Góry Bystrzyckie i Orlickie – na narty, piesze wędrówki i po powojenne opowieści

Ten tekst przeleżał sobie na pulpicie mojego komputera okrągły rok, czyli od czasu kiedy wróciliśmy z dwutygodniowych ferii zimowych spędzonych w Górach Bystrzyckich i Orlickich (Kotlina Kłodzka). Dzisiaj, dzięki temu, że są Lamy, mogę się nim z Wami podzielić. Mam nadzieję, że ten tekst zachęci Was do poznawania tego niezwykłego regionu.

 


GÓRY BYSTRZYCKIE I ORLICKIE ZIMĄ – INFORMACJE PRAKTYCZNE

Co tu można robić w zimie?

  1. Jeździć na nartach zjazdowych – Zieleniec Ski Arena i na trasach w masywie Śnieżnika.
  2. Zasuwać na biegówkach – dobrze przygotowane trasy wokół schroniska Jagodna + możliwość wypożyczenia sprzętu na miejscu, oraz po czeskiej stronie Zieleniec Ski (trzeba wyjechać kolejką do góry – trasy zaczynają się przy czeskim schronisku Masarykova Chata; ciekawostką jest fakt, że była to baza szkoleniowa HitlerJugend…). Zdjęcie ze szlakami biegowymi wokół Masarykovej Chaty na końcu artykułu.
  3. Trekować – piękne trasy krajobrazem łączące Beskid Niski (szerokie, idylliczne pagórki) i Tatry (polany z małymi świerczkami – klimat jak w tatrzańskich dolinach). W schronisku na Jagodnej można pożyczyć rakiety śnieżne.
  4. Jeździć zapomnianymi drogami wzdłuż granicy polsko-czeskiej w poszukiwaniu ruin niemieckich wsi, kościołów i cmentarzy. My polecamy trasę Lasówka-Niemojów-Gniewoszów-Różanka-Poręba (1,5 godzinna trasa).
  5. Można wyskoczyć na jednodniowa wycieczkę do czeskiego Ardspachu – jednym tutejsze góry stołowe przypominają Góry Samotne z Doliny Muminków (nasz syn), a inni (rodzice) mogą sobie odtworzyć film „Kroniki z Narni”, który był tutaj kręcony! (więcej w temacie w osobnym wpisie).
  6. Wracając do Krakowa warto zahaczyć o kopalnię złota (!) Złoty Stok – świetna trasa pod dzieci i dorosłych 😉 (przejazd kolejką, makiety szybów).

Gdzie nocować?

Polecamy Chatę na Przełęczy w Porębie  (tylko administracyjnie w Porębie, bo dom położony jest w lesie prawie na samym szczycie przełęczy). Właścicielka po osiemdziesiątce, kocha góry, zna sto historii z regionu i świetnie gotuje – można sobie zamówić i śniadania i obiadokolacje. Inne fajne miejsca, w których dobrze by się zatrzymać na poznawanie tych terenów to domy w przygranicznej Lasówce, schronisko Jagodna (ogromna, pełna zabawek sala zabaw dla dzieci!) i pensjonat Orlica (w lecie można tutaj się wykąpać w jeziorze). Wszystkie ww. miejsca leżą wysoko w górach, poza ruchliwymi drogami.

Gdzie zjeść/napić się ciepłej herbaty?

Na przygranicznej trasie nie znajdziemy zbyt wielu możliwości zaopatrzenia w prowiant, więc warto zabrać sobie z domu kanapki. Zjemy w schronisku na Jagodnej i w pensjonacie Orlica (Rudawa). Po dalsze opcje trzeba zjechać do Zieleńca, Długopola Zdroju i do Dusznik.


