Przez Australię: Northern Territory dzień po dniu

 Rodzina w Australii

Dzień 30-37 (6-11 września)

Spędzamy kolejne wspaniałe trzy dni z naszą rodziną, kąpiemy się w Pacyfiku, który o tej porze roku ma całe… 12 st. Celsjusza i podziwiamy na wyciągnięcie ręki pingwiny w nadmorskiej dzielnicy Melbourne St. Kilde. A później już tylko lot do Darwin, Singapuru, Warszawy i Krakowa. Do widzenia Australio, wspaniale było Cię poznać i odkrywać! Wszystko okazało się inne niż miało być, piękniejsze niż na zdjęciach w internecie,  zupełnie niemonotonne (mimo tego co pisano o krajobrazie drogi 1500 km od wybrzeża, Darwin, do Alice Springs, mniej groźne (brak pająków i węży na campingach i ścieżkach turystycznych), a dodatkowo dzikie i zupełnie nieucywilizowane. I jak tu nie podróżować?? 🙂

Dzień 29 (5 września)

Wspaniały dzień z naszą rodziną z Melbourne – opowieści rodzinne, oglądanie zdjęć i duuuużo jedzenia <3

Dzień 28 (4 września)

Lot z Yulary (obok Uluru) do Melbourne. Wieczorny widok z balkonu na drapacze chmur tej ponad czteromilionowej aglomeracji robi na nas wrażenie:

Melbourne panorama

Chociaż i przywołuje smutek i poczucie zagubienia. Eh, pustynia, cisza, bliskość natury – w takim otoczeniu czujemy się dużo lepiej …

Melbourne centrumMelbourne skyscrapers

Dzień 27 (3 września)

Kata Tjuta – Tomek już mocno zmęczony upałami, więc robimy króciutką trasę. Kata Tjuta, po tym jak wcześniej odwiedziliśmy Uluru i King’s Canion, nie zachwyca. Przynajmniej ze szlaku Doliny Wiatrów: długo trasa bez widoków, za to w piekącym słońcu. Za to polecamy zobaczyć Kata Tjutę z oddali, np. z okolic Uluru – zarys wieżyc jest naprawdę bajkowy i imponujący.

Trochę nierzeczywiście to wygląda, prawda? Trochę jak narysowane przez dZiecko 😉 lub jak Góry Samotne z historii o Muminkach.

Możliwe, że inne poprowadzenie trasy zmieniłoby nasz odbiór. Jednak ze szlaku schodzić tu nie wolno – cały teren to miejsce dla Aborygenów równie święte jak Uluru. Tak święte, że dosłownie żadna z opowieści związana z Kata Tjuta nie jest przekazywana turystom.

View this post on Instagram

Kata Tjuta – zespół monolitów 50 kilometrów od Uluru. Ze szlaku schodzić tutaj nie wolno – cały teren to miejsce dla Aborygenów równie święte jak Uluru. Tak święte, że dosłownie żadna z opowieści związana z Kata Tjuta nie jest znana turystom, a przekazywana jest wyłącznie Aborygenom. #katatjuta #katatjutaphotos #katatjutazdjęcia #travelblogger #travel #instatravel #travelphoto #australiatravels #polacywaustralii #rodzinnewakacje #rodzinawpodróży #australiazdzieckiem #australiaatrakcje #dzikaaustralia #outback #australiazwiedzanie #egzotycznewakacje #australijskiewakacje #australijskiepodroze #podroze #widoki #cudanatury #antypody #northernterritory

A post shared by Gdzie Lamy Mówią Dobranoc (@gdzie_lamy_mowia_dobranoc) on

Dzień 26 (2 września)

Uluru (znane większości z nas jako Ayers Rock), cud natury, największy monolit skalny świata w końcu na horyzoncie! Pierwsze wrażenie jednak nie jest jednak powalające. Śmieję się do Pawła, że wygląda jak Góra Jaroszowicka (Beskid Mały) jesienią – pomarańczowa, piękna, ale bez przesady, żeby od razu cud natury …

Dużo większe wrażenie robi na nas sylweta Mt. Conner:

Mt. Conner

Odbiór Uluru zmienia się nam jednak diametralnie następnego dnia, kiedy docieramy bliżej, pod samo podnóże jej potężnego masywu. Ta góra mieści w sobie formacje tak różne, jakbyśmy nie oglądali pojedynczej góry, ale kilka pasm górskich jednocześnie. Kilkudziesięciometrowe, pionowe ściany jakby skalnych wydm, setki kolorów: od białego, poprzez zolcienie, pomarancz, czerwień, brąz wszelkich odmian, aż po szarość i czerń. Skały „fale”, skały warstwowe, mnóstwo jam, grot, małych jaskinek: wąskie i długie, płytkie z nawisami, tunele pomiędzy ogromnymi głazami. Jedne ściany całe upstrzone płytkimi, okrągłymi otworami, z białymi paskami w ich wnętrzach, przypominają wiszące skalne grobowce pełne kości. Inne z kolei niewiarygodnie gładkie, bez jednej ryski, czy wgłębienia, wystrzeliwują nad naszymi głowami pionowymi blokami do samego nieba.
Jakby tego było mało na północno-wschodnim krańcu tego molocha wyrasta nagle przed nami stawiając „kropkę nad i” skalna kopuła wysoka na kilkanaście metrów.
Wynajmujemy rowery, Wanda ląduje u mnie w foteliku, a Tomek jedzie w tandemie z Pawłem. Trasa robi pełniutką, 10 kilometrową pętlę wokół Uluru.

