Archiwum kategorii: Najnowsze wpisy

Serdecznie zapraszamy na slajdowisko z Chile

Serdecznie zapraszamy na nasze slajdowisko z Chile, które odbędzie się 18 stycznia o godz. 18.30, na naszej macierzystej uczelni, Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie, w pawilonie S.

W programie:
– nasz film drogi: od pustynia Atacama po Ziemię Ognistą
– top 10 atrakcji Chile
– Andy: jedno pasmo, tysiące krajobrazów, czyli Andy nie kończą się na Aconcagua!
– Indianie Mapuche, Selk’nam i Kawasquar – najciekawsze zwyczaje

Zapraszamy!

P.S. PTTK nr 7 przy UEK w Krakowie​: ale się cieszymy, to będzie prawdziwy powrót do czasów studiów, kiedy to właśnie w tej sali prezentowaliśmy zdjęcia z naszych studenckich wypraw na koniec świata 🙂

Chile i Andy
Slajdowisko z Chile już 18 stycznia w Krakowie. Lamy zapraszają 🙂

Kalendarz na 2018 rok gotowy do druku – dla Was od nas :)

Kalendarz na 2018 rok gotowy do druku – dla Was od nas 🙂

Będąc w Chile pierwszy raz w życiu mieliśmy okazję sfotografować taką liczbę różnych gatunków ptaków. W związku z tym, po powrocie postanowiliśmy zrobić sobie kalendarz z dwunastoma najlepszymi zdjęciami. Wybór nie był prosty, bo zdjęć ptaków mamy przynajmniej setkę, ale nieskromnie powiemy, że warto było.

Zapraszamy do druku – prezent na Święta i Nowy Rok dla Was od nas. Uściski!

Wersja A3, pozioma, kalendarz taki jak sobie wydrukowaliśmy:

https://drive.google.com/file/d/19qDNZ8PioXTHv9RV–sjFqZ5RXMFL92X/view?usp=sharing

Wersja A4, pionowa:

https://drive.google.com/file/d/1ojZpx-MzXoaVZPv5nB63guNOM-i2dCxX/view

Obie wersje gotowe do druku, z marginesem i spadem 5 mm.

A poniżej krótki opis do zdjęć z kalendarza:

Styczeń – jeden z trzech kondorów wypatrujących zdobyczy, zdjecie wykonane w  pobliżu Torres del Paine.

Luty – Trębacz, drapieżnik średniej wielkości, którego można z łatwością spotkać w całej Patagonii. Ten uchwycony na wyspie Chiloe – wyspie, z której pięćset lat temu dotarła do Europy zupełnie pierwsza dostawa ziemniaków.

Marzec – Tagua gigante, ptak rozmiarów dobrze odżywionej kury 😉 A spotkaliśmy go w niesamowitym miejscu, na płaskowyżu AltiPlano w północym Chile, cztery tysięcy metrów nad poziomem morza. Wokół opustoszały, surowy krajobraz trawiastych stepów poprzetykanych szczytami wulkanów a tu nagle jeziora, i to o zupełnie nizinno-bagiennym charakterze i mrowie niezwykłych gatunków ptaków.

Kwiecień  – południowoamerykański kuzyn naszego wróbla, czyli Chincol. Tutaj uchwycony w malutkiej oazie Tocanao na pustyni Atacama.

Maj – Flaming na jednym z nielicznych zbiorników wodnych na Pustyni Atacama, jeziorze Chaxa. Upał czterdzieści stopni, dwa tysiące m.n.p.m., woda po kostki, a flamingowi takie warunki odpowiadają. Co ciekawe, flamingi spotkaliśmy również w klimacie subarktycznym, na Ziemi Ognistej.

Czerwiec – To chyba Piquito de Oro, choć stuprocentowej pewności nie mamy. W każdym razie ptak, który tak właśnie wyglądał wydawał niesamowite odgłosy jak … zoom od aparatu. Zdjecie wykonane w Parque Nacional Laguna del Laja (region centralny Chile).