Zanim w 2014 roku pojawił się na świecie nasz synek, na cel podróży obieraliśmy dalekie, mało znane kraje plus małopolskie Beskidy, w ramach weekendowych wypadów. Jednak niemowlę zmieniło nasze możliwości przemieszczania się na dłuższe dystanse, więc ciekawym okiem zaczęliśmy rozglądać się po Polsce. I tak już z siedmiomiesięcznym dzieckiem na ręku pojawiliśmy się pierwszy raz na Dolnym Śląsku, w Górach Opawskich. Zachęceni tym wyjazdem odwiedziliśmy później jeszcze Góry Bystrzyckie, Orlickie, Kamienne i Wałbrzyskie. Ze zdziwieniem (;)) odkryliśmy, że nie ustępują urody małopolskim Beskidom, w tym nawet ukochanemu Beskidowi Niskiemu, a dodatkowo mają do zaoferowania coś, czego w innych częściach Polski się nie zobaczy…

Oprócz przepięknych okoliczności natury Śląsk oferuje coś, o co dużo trudniej w Małopolsce. Na każdym kroku spotykamy się  tu bowiem ze zderzeniem dwóch światów: przedwojennego i powojennego, dużo bardziej jaskrawo widocznych różnic, niż te, które można zauważyć w środkowej i wschodniej części naszego kraju.

No właśnie. Po wojnie ściągały tutaj całe masy osadników (w tym nie tylko Polacy ze wschodu, ale również nie znający języka polskiego potomkowie naszych rodaków zamieszkali we Francji, a nawet … Grecy), a duchy tych, którzy wyjechali do Niemiec, pozostają zaklęte w popadających w ruinę domostwach.  Budynki, pomniki, kościoły, przydrożne kapliczki – wszystko to jest OBCE, germańskie. A w tych domach mieszkają teraz osoby przeniesione z innego świata. A w tych kościołach i przy tych kapliczkach modlą się osoby, które pewnie nie do końca czuły czy na pewno modlą się dalej do tego samego Boga.

Uczucie obcości, uczucie tymczasowości, niepewność jutra – te wszystkie uczucia towarzyszyły przesiedleńcom na ziemie odzyskane codziennie, przez dziesiątki lat.

 Z drugiej strony, ludzie którzy tutaj przybywali, musieli doznawać szoku cywilizacyjnego. Wyobraźcie sobie, że mieszkacie w drewnianej dwuizbowej chacie, gdzieś w nowosądeckim. Nie macie toalety, tylko wychodek. Nie macie bieżącej wody w kranie. Macie za to 1 ha lichej ziemi i konia do pomocy w zaoraniu pola.

I wtedy pojawia się ogłoszenie w prasie: wyjedź na ziemie odzyskane, a zapewnimy murowany dom z pięcioma izbami, murowane budynki gospodarcze, zaawansowane maszyny rolnicze i 50 ha ziemi dobrej jakości.

Tak, nasi rodacy masowo napływający na m.in. Dolny Śląsk, musieli doznać szoku cywilizacyjnego.

Sąsiadka domku, w którym wynajmowaliśmy pokój, powiedziała nam o tej sprawie trochę więcej: o problemach z własnością, o niepewności bytu, o poczuciu tymczasowości i o związkach polsko­niemieckich, a przede wszystkim o szoku, którego doznawali przybywający na ziemie zachodnie – o tym, jak Polacy ze wschodu nie wiedzieli jak używać nowoczesnych niemieckich maszyn, jak czuli…że mieszkają w pałacach.

Skok  o jakieś sto lat. A teraz pomyślcie, że wprowadzacie się do domu, ba! Jecie z talerzy nacji, która wymordowała miliony rodaków. Kto wie, może tutaj spędzał dzieciństwo żołnierz, który zamordował Twojego ojca, brata? Przybywającymi na te tereny musiały targać bardzo sprzeczne emocje.

Dodatkowo wisiało nad nimi widmo utraty tego nowego domu – pakt z Jałty mógł za chwilę zostać zmieniony innym porozumieniem, które w ciągu jednej nocy mogło z powrotem zwrócić te ziemie, te domy Niemcom.