View this post on Instagram

Uluru (AyersRock) mieści w sobie formacje tak różne, jakbyśmy nie oglądali pojedynczej góry, ale kilka pasm górskich jednocześnie. Kilkudziesięciometrowe, pionowe ściany jakby skalnych wydm, setki kolorów: od białego, poprzez żółlcienie, pomarańcz, czerwień, brąz wszelkich odmian, aż po szarość i czerń. Skały "fale", skały warstwowe, mnóstwo jam, grot, małych jaskinek: wąskie i długie, płytkie z nawisami, tunele pomiędzy ogromnymi głazami. Jedne ściany całe upstrzone płytkimi, okrągłymi otworami, z białymi paskami w ich wnętrzach, przypominają wiszące skalne grobowce pełne kości. Inne z kolei niewiarygodnie gładkie, bez jednej ryski, czy wgłębienia, wystrzeliwują nad naszymi głowami pionowymi blokami do samego nieba. Jakby tego było mało na północno-wschodnim krańcu tego molocha wyrasta nagle przed nami stawiając "kropkę nad i" skalna kopuła wysoka na kilkanaście metrów. #Uluru #Uluruzdjęcia #AyersRockzdjęcia #travelblogger #travel #instatravel #travelphoto #australiatravels #polacywaustralii #rodzinnewakacje #rodzinawpodróży #australiazdzieckiem #australiaatrakcje #dzikaaustralia #outback #australiazwiedzanie #egzotycznewakacje #australijskiewakacje #australijskiepodroze #podroze #widoki #cudanatury #antypody #northernterritory

A post shared by Gdzie Lamy Mówią Dobranoc (@gdzie_lamy_mowia_dobranoc) on

Dzień 24 (31 sierpnia)

King’s kanion i trudny dzień w palącym słońcu

Dzisiejszy dzień był chyba najtrudniejszy z całego wyjazdu. Pierwszy raz byliśmy naprawdę wycięci, a wszystko za sprawą niepozornego słońca, świecącego sobie umiarkowanie i dającego temperaturę około 29 stopni Celsjusza. Otóż to właśnie delikatne, zimowe (jesteśmy prZecież na półkuli południowej) słońce wypaliło z nas całą energię. Dzieki temu wieczorem, po przyjeździe na kemping było bardzo wesoło, bo dostaliśmy z Pawłem „głupiego Jasia” ze zmęczenia i dosłownie WSZYSTKO nas śmieszyło. Ha ha ha.

Ale też temu samemu australijskiemu sloncu należą się podziękowania. Obdarowało głęboką czerwienią King’s Canion, który był naszym dZisiejszym celem. Myśleliśmy, że po takie widoki trzeba nam będzie jechać do Stanów Zjednoczonych, nie nastawialismy się na TAK ogromne, przytłaczające, zapierające dech w piersiach, czerwone pionowe sciany skalne, zakończone stołowymi szczytami. A jednak. Australia po raz kolejny już obdarowała nas pieknem mocno przewyższajacymi nasze oczekiwania. Dziękujemy!

Dzień 23 (30 sierpnia)

Poznajemy Esther, która szła samotnie 6 miesięcy przez Australię, pokonując 3000 km pustynnej trasy


Wielbłądy AustraliaDziś dzień prawie jak codzień od trzech tygodni: pakowanie i ruszamy dalej na południe. Tylko jeszcze tydzień i wracamy do Polski … Eh. Ale zanim to, to przed nami jeszcze creme de la creme, czyli Uluru/Ayers Rock i King’s Canion. Do celu mamy jeszcze ponad 400 km przez pustynię.

No więc zbieramy się zbieramy, Paweł podjechał sam zrobić ostatnie zakupy, żeby już dzieciaków nie targać i ich nie męczyć, a ja przypominam sobie rozmowę z właścicielką naszego domku i postanawiam spróbować szczęścia. Peg powiedziała, że niedaleko mieszka dziewczyna, która przeszla na piechotę, samotnie (a przynajmniej bez żadnego imnego człowieka) przez pustynię z Alice Springs nad Ocean Indyjski. Czyli bagatela, jakieś 3000 km. Zajęło jej to 6 miesięcy, a towarzyszyły jej … wielbłądy. No więc ładuję jedno dziecko na ręce, drugie biorę za rękę i idę szukać jej domu. Okazuje się, że mieszka dosłownie za płotem! 😮

Dochodzimy na podwórko, witamy się i Esther słuchajcie pokazuje nam TE wielbłądy!!! Dzielnych towarzyszy jej wielkiej, szalonej wyprawy.

To był dzień! Spotkać gwiazdę australijskiego National Geographic i jej wielbłądy. Nie ma to jak podróże!

Dzień 22 (29 sierpnia)

Standley Chasm i Angklerle Antwatye

Ah jak my lubimy kaniony, a na dodatek jak można do nich zajrzeć nie tylko z dołu, ale również z góry – przepiękne przepasciste widoki z Angklerle Antwatye dzisiaj …
Zapraszamy do obejrzenia filmu właśnie stamtąd, a także z kilku innych miejsc w paśmie MacDonnela do których dotarliśmy:

A tu zapis tekstu z filmu – krótki o górach MacDonnella:

Jesteśmy w Centralnej Australii. Tereny w których byliśmy do tej pory i cała północna Australia to teren nizinny lub pagorkowaty. Za to Centralna Australia to teren typowo gorzysty. Jednym z dominujących tutaj pasm jest ogromny pas gór McDonnela, rozciągający się rownoleznikowo na dlugosci 644 km.
Spędziliśmy na ich szlakach kilka dni.