Lipiec – Pelikan kołyszące się na falach Pacyfiku w poblżu ValParaiso. Mieliśmy to szczęście, że mieszkaliśmy przy porcie rybackim. Rybacy wracający z połowu zawsze mieli trochę resztek i dla pelikanów, w związku z czym pojawiały się ich tam całe hordy i o dobre zdjęcie tego gatunku naprawdę nie było trudno.

Sierpień – Przepiękny Chirihue Verdoso o żółto-zielonym zabarwieniu. Tutaj uchwycony w pustynnym kanionie na trzech tysiącach metrów, w pobliżu aktywnego wulkanu Licancabur (obszar AltiPlano zaraz nad Pustynią solną Salar de Atacama).

Wrzesień – Ptak wielkości gołębia o pięknej indiańskiej nazwie Queltehue. Tutaj w okresie godowym, chwilę przed uchwyceniem na zdjęciu wykonywał swój popisowy układ wokalno-taneczny.

Październik – Loica – mały ptaszek o intensywnie czerwonym upierzeniu, występuje wyłącznie w południowej części Ameryki Południowej i na Falklandach. Tutaj uchwycony kilkanaście metrów od kolonii pingwinów królewskich, Ziemia Ognista.

Listopad – Nandu uchwycony w tundrze subarktycznej południowej Patagonii, zaledwie kilka kilometrów od Cieśniny Magellana.

Grudzień – Pingwiny królewskie na Ziemi Ognistej, w jedynej kolonii poza Antarktydą i wyspami na południe od Ameryki Południowej.

 

 

10 rzeczy dla których NIE warto jechać do Chile ;)

Wróciliśmy już do Polski. Pierwsza myśl: zimno, ciemno i ten tego… co my tu robimy? :O Ale zaraz za nią przyszła pozytywna refleksja, że w sumie w Chile parę rzeczy też jest trochę…nie do końca tak jak byśmy sobie to wymarzyli. Poczytajcie sobie przy niedzielnej kawce na poprawę humoru, zapraszamy, wzrost postawy patriotycznej gwarantowany 😉

10 rzeczy dla których nie warto jechać do Chile

1. Dobra kawa

Niby cała Ameryka Południowa to kolebka kawy, więc powinniśmy tu znaleźć szeroki wybór świetnych gatunkowo ziarenek tego czarnego złota. Niestety, miłośnicy kawy przejdą tu ciężkie chwile…Na pocieszenie każdy Chilijczyk podetknie pod nos Coca Colę, czyli narodowy napój Chile:P

2. ‎Niskie ceny

Przyzwyczajeni do wypraw na wschód od naszego kraju, naiwnie myśleliśmy, że w Ameryce Południowej, kontynencie krajów rozwijających się, tak jak w Azji będzie można zjeść smacznie i tanio. No cóż, powiemy szczerze: jadąc do Chile, nastawcie się na ceny posiłków w restauracjach dwukrotnie wyższe niż w Polsce. Ceny w supermarketach bardzo podobnie, z wyjątkiem bułek i Coca Coli.

3. ‎Zdrowa żywność

Quinoa, stewia – te modne, zdrowe produkty, pochodzące z Ameryki Południowej znajdziesz w rozsądnych cenach w każdym sklepie. Jednak na tym niestety kończy się spotkanie ze zdrową żywnością w Chile. Oni nawet do soku jabłkowego potrafią dorzucić gumę guar…:(

4. Wyszukane dania kuchni lokalnej

Kiedy myślę narodowe danie Chile to mówię… Hot-dog i Coca Cola! Dla odmiany mogę jeszcze zaproponować chorillanę, czyli frytki z parówką, mięsem i jajkiem sadzonym, a wszystko polane obowiązkowym majonezem. My nie mamy wyszukanych gustów kulinarnych, więc frytki z Colą były ok, ale niektórych może to zmęczyć 😉 Nawet na głównym placu Santiago, w wykładanej marmurami restauracji dostaniecie hamburgera z Colą (:D), tylko że trzy razy droższego niż na mniej reprezentacyjnej ulicy. Kiedy zapytaliśmy naszych chilijskich znajomych, gdzie można dobrze zjeść, odpowiedzieli, że wyłącznie w restauracjach serwujących kuchnię peruwiańską 😉