Właśnie tak rozpoczynali swoje życie na ziemiach obecnego Dolnego Śląska pierwsi Polacy.

Czy coś z tego co wydarzyło się te sześćdziesiąt lat temu można dostrzec i dzisiaj? Oczywiście!

Po dniu spędzonym na szusowaniu w Zieleńcu czy na Śnieżniku proponujemy wybrać się na wycieczkę samochodową zapomnianą drogą wzdłuż granicy polsko-czeskiej –  trasa biegnie przez gęste lasy, z których co raz wyłania się połać pól z ruinami niemieckich miejscowości.

Co ciekawe, praktycznie w każdej z nich, otoczone ruinami, stoją jeden lub dwa zamieszkane domy. Brrr, trochę strasznie mieszkać w takim miejscu… Na osłodę wzdłuż drogi wije się malowniczy potok Dzikiej Orlicy, a za oknem co chwilę widać zaśnieżoną kapliczkę – obowiązkowo z Janem Nepomucenem.

Jadąc tą trasą, zobaczycie zaniedbane, „sypiące” się domy, a pod nim zaparkowany dobry samochód, a wokół niego piękny, wypieszczony ogród z trampoliną, zjeżdżalnią i huśtawką dla dzieci. Pytanie: „Dlaczego?!” kołatało się w naszych głowach. Podjechaliśmy, zapytaliśmy i odpowiedź szybko wszystko rozjaśniła: mieszkańcy tych domów od czasu kiedy ich rodzice/dziadkowie przybyli tu sześćdziesiąt lat temu nie doczekali się przyznania prawa własności. Te domy do 1989 roku były państwowe,  w każdej chwili mogły zostać odebrane, więc nikt w nie nie inwestował. Z kolei po upadku socjalizmu, domy nie miały już jednego właściciela, ale trzech, czterech – tylu, ile dzieci miały osoby zasiedlające te poniemieckie domy czterdzieści lat wcześniej. Dlatego Ci z rodzeństwa, którzy pozostali na ojcowiźnie dalej nie remontują domów, bo to nie ich, ale całej rodziny. Kto wie, może ktoś będzie chciał, żeby sprzedać dom i podzielić się majątkiem? Po co więc inwestować? Ot, wyjaśnienie całej zagadki.

Jak tu więc inwestować w dom, który możliwe, że za chwilę trzeba będzie opuścić? I tak od sześćdziesięciu lat…

Na koniec jeszcze jedna zagadka. Trochę dalej, bo nie w Górach Bystrzyckich i Orlickich, ale w okolicach Wałbrzycha, w Unisławiu Śląskim stoi rozpadający się kościół ewangelicki a obok zdewastowany, zbezczeszczony niemiecki cmentarz. Pośród setek rozbitych, zadeptanych grobów, nagle wyłaniają się cztery zadbane ze zniczami i kwiatami.

Może ktoś z Was będzie przejeżdżał przez Unisław Śląski I uda mu się rozszyfrować tę zagadkę?

Pewną wskazówkę do rozwiązania tej zagadki dostarczył nam film o historii pobliskiego Wałbrzycha. Otóż po wojnie nie wszyscy Niemcy wyjechali z Dolnego Śląska – części z nich po prostu na to nie pozwolono. Sprawa dotyczyła sztygarów, bo ktoś po wojnie musiał dalej pracować w wałbrzyskich kopalniach i przyuczać do zawodu napływających ze wschodu Polaków. Z rozmów z mieszkańcami wiem również, że zdarzało się, że Niemcy żenili się z Polkami. Może w tych czterech grobach w Unisławiu Śląskim spoczywają właśnie takie mieszane małżeństwa, a grobami opiekują się ich polskie rodziny?

Czy to wszystko nie jest fascynujące? Dla mnie niesamowicie. Mam nadzieję, że zainspirowaliśmy Was do odwiedzin Dolnego Śląska, a w szczególności okolic Gór Kamiennych, Bystrzyckich i doliny Kłodzkiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.