Góry McDonnela sa suche, ale nie typowo pustynne: w dolinach okresowych rzek, w wyschsnietych korytach rzecznych znajdziemy piękne, wysokie drzewa eukaliptusowe. Zbocza pokrywają sagowce i inne rosliny niskopienne. Z pewnością też, choć na pier2szy rzut oka tak to właśnie wygląda, nie jest to teren wymarły. Żyją tu m.in. rock wallabi – malutkie kangury żyjące na stromych skalistych zboczach górskich.

Góry te znane są przede wszystkim z przepięknych, zbudowanych z czerwonych skał, kanionów. A nad kanionami, grzbietami, idzie znany w całej Australii szlak Larapinta. Szliśmy jego fragmentami i nakrecilismy kilka ujęć ze szlaków, zobaczcie jak to tutaj wygląda:

Na szlaku Larapinta co kilka kilometrów wyznaczone są miejsca w których można rozbić namioty i rozpalić ognisko – można w ten sposób wędrować szlakiem wiele dni.

Dzień 21 (28 sierpnia)

Czerwony kanion Simpson’s Gap i Reptile Center ze strasznie uroczym „Molochem Straszliwym” 🙂

 

Dzień 20 (27 sierpnia)

Dojechaliśmy do Alice Springs!!! Pustynia, ale zimno, bo jesteśmy kilkaset m.n.p.m. i wokół góry. Ah, jak czerwono i skaliście!

Wieczorem poszliśmy na poszukiwania psów dingo i kangurów. Znaleźliśmy kilka legowisk kangurzych i sporo śladów, nawet 2 kangury przeskoczył y nam drogę, ale i yak byliśmy zawiedzeni, bo liczyliśmy najbardziej na psy dingo. Jeszcze ich ani razu nie widzieliśmy. Także jutro wieczorem wyruszamy na kolejną wyprawę poszukiwawczą – z tego co mówią właścicielki domku w którym mieszkamy, o zachodzie słońca mamy największe szanse.

Dzień 19 (26 sierpnia)

Devil’s Marbles

Dzień 18 (25 sierpnia)

Kopalnia złota Kaczyńskiego 😉

To już trzeci dzień drogi przez pustkowia, do Alice Springs wciąż jeszcze 500 km. Oj ciężko tak codziennie składać namiot, pakować cały dobytek i jeszcze wyjechać zanim upał wykończy nas przy tych porannych czynnościach… Po jakiejś godzinie jazdy budzi się Wanda i musimy się zatrzymać, żeby mogła trochę poraczkować 😉 Zatrzymujemy się w Tennant Creek, gdzie czeka nas miła niespodzianka 🙂 Robimy sobie przerwę na krótki piknik nad Tennant Creek, wyjeżdżamy na wzgórze nad miasto, tak, żeby był jakiś widok. A tu okazuje się, że obok punktu widokowego znajduje się… kompleks kopalni złota! 😮 Większość z nich już nieczynna, ale rudy złota, które oglądamy robią wrażenie! No i jeszcze okazuje się, że PEKO, jedna z największych tutejszych kopalni, zatrudniająca 800 osób, była współwłasnością niejakiego … Kaczyńskiego, Polaka. W muzeum dowiadujemy się, że w mieście jedna z głównych ulic nosi jego nazwisko 🙂

Kopalnia złota Tennant Creek

W Tennant Creek oglądamy również kościół, który zbudowano z części innej świątyni, wcześniej służącej wiernym w miejscowości oddalonej o jakieś 300 km. Rozłożono tam kościół na części i zapakowano na ciężarówkę:

Tennant Creek co zobaczyć

Niestety nie było im dane dojechać cało do Tennant Creek – powódź zatrzymała ciężarówkę w drodze, a część ładunku spłynęła wraz z rzeką … Następna informacja dobrze obrazuje trudności, z jakimi borykali się mieszkańcy tych terenów, do czasu budowy asfaltowej nawierzchni: po powodzi jezdnia wysychała kilka dobrych miesięcy – dopiero po tym czasie transport mógł ruszyć dalej. W końcu transport dotarł szczęśliwie na miejsce, a kościół ten 50 lat później odwiedziła … Matka Teresa z Kalkuty.

Dzień 17 (24 sierpnia)

Pustynna Australia: słońce, które wypala skórę

Jedziemy dalej w stronę Alice Springs. Wokół nas zupełna pustka: sucho, krzaki i gdZieniegdzie tylko jakieś mizerne drzewko dzielnie walczy o przetrwanie. Z atrakcji po drodze mijamy dwie farmy – na bezkresnych pastwiskach wychudzone stada krów.

Po 100 km budzi się Wanda, mamy szczęście, bo akurat w miejscu w któryn nagle, po 350 km pojawia się zasięg internetowy. To miejscowość Elliot: urządzamy sobie piknik przy stacji benzynowej pełnej … pawi, próbujących zjeść wszystko w zasięgu ich dziobów: w tym klocki lego. Po solidnym popasie i masowym wrzucaniu filmów, zdjęć i postów (wihiii zasieg internetowy pierwszy raz od 350 km!), ruszamy w dalszą drogę. Nagle krajobraz zaczyna się gwałtownie zmieniać: znikają ostatnie rachityczne drzewa, a ziemia zamienia się w czerwony piach pokryty niskimi krzakami. Wjeżdżamy na tereny półpustynne.