5. Jedzenie bez masy kajmakowej

Nie lubisz, no naprawdę? No to masz problem! Trudno to sobie wyobrazić, ale 90% ciastek i ciast, które znajdziesz w cukierni są przekładane masą krówkową 😀 Powiem szczerze, mimo że za nią przepadamy, to po trzech miesiącach mamy trochę dość 😉

6. ‎Wybitna architektura

Niestety położenie w „Pierścieniu Ognia” powoduje, że niewiele budynków, które jeszcze stoją w Chile po licznych trzęsieniach ziemi, ma więcej niż sto lat.

7. ‎Objadanie się w gościach

Chilijczycy są bardzo mili i gościnni, ale podejmowanie gości rozumieją zupełnie inaczej niż Polacy. Nie raz zdarzyło nam się siedzieć kilka godzin u znajomych bez propozycji podania nawet szklanki wody! W Polsce to po prostu niewyobrażalne, a w Chile norma 🙂 Jak zaprosili na pogaduchy, to na pogaduchy, a nie na królewski poczęstunek. Mieszkając kilka lat wcześniej w Danii doświadczyliśmy zupełnie podobnego podejścia. Okazuje się, że „polska gościnność” to naprawdę coś, z czego możemy być dumni!

8. ‎Kiwanie z uznaniem głową na hasło: „Jestem z Polski!”

Robiłam w Chile małą sondę uliczną z pytaniem „Z czym kojarzy Ci się Polska”. I wiecie jaka była odpowiedź?  Z NICZYM :p Haha, nawet niewiele osób wie, że istnieje taki kraj. W wielu miastach znajdziecie ulice im. Jana Pawła II, ale  nie liczcie na to, że ktoś będzie wiedział, że Juan Pablo Secondo był Polakiem. Swoją drogą, Polska to dla przeciętnego mieszkańca Ameryki Południowej maleńki kraik, oddalony o kilkanaście tysięcy kilometrów, więc trudno się dziwić.

9. ‎Oczekujesz więcej niż 15 st. w mieszkaniu w nocy

Chilijczycy dosłownie ZAFASCYNOWALI nas podejściem do zimna. W wypasionym apartamencie, z basenem i siłką, mieliśmy pojedyncze okna „z dykty” przez które w te i we wte hulał wesoło wiatr, a za ogrzewanie służyły wyłącznie małe piecyki elektryczne (do wyboru jeszcze są popularniejsze, bo dużo tańsze, smrodliwe piecyki naftowe, a w domkach jednorodzinnych kozy). Rozwiązaniem Chilijczyków jest przykrywanie się niezliczoną warstwą kocy – dokładanie kolejnych wraz ze zbliżaniem się zimy.

10. ‎Porozumienie się w innym języku niż hiszpański

Hiszpański to jeden z najszybszych języków świata, a chilijski to chyba jakaś jego wersja turbo. Władając jak my podstawowym kastylijskim ma się problem, bo po prośbie: „wolniej bardzo proszę” niestety nie następuje zwolnienie… Chilijczykom po prostu w głowie się nie mieści, że ktoś może nie mówić po hiszpańsku 😉 Ale nie martwcie się, jest na to sposób – trzeba mieć zawsze przy sobie kartkę i długopis i poprosić o zapisanie odpowiedzi na zadane przez nas pytanie 🙂

Na koniec pozwólcie, że podzielę się z Wami „Odą do Frytek”, z jednego z barów w środkowym Chile, będącej dla mnie kwintesencją chilijskiego podejścia do fast-foodów 😉

Oda do frytek

Mała Szwajcaria i Indianie Mapuche

Po dwóch tygodniach spędzonych na pustynnej północy, przelecieliśmy dwa tysiące kilometrów i wylądowaliśmy hen na południu Chile, w regionie Araucanii nazywanym również Małą Szwajcarią. I rzeczywiście, można tu zobaczyć obrazki jakby prosto z Alp:

Oprócz tego, w regionie Araucanii zobaczycie jeszcze inne cuda, takie jak:

ośnieżone i wciąż aktywne wulkany:

w pobliżu których można robić świetne trekkingi:

„wywierzyska” lawowe:

przepiękne jeziora:

ogrooomne wodospady:

i całe lasy przedziwnych drzew – Araukarii:

Fajnie jest tez poobserwować jak rośliny zasiedlają tereny, którędy zaledwie kilka-kilkanaście lat temu płynęła rzeka lawy:

Ale nazwa Mała Szwajcaria, nie tylko bierze się z krajobrazów. To właśnie na ten obszar nowo powstałe państwo chilijskie ściągało  masowo pod koniec XIX Szwajcarów, Austriaków i Niemców, oferując im darmową ziemię.

Dlaczego? Skąd taki szalony pomysł? Jeżeli chcecie wiedzieć, to posłuchajcie (było trochę ładnych zdjęć ale chcemy, żebyście dowiedzieli się o tym miejscu czegoś więcej niż tylko, że jest ładne…).

Rozlewająca się szeroko jak Amazonka rzeka Bio Bio od stuleci dzieliła terytorium obecnego Chile na dwa, zupełnie odmienne światy: świat „сywilizowany”, czyli białych najeźdźców z Europy wyzyskujących miejscową ludność i wolny kraj „dzikich”, czyli Indian Mapuche: świetnych wojowników o wysoko rozwiniętym poziomie kultury, którzy w obliczu niebezpieczeństwa ze strony Eyuropejczyków potrafili się zjednoczyć i ponad plemiennymi podziałami stawiać skuteczny opór. Przez 300 lat. No serio, ni mniej ni więcej tylko 300 lat!Oczywiście nie był to czas ciągłej walki, już w połowie XVII wieku, dzięki pokazowi swojej siły, udało się Mapuchom ustalić w miarę trwały i o dziwo, jak na Europejczyków, RESPEKTOWANY, pokój z Hiszpanami (w Am. Północnej też układy z Indianami często były zawierane, po czym biali niespełniali zapisanych w nich warunków, stopniowo zabierając ziemię Indianom i końcowo doprowadzając ich do sytuacji w której nie mieli już jak bronić się przed zamknięciem w przygotowanych dla nich rezerwatach….).
Traktat pokojowy zapewniał względny spokój ich ziemiom. Z Hiszpanami Mapuche prowadzili za to ożywioną wymianę handlową, to od nich przejęli umiejętność rzeźbienia w kruszcach szlachetnych, co zaowocowalo takimi cudeńkami:

Tak naprawdę, negatywne skutki obecności białych Mapuche odczuli w 1883 roku, kiedy to świeżo utworzony rząd chilijski postanowił zająć ich ziemie. Z tą ogromną, dobrze wyszkoloną armią Mapuche nie mieli już szans na wygraną. Rząd chilijski zawarł z nimi traktat pokojowy, na którego podstawie powinni zatrzymać na własność całość ziemi zdatnej do uprawy (czyli ok. 50% całości obszaru< reszta, czyli tereny górskie i zalesione miało przejąć państwo chilijskie). Niestety biali, jak to zwykle bywało w Nowym Świecie, oszukali miejscową ludność i Mapuche zatrzymali jedynie 30% swoich pierwotnych ziem.

I tu dochodzimy do rozwiązania zagadki: CO ROBIĄ SZWAJCARZY W CHILE: na pozostały obszar sprowadzono osadników z Europy. Akcja była zakrojona na szeroką skalę, dobrze zorganizowana i miała jeden cel> rozbić państwo Mapuchy od środka, tworząc region multinarodowy, tak, aby w przyszłości Mapuche nie mogli walczyć o swój kraj, bo będzie on już krajem Szwajcarów, Austriaków, Niemców i Holendrów. W Europie funkcjonowała nawet specjalna Kompania Kolonizacyjna, rekrutującą chętnych do wyjazdu i osiedlenia się w dzisiejszej Araucanii. Plan się powiódł i ziemię Mapuchy zasiedliły dziesiątki tysięcy germańskich osadników… Jak widać ich obecność dzisiaj? Popatrzcie na TE pamiątki spod skąd inąd cudnego wodospadu Sal del Laja:

Yyy, no to zdecydowanie nie jest tradycyjny wyrób indiański

To zdecydowanie nie wygląda na indiański tradycyjny wyrób, a podobny kicz z łatwością znajdziemy w Bawarii … 😉

Mimo wszystko, w Chile nadal mieszka szećset tysięcy Mapuchy, co stanowi ponad 80% ludności prekolumbijskiej tego kraju. Od lat 60. XX wieku walczą o zwrot ziem, prowadzą liczne protesty i kampanie antyrządowe. Wielu z nich dla walki o sprawiedliwość i respektowanie prawa poświęciło swoją wolność, odsiadując obecnie wyroki w chilijskich więzieniach… Smutne to wszystko, ale jest też jakaś nadzieja na przyszłość> rząd chilijski właśnie pracuje nad wprowadzeniem języka Mapuchy, Mapundungdun, do szkół publicznych w całym kraju.

Pustynne impresje i niebiańskie oazy

Od poprzedniego wpisu minął już ponad tydzień, z internetem było kiepsko i stąd brak wieści od nas przez tak długi czas. Mamy Wam tyle do opowiedzenia!

Od kiedy przestaliśmy mieszkać w Valparaiso i wyruszylismy w kilkunastodniową wędrówkę po Atacamie, codziennie oglądamy coś niezwykłego, a to pierwsza fatamorgana:

a to pierwsza trąba piaskowa:

a to pierwszy efekt halo z pyłem z pustyni:

 

a to pierwsza oaza:

a to pierwsza pustynia solna:

Największe wrażenie zrobiła na mnie pustynia i codzienna walka miejscowej ludności z jej potęgą, wyszarpywanie z piasku kilku poletek pod uprawę kukurydzy czy qinoi. Niby wie się, że w Egipcie właśnie w takich warunkach powstało jedno z najpotężniejszych imperiów starożytności, ale to zupełnie co innego zobaczyć na własne oczy te prymitywne systemy irygacyjne, dzięki którym życie na pustyni stało się możliwe:

Ba, co więcej, nie jest to jakaś tam sobie marna egzystencja, ale rozwija się w takich warunkach zaawansowana kultura Indian Atacamenos, łącznie z mumifikacją (czasowo wyprzedzającą Egipcjan) i prowadzeniem regularnego handlu z ludami wybrzeża Oceanu Spokojnego, wymagająca pokonywania setek kilometrów przez rozgrzaną, śmiertelnie niebezpieczną pustynię.

Większość naszego pobytu nocowaliśmy na campingu Tribu w San Pedro de Atacama, prowadzonym przez świetną Indiankę i poetkę. Dwa ostatnie dni spaliśmy na świetnym campingu Icnitas w Pice, w miejscowości położonej ok. 300 km dalej na północ, rajskiej oazie z gorącymi źródłami:

Okazuje się, że nawet w upale kąpiel w ciepłej wodzie jest przyjemna:) To w Pice również rosną najsmaczniejsze cytrusy w całym Chile. Jak powiedział nam jeden z mieszkańców, aby otrzymać idealne cytryny, pomarańcze czy mango, potrzeba trzech warunków, które spełnione są właśnie w Pice:

  • Wysoki poziom promieniowania UV (stety/niestety to właśnie w okolicach Pici osiąga najwyższe średnio oczne wartości z całeg obszaru Chile)
  • Czysta, smaczna woda (wody pobierane przez miejscowe cytrusy płyną głęboko pod ziemią, a wypływają wprost z nieskażonego terenu chilijskich Andów
  • Odpowiednia gleba (okazuje się, że cytrusy najlepiej rosną na piasku).

Dlatego obowiązkowym punktem wycieczki do Piki jest degustacja świeżo wyciskanych soków> mniaaam!

