Rozgwieżdżone niebo  i aborygeńskie ścieżki snów

To nasz ostatni dzień w gorącym, tropikalnym Parku Kakadu. Jutro rozpoczynamy 1500 km trasę do Red Center – serca kontynentu.

Nadszedł wieczór i nad nami znów niewyobrażalnie rozgwieżdżone niebo. Park Kakadu zajmuje powierzchnię równą obszarowi Izraela, a na jego terenie znajduje się tylko jedno miasteczko – możecie wyobrazić sobie jaką widoczność zapewnia taka izolacja od sztucznego światła. Niewiele jest już takich miejsc na świecie. Na nieboskłonie niepodzielnie króluje ogromny gwiazdozbiór Skorpiona: widoczny jest długi, zakręcony ogon, korpus, głowa i szczypce.

Pierwszy raz w życiu jesteśmy w stanie dostrzec każdą, każdziusieńką gwiazdę i zobaczyć pełen gwiazdozbiór – kropka w kropkę jak na mapie nieba.

Nocujemy bardzo blisko Ziemi Arnhema (Arnhem Land), czyli obszaru wielkości połowy Polski, które NIGDY nie zostało zasiedlone przez Europejczyków. Tak więc kilkadziesiąt kilometrów od nas, w tej samej dżungli, na te same gwiazdy, patrzą z nami „dziko” żyjące plemiona Aborygenów.

Czy to nie ekscytujące? Usiądźcie wygodnie, zamknijcie oczy i wyobraźcie ich sobie.

Palmy, eukaliptusy, pradawne cykady, paprocie. W oddali, w świetle gwiazd można dostrzec rozlewiska East Alligator River, która jest głównym źródłem pożywienia tego plemienia. Obóz Aborygenów nie jest ustawiony w bezpośrednim sąsiedztwie rzeki, ze względu na zagrożenie ze strony czterometrowych bestii – krokodyli różańcowych. Kilka szałasów z trawy ustawiono w kształt okręgu wokół dużego, wspólnego ogniska. To szałasy jednej, dużej rodziny, złożonej z rodziców, dzieci, ich wujków, cioć i dziadków. Dzieci pewnie juz smacznie śpią, a dorośli siedzą blisko ognia, pozwalając, aby dym ochronił ich ciała przed kąsającymi chmarami komarów. Dziadek lub babcia snuje opowieść. Pewnie to kontynuacja historii, którą zaczeli opowiadać dobre kilka dni temu. Może to być na przykład opowieść o siostrach morderczyniach zamienionych w krokodyle, albo jedna z tych opowiadających o ścieżkach snu Tęczowego Węża (The Rainbow Serpent).

Oprócz dzieci przy jasnym świetle ogniska brakuje jeszcze kogoś. To jeden z najmłodszych członków plemienia, który wkraczając w dorosłość, wyruszył w rytualną wędrówkę „walkabout”. Może trwać od kilku tygodni do nawet roku, a w jej trakcie młody Aborygen przemierza samotnie swoją własną wariację ścieżki snów Tęczowego Węża lub innego ducha z czasów stworzenia. Nikt z nas, białych do końca nie potrafi wytłumaczyć dlaczego przemierza on taką, a nie inną drogę. Jednak Aborygeni dokładnie wiedzą, którędy prowadzi ich własna ścieżka. Brzmi to dla nas nieprawdopodobnie, ale tak właśnie jest. Walkabout jest więc czasem połączenia się z duchami stworzycielami i przodkami, a jednocześnie czasem dorastania i doskonalenia sztuki przetrwania w buszu i na pustyni.

Dwa akapity wyżej wspomnieliśmy o ścieżkach snu. Pora wyjaśnić czym są.
Ścieżki snu to termin kluczowy dla zrozumienia kultury i duchowości Aborygenów, a jednocześnie trudny do zrozumienia dla nas, Europejczyków. Ścieżki snu to drogi, które przebyły duchy w czasach tworzenia świata. Duchy te tworzyły świat i są przodkami wszystkich Aborygenów. Dreaming sites to miejsca, w których duchy zatrzymały się aby odpocząć lub przekazać jakąś ważną naukę ludziom, pisząc (ten czasownik lepiej określa rolę malowideł niż czasownik rysowanie) w skale.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.