Po 150 km zatrzymujemy się na nocleg w rozgrzanym do czerwoności kempingu Banka Banka. Słońce dosłownie wypala skórę. Coś niesamowitego i przerażającego. Dziwne to uczucie, bo nie jest w cale bardzo gorąco, jakieś 31-32 stopnie, w cieniu bardzo przyjemnie. Skąd więc to uczucie palenia na słońcu? Dopiero wjeżdżamy w teren półpustynny, ciekawe co się będzie działo jak dotrzemy do samego serca Australii…

Dzień 16 (23 sierpnia)

Dziś drugi dzień moczymy się i lenimy w gorących wodach w regionie Mataranka. Wczoraj BitterSprings , a dzisiaj RainbowSprings w magicznym lesie palmowym w Elsey National Park. Po południu wsiadamy w samochód i dłuuuga prosta na południe (250 km). Nocujemy na campingu w Dunmarra – brak grilla i basenu, mimo wyszczególnienia takowych w opisie na aplikacji WikiCamps :/, ale za to awionetki i piękne drzewo butelkowe. Dzieci śpią już smacznie w namiocie (te ciepłe kąpiele naprawdę dobrze usypiają nam dZieci ;)), a ja czytam książkę The Beginners Guide to Aboriginal Art. Dzięki niej odkrywam zasadę odczytu rysunków naskalnych Aborygenów i … teraz każda kropka i kreska na rysunku, każde zwierzę nie jest już po prostu ładnym obrazkiem, ale .. układa się w całą historię! Nakręcimy o tym niedługo filmik.

Tego wieczora znów oglądamy gwiazdy i widać ciągnącą się przez całe niebo drogę mleczną! Paweł robi zdjęcie jej fragmentowi – popatrzcie sami, zdjęcie jak z teleskopu Hubble’a!

Tego wieczora znów oglądamy gwiazdy #stargazing #australia i widać ciągnącą się przez całe niebo drogę mleczną! Paweł robi zdjęcie jej fragmentowi – popatrzcie sami, zdjęcie jak z teleskopu Hubble’a!

Z gwiazdozbiorów, które dobrze widać bardzo podoba nam się oczywiście Krzyż Południa, ale też Żuraw (naprawdę wygląda jak ptak!), Corona Australis (pełna elipsa!) i Corona Borealis (łuczek).

Dzień 15 (22 sierpnia)

Gorąca rzeka Bitter Springs i spotkanie z Polakami. A wieczorem dziki outback w pełni – show z biczami (whiping show): Nathan Whippy Griggs:

Dzień 14 (21 sierpnia)

Wyruszamy na południe – 1500 km i 5 dni drogi przez odludzia przed nami.

Pine Creek – piknik i dojazd popołudniu do Katherine Gorge – kanionów wypełnionych rzeką:

Wreszcie koniec komarów i (chwilowy?) koniec upałów.

Dzień 13 (20 sierpnia)

Rozgwieżdżone niebo  i aborygeńskie ścieżki snów

To nasz ostatni dzień w gorącym, tropikalnym Parku Kakadu. Jutro rozpoczynamy 1500 km trasę do Red Center – serca kontynentu.

Nadszedł wieczór i nad nami znów niewyobrażalnie rozgwieżdżone niebo. Park Kakadu zajmuje powierzchnię równą obszarowi Izraela, a na jego terenie znajduje się tylko jedno miasteczko – możecie wyobrazić sobie jaką widoczność zapewnia taka izolacja od sztucznego światła. Niewiele jest już takich miejsc na świecie. Na nieboskłonie niepodzielnie króluje ogromny gwiazdozbiór Skorpiona: widoczny jest długi, zakręcony ogon, korpus, głowa i szczypce.

Pierwszy raz w życiu jesteśmy w stanie dostrzec każdą, każdziusieńką gwiazdę i zobaczyć pełen gwiazdozbiór – kropka w kropkę jak na mapie nieba.

Nocujemy bardzo blisko Ziemi Arnhema (Arnhem Land), czyli obszaru wielkości połowy Polski, które NIGDY nie zostało zasiedlone przez Europejczyków. Tak więc kilkadziesiąt kilometrów od nas, w tej samej dżungli, na te same gwiazdy, patrzą z nami „dziko” żyjące plemiona Aborygenów.

Czy to nie ekscytujące? Usiądźcie wygodnie, zamknijcie oczy i wyobraźcie ich sobie.

Palmy, eukaliptusy, pradawne cykady, paprocie. W oddali, w świetle gwiazd można dostrzec rozlewiska East Alligator River, która jest głównym źródłem pożywienia tego plemienia. Obóz Aborygenów nie jest ustawiony w bezpośrednim sąsiedztwie rzeki, ze względu na zagrożenie ze strony czterometrowych bestii – krokodyli różańcowych. Kilka szałasów z trawy ustawiono w kształt okręgu wokół dużego, wspólnego ogniska. To szałasy jednej, dużej rodziny, złożonej z rodziców, dzieci, ich wujków, cioć i dziadków. Dzieci pewnie juz smacznie śpią, a dorośli siedzą blisko ognia, pozwalając, aby dym ochronił ich ciała przed kąsającymi chmarami komarów. Dziadek lub babcia snuje opowieść. Pewnie to kontynuacja historii, którą zaczeli opowiadać dobre kilka dni temu. Może to być na przykład opowieść o siostrach morderczyniach zamienionych w krokodyle, albo jedna z tych opowiadających o ścieżkach snu Tęczowego Węża (The Rainbow Serpent).