No dobra, soki sokami, ale teraz będzie bomba: w pobliżu Pici znajdują się najprawdziwsze GEOGLIFY, takie jak te z płaskowyżu Nazca! Poznajcie El Gigante, inkaskiego szamana, strzegącego głównego traktu imperium Inków, na drodze do ich południowych, świeżo podbitych rubieży:

A tutaj kilka sympatycznych lam i postaci ludzkich. Kto wie, może to wyobrażenie lamowych karawan, które przecież przez tysiące lat slużyły tutejszym Indianom Atacamenos i Pica/Tarrapaca do liczących setki kilometrów wędrówek przez pustynię:

 

Mamy nadzieję, że podobała się Wam podróż przez pustynię, uściski!

a

Tydzień na pustyni

W sobotę opuściliśmy nasze piękne Valparaiso i wyruszyliśmy w drogę na północ.

Czy widzicie na zdjęciu powyżej wyraźną, przebiegającą południkowo różnicę kolorystyczną na mapie? To dzieło Andów, które jak wysoki na sześć kilometrów mur skutecznie dzielą kontynent na dwa, skrajnie różne światy: po ich wschodniej stronie wilgotna, zielona dżungla, a po zachodniej suchy pustynny płaskowyż, z najbardziej suchym miejscem na ziemi – pustynią Atacama.

Tu właśnie leży Calama, górnicze miasto w którym wylądowaliśmy po niecałych dwóch godzinach lotu z Santiago, pokonując trasę 1500 kilometrów.

Calama z pewnością nie jest perłą turystyki, ale jedyne półtorej godziny drogi dzieli ją od San Pedro de Atacama, bazy wypadowej do zwiedzania pustyni Atacama. Poza tym, trzydzieści kilometrów od Calamy znajdziemy coś, co od dziecka chcieliśmy zobaczyć, wgapieni w Discovery Channel.

WIELKIE, KOPALNIANE CIĘŻARÓWY

O KOŁACH O ŚREDNICY 4 METRÓW

W NAJWIĘKSZEJ ODKRYWKOWEJ KOPALNI MIEDZI NA ŚWIECIE

PONAD 500 000 TON MIEDZI ROCZNIE

Nie wiem czy też tak mieliście, albo może dalej macie, ale ja i Paweł (a ostatnio również nasz poTomek) po prostu uwielbiamy oglądać WIELKIE fabryki, WIELKIE maszyny i WIELKIE pojazdy. Najfajniej jak są dodatkowo pokryte sporą warstwą rdzy albo kurzu. Wtedy to po prostu nic tylko siedzimy i klaszczemy uszami. Jak tylko dotrzemy do Chuquicamaty, bo tak nazywa się ta położona na 2 850 m.n.p.m. kopalnia, wrzucimy zdjęcia na Fb albo na bloga. Na szczęście można ją zwiedzać i z bliska podziwiać ciężarówy-giganty.

Po nocy spędzonej w Calamie przejechaliśmy autobusem do San Pedro de Atacama, a po drodze zobaczyliśmy w końcu pierwsze dzikie lamy i SOLNISKA!!! A tu reakcja Tomka na solniska, o których naczytał się i naoglądał przez ostatnie pół roku u Neli (Nela, Mała Podróżniczka, jakby ktoś nie znał;));

W San Pedro mieliśmy zaklepany na kilka dni domek campingowy. Jakieś dwa tygodnie temu okazało się, że coś źle wyliczyliśmy na ile wynająć mieszkanie w Valparaiso i na gwałt musieliśmy szukać czegoś na ostatni przed podróżą tydzień pracy 😐 Ponieważ i tak planowaliśmy zacząć naszą miesięczną wędrówkę po Chile od północy, zdecydowaliśmy że popracujemy właśnie tam. A co, że na pustyni nie da się pracować? 😉

Mieszkamy sobie w małym drewnianym domku, za oknem Pani właścicielka pali nam śmieci 😐

Ale  za to za domkiem mamy taki niezwykły ogród:

Z tego co opowiada nam właścicielka naszego domku, to rosną tutaj:

  • Miel de Atacama – żółte, bardzo słodkie owoce, mieli się i robi się z tego lekarstwo na kaszel, zapalenie oskrzeli; robi się też z tego chice – tradycyjny napój alkoholowy.
  • Pimienta Atacamica – drzewo pieprzowe, ale ich owoce są niejadalne, pieprz zbiera się tylko z odmiany niskopiennej.
  • Membrillo lucuma – pani poczęstowała nas ręcznie robionym dżemem z owoców tego drzewa.

