachtów, który połączył jedno z najważniejszych siedlisk pingwinów Humbolta z lądem. W ten sposób na wyspę przedostały się szczury, które wyjadają jaja pingwinów.

………….

Oprócz pingwinów, Cachaguę warto odwiedzić ze względu na przepiękną, mi osobiście przypominającą okolice norweskiego Nordkappu, ścieżkę nadoceanicznymi skałami z mini fiordami:

Podczas wędrówki wybrzeżem oprócz pingwinów oglądaliśmy również inne ptaki. Na filmie udało się nam uchwycić nurkującego pośród wzburzonych fal (najprawdopodobniej) kormorana peruwiańskiego, filmik tutaj.

Mamy nadzieję, że poczuliście choć trochę pingwiniej, oceanicznej atmosfery. Następny tekst, tym razem o osobliwościach podróży chilijskim transportem publicznym  już w tym tygodniu, zapraszamy do obserwowania naszego profilu na Fb, żeby być na bieżąco 🙂

 

Kordyliera Nadbrzeżna. Parque Nacional la Campana

Pierwsza, „zwiadowcza” wizyta w najbliżej położonym Valparaiso, miasta w którym mieszkamy, górzystym parku narodowym. W niższych partiach las liściasty, wyżej trawy, aloesy i kaktusy. Krajobraz, pomijając roślinność,  bardzo podobny do tego, który spotkamy np. w górach Sardynii.

Podczas kolejnej wizyty mamy zamiar zrobić dwudniową wycieczkę z biwakiem na terenie parku, przejść przez jeden z dwóch ostatnich w Chile naturalnych lasów palmowych (które były pierwotnym typem lasów wybrzeża środkowego Chile) i wspiąć się na Cerro La Campana (1880 m), z którego podobno widać Chile w pigułce: z jednej strony Pacyfik, a z drugiej Andy. Gdy tylko zrealizujemy plan, na pewno damy Wam o tym znać na Facebooku.

 

 

Takie tam zwykłe lwy morskie

Pewnego ranka moja mama wybrała się z Tomkiem na spacer na plażę. Trochę im się już nudziło ciągłe zbieranie muszelek i skakanie przez fale (no dobra, mojej mamie się nudziło, wiemy że dzieciom to się NIGDY nie nudzi), więc poszli zobaczyć do położonej niedaleko przystani rybackiej. No i tam, na tyłach targu rybnego, za śmietnikami, ciężarówkami, łódkami, budkami z empanadas, pośród zapadającego w pamięć rybiego ODORU zobaczyli właśnie to:

i to:

😀

Nakręciliśmy SPORO filmików z lwami morskimi – znajdziecie je w sekcji „Dla dzieci”, czyli tutaj. Jak ktoś nie może zasnąć to zachęcam sobie włączyć, wsłuchać się w szum fal morskich i obserwować BARDZO leniwie toczącą się akcję 😉 Dlaa wytrwałych: ziewnięcia, głaskanie się płetwami, przytulanie, a nawet nurkowanie i wychodzenie na ląd.

Wniosek 1: moja mama ma niezwykłego farta do trafiania w ciekawe miejsca (i znajdywania czterolistnych koniczynek, jak ktoś potrzebuje można się zgłosić).

Wniosek 2: Idź tam gdzie nie masz najmniejszej ochoty iść, a znajdziesz coś zaskakującego (i śmierdzącego…).