Oprócz dzieci przy jasnym świetle ogniska brakuje jeszcze kogoś. To jeden z najmłodszych członków plemienia, który wkraczając w dorosłość, wyruszył w rytualną wędrówkę „walkabout”. Może trwać od kilku tygodni do nawet roku, a w jej trakcie młody Aborygen przemierza samotnie swoją własną wariację ścieżki snów Tęczowego Węża lub innego ducha z czasów stworzenia. Nikt z nas, białych do końca nie potrafi wytłumaczyć dlaczego przemierza on taką, a nie inną drogę. Jednak Aborygeni dokładnie wiedzą, którędy prowadzi ich własna ścieżka. Brzmi to dla nas nieprawdopodobnie, ale tak właśnie jest. Walkabout jest więc czasem połączenia się z duchami stworzycielami i przodkami, a jednocześnie czasem dorastania i doskonalenia sztuki przetrwania w buszu i na pustyni.

Dwa akapity wyżej wspomnieliśmy o ścieżkach snu. Pora wyjaśnić czym są.
Ścieżki snu to termin kluczowy dla zrozumienia kultury i duchowości Aborygenów, a jednocześnie trudny do zrozumienia dla nas, Europejczyków. Ścieżki snu to drogi, które przebyły duchy w czasach tworzenia świata. Duchy te tworzyły świat i są przodkami wszystkich Aborygenów. Dreaming sites to miejsca, w których duchy zatrzymały się aby odpocząć lub przekazać jakąś ważną naukę ludziom, pisząc (ten czasownik lepiej określa rolę malowideł niż czasownik rysowanie) w skale.

#Ubirr #Nurlandji #DoKakadu #SeeKakadu #KakaduNationalPark #whattosee

Dzień 12 (19 sierpnia)

Pożar

Tej nocy totalnie spanikowaliśmy. Spędziliśmy ją na campingu w Parku Kakadu, wszystko niby pięknie: prysznice, kuchnia, basen i w ogóle luksusy jak się patrzy 😉 Tylko tak trochę dziwnie, bo drzewa przylegające wprost do naszego kwartału, zupełnie spalone…Ale okej, mówimy sobie, wiemy, że w Australii ogień to rzecz zupełnie normalna, i że busz podpala się regularnie w celu uniknięcia wybuchu niekontrolowanego pożaru. Pewnie wypalili pas buszu wokół campingu, żeby właśnie sam się nie zrobił.

No więc jesteśmy spokojni, nadchodzi noc, jest około północy. Mamy kłaść się spać, patrzymy sobie jeszcze z Pawłem na pięknie rozgwieżdżone niebo. Mój rozmarzony wzrok przesuwa się z nieba na busz, a tam …
– Paweł, popatrz, ktoś się rozbił poza campingiem i pali ognisko. Prawdziwy buszman!
A Paweł na to po chwili milczenia:
– Hania, ale tam nie ma żadnego człowieka, to nie ognisko tylko pożar!
😮
Zaczynamy czujnie się rozglądać i dostrzegamy małe ogniki na prawo i na lewo od pierwszego punktu, jedne dalej, drugie bliżej, kilkanaście metrów od naszego namiotu. Biegniemy zgłosić fakt pracownikom kempingu, ale niestety o tej porze wszystko zamknięte, i recepcja, i bar. Idziemy od namiotu do namiotu, od kampera do kampera, ale … wszyscy śpią, kemping wygląda jak wymarły. Chwilę w głowie kołacze mi się absurdalna, gorączkowa myśl, że może wszyscy już uciekli, ale na szczęście w tym momencie Paweł słyszy chrapanie dochodzące z jednego z namiotów 😉 Uspokajamy się trochę. Ale mimo wszystko przenosimy namiot trochę w głąb kempingu, zdala od linii buszu. Nastawiamy budzik na za godzinę i – co robić
– idziemy spać.

Następnego dnia pracownik recepcji kryjąc uśmiech objaśnia nam, że takie „tlenie się” buszu, to w Australii rzecz naturalna i że najprawdopodobniej to strażnicy Parku podłożyli ogień. Profilaktycznie.

Później wyczytujemy jeszcze, że Aborygeni podpalają busz „od zawsze”. Nazywają to „cleaning up” – czyszczenie buszu. Stare, wyschnięte trawy i drzewa płoną, po dwóch-trzech miesiącach ustępując miejsca młodym, zielonym pędom, które … przyciągają zwierzęta.

W ten sposób Aborygeni zapewniali sobie pewną dostawę zwierzyny łownej. To nic innego niż świadomy, dobrze zaplanowana „uprawa” lasy: cykliczne wypalanie i przenoszenie się na tereny obfite w zwierzynę, gwarantowały brak konieczności ciągłego poszukiwania nowych terenów łowieckich i wędrówek na duże odległości.

To była prawdziwa australijska historia, zupełnie „downunder” tutaj, prawda?