Sami zaobserwowaliśmy również  popularne w całym Chile boże drzewka i cały mini-ogród kaktusików.

A propos kaktusów, to nie wiem czy wiecie, w każdym razie my byliśmy bardzo zdziwieni, że wyschnięte nie kruszą się, ale stają się twarde jak najprawdziwsze drewno i wyglądają jak drewno:

W naszym miasteczku nawet całe sklepienie kościoła jest zrobione właśnie z kaktusa!

Właścicielka, która wynajmuje nam domek, mieszka z nami ścianę-w-ścianę, dzięki czemu mamy okazję podpytać o to, jak się żyje na pustyni!

Zanim tu przyjechaliśmy, myśleliśmy, że na pustyni cały rok jest tak samo: w dzień upał, a w nocy mróz. Okazuje się, że jedna mają tutaj również pory roku, tylko trochę inne niż u nas: od kwietnia do sierpnia jest zima, tj. temperatura w dzień to ok. 20 stopni, a w nocy spada poniżej zera, są burze, które zrywają sieć elektryczną,  a czasem nawet spadnie śnieg. W pozostałej części roku praktycznie na okrągło świeci okrutnie palące słońce, temperatura w dzień to trzydzieści-czterdzieści stopni, a w nocy pięć-dziesięć.

Samo San Pedro de Atacama to otoczona WULKANAMI oaza pośrodku pustyni (ahhh :)), które swoje istnienie zawdzięcza dwóm małym potoczkom. Bez nich San Pedro nigdy by nie powstało. Nad miasteczkiem góruje najpiękniejszy, najbardziej stożkowy jaki można sobie wymarzyć, no po prostu wulkan-ideał, czyli wulkan Licancabur:

A tutaj zdjęcie z nocnego spaceru celem uchwycenia księżyca wschodzącego nad tym cudem natury:

Po przyjeździe musieliśmy się zaaklimatyzować, bo San Pedro położone jest na 2 400 metrów. My z Pawłem i moja mama bywaliśmy już wcześniej na takich wysokościach (Kirgistan, Armenia, Alpy), ale nigdy tak długo. Dla Tomka to był pierwszy raz. O dziwo on zaaklimatyzował się świetnie, przeszkadza mu jedynie upał. Tylko ja i mama cierpiałyśmy na ból głowy, ale po dwóch dniach już jest w porządku 🙂

To ważne, bo większość miejsc, które chcemy tutaj odwiedzić, położone są średnio na trzech tysiącach (jeziora solne z flamingami, pustynia solna, Dolina Księżycowa, gorące źródła, trek pod wulkanami). Jedynie na gejzery Tomek na pewno nie pojedzie, bo umiejscowione są na wysokości przekraczającej cztery tysiące metrów, która to wysokość, wg lekarzy i przewodników, może Tomkowi zaszkodzić.

Od piątku (10 listopada) wyruszamy na zwiedzanie Atacamy. Będą flamingi, dużo wulkanów, pustynia solna, kopalnia odkrywkowa miedzi i pogórnicze miasta-widma. Mamy nadzieję, że będziecie nam towarzyszyć, dalej czytając Gdzie lamy mówią dobranoc. Zapraszamy do wyprawy przez najbardziej suche miejsce świata!

Hania, Paweł, Małgorzata i Tomek


Przy okazji, dla osób chcących odwiedzić Chile, polecamy przemieszczanie się samolotem –odległości pomiędzy największymi atrakcjami mierzone w tysiącach kilometrów, a przy wcześniejszej rezerwacji ceny jak w RyanAir. Nie przeczę, przejazd z południa na północ Chile samochodem, trasą licząca pięć tysięcy km to musi być niesamowita przygoda! Fajnie obserwować, jak powoli zmienia się krajobraz – od subarktycznego Ziemi Ognistej, przez umiarkowany zimny krainy jezior, po śródziemnomorski winnic wokół Santiago i Valparaiso, aż po pustynny El Norte Chico. Jednak gdy podróżuje się z małym dzieckiem po tak wielkim kraju trzeba sobie jakoś pomagać. Nasza trasa będzie wyglądać tak: Santiago-Calama, Calama-Concepcion, Concepcion-Puerto Montt, Puerto Montt-Punta Arenas, Punta Arenas-Santiago.