Dzień 11 (18 sierpnia)

Malowidła „X Ray” w Ubirr

Budzimy się już w KakaduNationalPark, na campingu w środku dżungli, zaraz obok granicy z regionem nalezacym do Aborygenów – Arnhen Land. Dzisiejszego poranka bardzo entuzjastycznie powitali nas najmniejsi jego mieszkańcy … My jednak nie byliśmy zadowoleni, domyślacie się pewnie dlaczego? To komary, a raczej tabuny, stada, chmary tych małych uprzykrzaczy. Tego już za wiele. Przeczytalismy przecież, że komary gryzą wieczorem, że dwie godziny od momentu zachodu słońca są najgorsze.

Dzień 10 (17 sierpnia)

Rozlewiskami o świcie – raj fotografów na Mary River

Dzisiejszej nocy co chwila się przebudzałam i to nie ze względu na szelesty dochodzące z dżungli. To mogły być jedynie większe ptaki takie jak orły, czy papugi kakadu, albo, najprawdopodobniej, wallabi, które całymi stadami podchodzą na camping.

Jedynymi niebezpiecznymi dla człowieka zwierzętami w Australii są malutcy i nie wydający słyszalnych ludzkim uchem zabójcy – pająki i węże. No więc dlaczego spałam niespokojnie, skoro mojej dziatwie nic nie zagraża, a jak zagraża to i tak nic nie poradzę? 😐 Ekscytacja! Czekała mnie wyprawa na rozlewiska, a tam mnóstwo egzotycznych ptaków do zobaczenia i uwiecznienia na zdjęciach. O godz. 6:15 wyruszyliśmy, tak żeby zdążyć na wschód słońca, które wschodzi ok. godz. 7.

Dzień 9 (16 sierpnia)

Paweł z Tomkiem jadą oglądać skaczące krokodyle na Adelaide River, a my z Wandą odpoczywamy na campingowym basenie w Corrabori Camping.

Dzień 8 (15 sierpnia)

Skalne kaniony Tolmer Falls i wieczorna wyprawa offroad – czerwony pył Australii w końcu pod naszymi kołami

Dzisiaj nasz ostatni dzień w Litchfield Park, więc zaplanowaliśmy krótką, godzinną trasę, mały piknik i powrót do domu. Tym bardziej nie chcieliśmy dzisiaj męczyć dzieci, że na najbliższe dni prognozowana jest FALA KOSZMARNYCH UPAŁÓW 😒 Od piątku ma być 36-37 stopni, przynajmniej do poniedziałku. A my akurat:

× zaczynamy nocować pod namiotem,
× będziemy tak biwakować przez najbliższe dwa tygodnie,
× jedziemy na przyoceaniczne mokradła (wetlands) – czyli bedzie nie dość, że gorąco to jeszcze wilgotność i pełno much i komarów 👍

Także zasłużyliśmy dzisiaj na dzień odpoczynkowy, który spędziliśmy przy Tolmer Falls:

Trasa była zaskakująca. Myśleliśmy, że widzieliśmy już wszystko w parku Litchfield, w końcu byliśmy i przy wodospadach i szliśmy przez suchy busz eukaliptusowy i przez wilgotną dżunglę. A tutaj zupełnie inna roślinność, z czego najciekawsze chyba Cycades, czyli rodzaj paprocio-palm, które przetrwały od czasów dinozaurów! Dodamy, że nie występują na żadnym innym kontynencie. Wyglądają tak:

Zupełnie jakbyśmy się przenieśli do czasów dinozaurów. Tomek był zachwycony 🙂

A potem ścieżka wyszła na grzbiet tutejszych gór stołowych. Było bardzo gorąco, ale widoki rekompensowały zmęczenie: klocki skalne „poustawiane” jedne na drugich w wysokie, chybotliwe (?) wieże:

A pod nimi wysoki, stromy kanion, którym płynie Tolmer Creek wprost w otchłań urwiska. Jeszcze chwila i dojdziemy do Tolmer Falls. Nie dziwimy się, że Tolmer Falls są najczęściej fotografowanym miejscem w Litchfield Park: głęboki kanion zakończony kilkunastometrową ścianą, po której spływa wodospad, wprost do błękitnego jeziora. Na dodatek jezioro, w miejscu dotykającym ściany wodospadu, znika w czeluściach potężnej, wysokiej na kilkanaście metrów jaskini:

Tolmer Falls Litchfield Park

Na koniec dnia pojechaliśmy jeszcze poczuć choć trochę prawdziwy outback – skręcilismy z asfaltówki w cudną, czerwoną, pylistą drogę. Wokół nas wysoki na półtora-dwa metry złoty szpaler traw, a za nimi już australijska dżungla, czyli wysokie eukaliptusy i akacje poprzeplatane wystrzeliwującymi ze świeżo nadpalonej ziemi rosochatymi, intensywnie zielonymi kogutamk młodych palm, pradawnych sagowców i innych paprociowato-skrzypiastych roślin.

A nad tym wszystkim, jakby było mało, przepiękna czerwona tarcza slońca:

Ahh to był dzień. Dobranoc!

Dzień 7 (14 sierpnia)

Jak wędrować po górach w tropikalnym upale

Dzieci w końcu, po tygodniu od przyjazdu do Australii, w miarę przestawione na nowy czas. Dzięki temu dzisiaj udało się nam, tak jak sobie obiecywalismy od kilku dni, wstać wcześnie. Nooo i to był strzał w dziesiątkę! Temperatury w środku dnia są tutaj tropikalne, ale co zaskakujące, do samego południa temperatura oscyluje wokół 24-26 stopni. Dodajcie do tego chłodne powiewy wiatru i mamy bardzo dobre warunki do pieszych wędrówek 😊 Dzięki temu mieliśmy bardzo fajny półtoragodzinny trek od podnóża do szczytu wodospadu Wangi Falls.

Wyjście w południe na wycieczkę w tropikalnej, północnej części Australii odpada. Tutejsze słońce pali o tej porze tak mocno, że ma się uczucie ciągłego pragnienia. Suchość i palenie w gardle non stop praktycznie, nic przyjemnego.

Aha, myślicie sobie, w takim razie najlepiej wyspać się, zjeść wczesny obiad i dopiero ruszyć w trasę. Taaak, też mieliśmy taki sprytny plan, ale akurat w Australii się on nie sprawdzi :/ Dlaczego? W Australii praktycznie nikt nie jeździ samochodem po zmroku. Akurat wtedy uaktywniają się kangury, które w szalonym tempie przebiegają przez drogi. A spotkać kangura zaraz przed swoją maską jest na Antypodach sprawą bardzo prostą – kangurów w Australii jest kilka milionów 😮

A propos spotykania zwierząt na drodze, to dwa dni temu nagle drogę przebiegło nam takie!

Emu

Filmik z emu ⤵

Dzień 6 (13 sierpnia)

Dzień 5 (12 sierpnia)

Nasz pierwszy dzień na australijskim outbacku: żar buszu i strefa sacrum.

Skwar leje się z nieba. Wyschnięte drzewa z utęsknieniem oczekują końca pory suchej. Eukaliptusy, stanowiące główną część drzewostanu australijskiego buszu, jakimś cudem wciąż są jeszcze zielone, ale wokół nich w niemym krzyku o łyk wody stoi wiele bezlistnych kikutów innych, gorzej radzących sobie z suszą gatunków. Gdyby nie pot co chwilę ocierany z czoła, to można by pomyśleć, że rozpościera się przed nami jakiś nietypowy, ale wyraźnie zimowy krajobraz. Surowo i smutno.
Tak właśnie wygląda większość stanu Northern Territory, a więc obszaru powierzchniowo równego Niemcom, Francji i Hiszpanii razem wziętych. Mniej więcej dwa razy tyle, to cześć Australii pokryta pustynią (praktycznie cały stan Australia Zachodnia i Australia Południowa). Tylko kilka procent tego kontynentu to ziemia nadająca się pod uprawę i dobrze nawodniona – tereny stanu Wiktoria, Nowa Południowa Walia i malutki fragment Australii Zachodniej.

Nic więc dziwnego, że tereny położone wzdłuż śródpustynnych i śród sawannowych potoków, uważane są przez Aborygenów za miejsca święte.
Teren #LitchfieldNationalPark skrywa w głębokich kanionach, rysach przecinajacych sawannę, kilkadziesiąt takich miejsc.
Schodząc z rozgrzanego do czerwoności eukaliptusowego płaskowyżu wgłąb wilgotnych, wybuchajacych zielenią wąskich dolin, można zrozumieć, dlaczego właśnie te miejsca są dla pierwotnych ludów Australii strefą sacrum.
To pewnie w takich miejscach gromadziły się plemiona, aby odegnać złe duchy i uleczyć chorych.

Dzień 4 (11 sierpnia)

Aborygeńskie cuda kropką malowane i spotkanie z nietoperzami

W końcu dzieci przespały spokojnie noc i dzięki temu udało się nam dotrzeć na wymarzony #DarwinAboriginalArtFestival 😍 To było coś! Zresztą sami zobaczcie na 🎥, który nagraliśmy ⤵

View this post on Instagram

Dzień 4 Aborygeńskie cuda kropką malowane i spotkanie z nietoperzami W końcu dzieci przespały spokojnie noc i dzięki temu udało się nam dotrzeć na wymarzony #DarwinAboriginalArtFestival 😍 To było coś! Zresztą sami zobaczcie na 🎥, który nagraliśmy – zwiedźcie wystawę razem z nami 😊 Niby wiedzieliśmy, że w Australii mieszka bardzo wiele, mocno różniących się językiem i kulturą plemion. Ale mimo to nie byliśmy przygotowani na wielość stylów wykonania obrazów, rękodzieła i tkanin, które można było zobaczyć podczas #DAAF 😮 Wspaniale było móc też zobaczyć na własne oczy jak te obrazy powstają: zwykła kropka po kropce, a jednak tylko prawdziwy artysta może stworzyć takie dzieła. Wiemy co mówimy, bo mieliśmy okazję spróbować. Jak widzicie na zdjęciach Tomek zawzięcie tworzy swoje dzieło na wysuszonym owocu, właśnie w trakcie DAAF (wcześniej podpatrzył jak malują dzieci aborygeńskie przy stoliku ;)). #Aborygeni #aboriginalart #travelblogger #travel #instatravel #travelphoto #australiatravels #polacywaustralii #rodzinnewakacje #rodzinawpodróży #australiazdzieckiem #australiazwiedzanie #antypody #northernterritory