 

Chile – kraj niebieskookich blondynek?!

Jest wieczór, zasiadasz na kanapie, włączasz film, a przed filmem wyświetla Ci się blok reklamowy: czarnoskóra kobieta kupuje tylko w Biedronce, czarnoskóry mężczyzna idzie po szybką pożyczkę do Kasy Stefczyka… zaraz, zaraz, czy coś tu nie pasuje? No NIE pasuje.

Wyobraźcie więc sobie nasze zdziwienie, kiedy z ekranu chilijskiego telewizora uśmiechają się do nas prawie tylko i wyłącznie wysokie blondynki o niebieskich oczach, karmiące jogurtami z owoców kaktusa małe „Helmuciki” 😐 Żadnych smagłych Jose Antonio Rodriguezów ani Marii Carmen Lucii!

Media chilijskie tłumaczą ten fakt „wysokimi aspiracjami Chilijczyków, dużo wyższymi niż w innych krajach Ameryki Południowej”. O co chodzi z tymi aspiracjami? Dlaczego w chilijskich mediach aż roi się od blondynek?

Odpowiedź jest boleśnie prosta: Chilijczycy, którym się dobrze powodzi mają blond włosy i niebieskie oczy, a żelazna zasada marketingu mówi: kupujemy nie produkt, ale to kim chcemy się stać, posiadając dany produkt. Chcesz być bogaty? Z dużym prawdopodobieństwem kupisz produkt reklamowany przez osobę, która kojarzy Ci się z dobrobytem.

No dobrze, to od razu nasuwa się kolejne pytanie: dlaczego osobom o europejskim typie urody wiedzie się w tym kraju lepiej? Niestety, klasa najbogatsza w Chile składa się, praktycznie wyłącznie, z osób o korzeniach europejskich, co przekłada się na ich wygląd (jasne włosy, biała skóra). Urodziłeś się biały – z dużym prawdopodobieństwem jesteś bogaty.  Urodziłeś się w którejś z niższych klas, to zapewne Twoja skóra ma śniady odcień, a szanse na wejście do klasy nabogatszych są praktycznie zerowe.

Klasa ta zdecydowanie odstaje od reszty społeczeństwa, a  różnica jest bardzo wyraźna – wartość współczynnika Giniego (określa nierównomierność w redystrybucji dochodów) jest tutaj wyższa niż dla Indii, czy Meksyku (!)

Wiele osób w Chile zdaje się nie dostrzegać  problemu, którego jednym z przejawów są właśnie reklamy wypełnione blondynkami. Jeden z chilijskich dziennikarzy zauważa z przekąsem: jestem przy kości i łysawy, dlaczego nie widzę osób reprezentujących mój typ urody w reklamach? To dyskryminacja!

Jakoś nie mogę zgodzić się z  tą opinią: co innego nie chcieć być łysym i grubym, a co innego nie chcieć mieć ciemniejszego koloru skóry!  Kolor skóry  nie powinien kojarzyć się odbiorcy z biedą czy bogactwem w demokratycznym, dobrze funkcjonującym społeczeństwie.  Jak dla mnie dziwaczny kanon tworzenia reklam w Chile to ekspresja głębszych problemów tego kraju, z nierównym podziałem PKB oraz istnieniem silnych barier wejścia do „białej” klasy najbogatszych na czele. Coś tu trzeba naprawić, Chile…

………………….

Źródła, z których korzystałam pisząc ten artykuł:

http://www.contactchile.cl/en/discover/the-chileans/latinos-blond.html

https://mba.americaeconomia.com/articulos/reportajes/publicidad-cuando-los-estereotipos-no-representan-la-region

http://www.elmostrador.cl/noticias/pais/2012/08/11/el-clasismo-en-chile-desde-la-colonia-hasta-el-capitalismo/