A post shared by Gdzie Lamy Mówią Dobranoc (@gdzie_lamy_mowia_dobranoc) on

Niby wiedzieliśmy, że w Australii mieszka bardzo wiele, mocno różniących się językiem i kulturą plemion. Ale mimo to nie byliśmy przygotowani na wielość stylów wykonania obrazów, rękodzieła i tkanin, które można było zobaczyć podczas #DAAF 😮 Wspaniale było móc też zobaczyć na własne oczy jak te obrazy powstają: zwykła kropka po kropce, a jednak tylko prawdziwy artysta może stworzyć takie dzieła. Wiemy co mówimy, bo mieliśmy okazję spróbować. Tutaj Tomek zawzięcie tworzy swoje dzieło na wysuszonym owocu, właśnie w trakcie DAAF:

Po południu zdążyliśmy dojechać jeszcze świeżo wynajętym samochodem (będzie nam towarzyszył przez najbliższe 3 tygodnie) do miejscowości #Batchelor położonej u wrót #LitchfieldNationalPark, godzinę drogi od Darwin.

Miejscowość Batchelor jak wymarła, klimatem przypomina nam poradzieckie miejscowości z Kirgistanu, czy Armenii. To miasteczko górników kopalni uranu, zamkniętej jakieś 30 lat temu. No tego w Australii się nie spodziewaliśmy, super, lubimy takie „zardzewiałe” klimaty 😉

No i jakby było mało wrażeń na ten dzień, przy głównej drodze miasteczka zauważyliśmy drzewo całe w jakiś dziwnych, wiszących na gałęziach ptakach… Tak, macie rację, to były nietoperze! 😊

Nietoperze

Dzień 3 (10 sierpnia)

Przygotowania do wyjazdu w Outback

Dzień 3 naszego pobytu w Darwin właśnie dobiega końca (u nas godz. 19). Poprzedziła go niezwykle intensywna noc :p – Wanda poszła spać o północy, a potem i Tomek i Wanda obudzili się … dwie godziny później w świetnych humorach i balowali do 4:30 😐 😂 Także udało się nam zwlec z łóżek wielkim wysiłkiem o g. 10.00. No a później poszliśmy na wielki shopping – przygotowania do biwakowania. I tu już było miło 😊 W sklepie mnóstwo różnych nacji: Azjaci, Oceania no i oczywiście Aborygeni 😊 Sklep turystyczny świetnie zaopatrzony, a ceny takie jak w Polsce – także jak się będziecie wybierać do Australii nie ma co płacić za nadbagaż – warto kupić na miejscu 🙂 No i można pooglądać sobie takie wynalazki jak Sprzęt do oddawania moczu na stojąco DLA KOBIET💪 (reklamowany jako niezwykle przydatny: na wycieczce, w korku … 😜)https://www.mitchellsadventure.com/product/shewee-extreme/shewee.aspx, czy ZESTAW DO SZUKANIA ZLOTA w rzekach 😮👑🔎
Jak dotarlismy do domu okazało się, że za godzinę będzie ciemno – tutaj wieczna równonoc, słońce wstaje o godz.7.00 i zmrok zapada o 19.00. No to idziemy na nocny spacer: pewnie będzie słychać skrzeczenie wszechobecnych tutaj papug 🙂 A jutro tańce Aborygenów, a potem wynajem samochodu i opuszczamy wybrzeże mknąc #StuartHighway na południe, wgłąb tropikalnego buszu, wprost do #LitchfieldPark. A tam już tylko dżungla, wodospady, krokodyle i wielkie kopce termitów.

Dzień 2 (9 sierpnia)

Rozwiewamy nasze obawy co do stad krwiożerczych komarów czekających na nasz fałszywy ruch 😉

Odwiedzając aptekę zgadujemy się z jej pracownikiem na temat wyjazdu wgłąb lądu. Okazuje się, że był w #KakaduNationalPark kilka tygodni temu i rozwiewa nasze obawy dotyczące komarów. Okazuje się, że w lipcy i sierpniu praktycznie ich nie ma, jego nie ugryzł nawet jeden, mimo że nie używał żadnych repellentów. Kamień z serca, bo już wyobrażaliśmy sobie duszne wieczory w namiocie razem z naszą rozbrykaną dwójką. I to już od godziny 19, bo wtedy zapada zmrok plus bez jedzenia, bo przywabia pająki i węże. Huuuuu. Ulga. Duża.

Dzień 1 (8 sierpnia)

Witaj Australio!

Około godziny 5.00 lądujemy w Darwin – stolicy regionu Norther Territory, zajmującego powierzchnię równą Francji, Niemiec i Hiszpanii razem wziętych. Jesteśmy oczywiście świezi, pachnący i wypoczęci. Dlatego po przyjeździe do wynajętego przez Arb’n’b mieszkania padamy na łóżka i budzimy się około pierwszej po południu. Tego dnia jest jeszcze dość czasu na pierwszy spacer. Zachłystujemy się pierwszym w naszym życiu tropikalnym otoczeniem: palmy, palmy plus jakieś pachnące cytrusowo kwiaty, wyglądem przypominające te znane z filmów o Oceanii. Do tego dzikie krzyki ptaków, zupełnie nieznane, niezwykłe. Jedne brzmią jak szczekanie małych szczeniaczków, inne jak krzyk dziecka. A wszystkie razem robią wiele hałasu. A przeciez jeszcze nawet nie zdążyliśmy wyjechać z miasta. Ciekawe co w takim razie będzie się działo w głębi lądu, zdala od dużych siedlisk ludzkich? Aż ciarki przechodzą z radości na te wszystkie piękne skrzydlate ujęcia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.