Archiwum kategorii: Wszystkie wpisy

Beskidy mojego dzieciństwa dla Was: Sucha Polana, Kudłacze i Obserwatorium Astronomiczne na Lubomirze

Dzisiaj kilka pomysłów na jedniodniowe wypady z Krakowa, naszym celem jest pogranicze Beskidu Makowskiego oraz Wyspowego, teren pomiędzy Myślenicami a Wiśniową.

Uwaga! Zbliżamy się do celu podróży! Wokół nas łąki i zalesione szczyty. Horyzont zamyka ONA:  tajemnicza, wznosząca się wysoko nad nami, gęsto zalesiona przełęcz. Takie migawki pamiętam z dzieciństwa, z czasów kiedy przyjeżdżałam w odwiedziny do babci, do położonej na końcu asfaltowej drogi/końcu cywilizowanego świata, wsi Poręba. Nad nami wznosiła się przełęcz, Sucha Polana.

Sucha Polana pozostała w moim sercu do dzisiaj, a Was chciałabym zaprosić do odkrycia jej dla siebie.  Godzina samochodem od Krakowa i już jesteście na szlaku prowadzącym do niej.

W zimie można tu rozpalić ognisko i schronić się przed deszczem pod dużym, zadaszonym miejscem piknikowym, wiosną szukać krokusów, a latem rozbić namiot i po prostu leżeć, podziwiając niezanieczyszczony sztucznym światłem, rozgwieżdżony do granic możliwości nieboskłon.

Na Suchą Polanę najszybciej dostaniecie się idąc od strony Lipnika albo podjeżdżając do schroniska PTTK na Kudłaczach od strony Pcimia.

Godzinę drogi od Suchej Polany znajdziecie bardzo przytulne, malutkie schronisko na Kudłaczach. Rodziny z dziećmi mogą dojść tam króciutką trasą z Działku nad Porębą, samochód zostawiamy przy wejściu na szlak, trasa półgodzinna (z dziećmi około godziny).

Schronisko na Kudłaczach –  robią tam fajne slajdowiska i koncerty muzyki górskiej; za schroniskiem świetny punkt widokowy na Tatry i Babią Górę,  link do strony chatki tutaj.

Przed schroniskiem na Kudłaczach

Wycieczkę na Suchą Polanę możecie również uzupełnić odwiedzinami grobów partyzanckich na pobliskiej Łysinie, która stanowiła bazę lokalnych oddziałów AK (na Suchej Polanie odprawiali oni msze polowe!), lub zwiedzaniem obserwatorium astronomicznego na odległym o godzinę drogi Lubomirze, najwyższym szczycie Beskidy Makowskiego.

Pamiętam z dzieciństwa ruiny zburzonego przez Niemców obserwatorium: kilka kamieni i piwniczka… Ale w 2007 roku stała się rzecz niesłychana: po sześciedzięciu latach udało się je odbudować! Dzisiaj można je zwiedzać oraz uczestniczyć w pokazach. Popatrzcie jak się zmieniło:

Tak było przed 2007 rokiem, z obserwatorium po wojnie zostało dosłownie tyle…

… ale od 2007 roku to samo miejsce wygląda tak!

Niesamowite, prawda? Zainteresowanych zapraszam do odwiedzenia strony obserwatorium tutaj , najbliższa możliwość obserwacji nieba niestety chyba dopiero na wiosnę, natomiast w zimie warto zabrać dzieci na zwiedzanie obserwatorium i wykład połączony z pokazem zdjęć wykonanych lubomirskim teleskopem.

Wózkami na Lubomir – nie próbujcie tego powtarzać, to była trasa szaleńców… Na tym zdjęciu jeszcze droga w porządku, ale później kamienie ogromne i ostro pod górę 😉

No i jak? Kiedy ruszacie na szlak? 🙂

Sardyński dreszczowiec, czyli o lekceważeniu śródziemnomorskich „górek” słów kilka

Już wrzesień, lato się kończy, ale  wiecie, że to tak naprawdę najlepszy czas na podróże do większości śródziemnomorskich destynacji? Upały się już skończyły, temperatura oscyluje wokół 20-25 stopni, więc w końcu można spokojnie zacząć zwiedzać i chodzić po górach. Dzisiaj chcemy Wam polecić wypad na drugą co do wielkości włoską wyspę – Sardynię:

Sardynia to jeden z typowych celów turystycznych Europejczyków: ciepło, śródziemnomorsko, blisko (2-3 godziny lotu z większości krajów naszego kontynentu) i można się tam dostać za przysłowiowy grosik (tanie linie lotnicze).

Ta wyspa, w odróżnieniu od innych typowych turystycznych destynacji, nadal daje wiele okazji do poznania codziennego życia jej mieszkańców: wystarczy wsiąść w autobus ( złapać stopa ;))  i udać się w głąb sardyńskiego lądu, aby odnaleźć jej przedturystyczne oblicze: zapyziałe miasteczka przylepione do górskich stoków, staruszkowie na przyzbach i stada kóz.

Sardynię warto również odwiedzić ze względu na baaardzo specyficzny i unikatowy na skalę światową śpiew polifoniczny, wykonywany przez tutejsze grupy śpiewacze (wpisany jest na listę dziedzictwa UNESCO). Jeden z solistów prowadzi główną melodię, a pozostali wtórują mu naśladując kozy i barany 😐 😀 Poniżej macie link do nagrania zespołu Tenore Supramonte Orgosolo, realizowanego w górach i jaskiniach Sardynii:

Tyle tytułem wstępu, ale w tym wpisie chcieliśmy Wam nie tylko przybliżyć uroki Sardynii, ale również ostrzec przed lekceważeniem jej górskiego interioru. My niestety jesteśmy świetnym przykładem jak NIE należy chodzić po górach Sardynii…

A było to tak: dojechaliśmy do Olieny, górskiego miasteczka wiszącego na zboczu jednej z gór pasma Supramonte

Przed wyruszeniem w góry, zaopatrzyliśmy się w mapę z oznaczonymi szlakami turystycznymi. Chcieliśmy przejść z Olieny do znajdujących się po przeciwnej stronie masywu górskiego jaskiń Monte Tiscali. Ponieważ znakowanego szlaku w pożądanym przez nas kierunku nie odnaleźliśmy, spojrzeliśmy na trasy OpenStreetMaps. No i tam (niestety!) zobaczyliśmy, że ktoś wyznaczył i przeszedł dokładnie tę trasę, którą chcieliśmy zrealizować. Na początku było świetnie: tylko górska przyroda i my: wyschnięte kaniony, masywne ściany skalne i ani jednego turysty.

Ale w pewnym momencie ścieżka…zanikła.

Nie chcieliśmy wracać, a na OpenStreetMaps zobaczliśmy, że trasa trawersuje pobliskie zbocze i schodzi nim na zielony płaskowyż. Wydawało się, że godzina, góra dwie i będziemy na dole. Niestety: ścieżka okazała się sypka i wąska: z jednej strony przepaść, a z drugiej pionowa ściana. Nasze załadowane górskie plecaki nie pomagały w utrzymaniu równowagi. Krok za krokiem, po około czterech godzinach udało nam się zejść na płaskowyż – poniżej widok z płaskowyżu na naszą trasę:

Tam przenocowaliśmy. Rano mieliśmy ze sobą już tylko 0,5 litra wody, ale nie przejmowaliśmy się tym, bo przecież „zeszliśmy z gór”, rzut beretem przechodzi znakowany szlak turystyczny, a według mapy całej trasy do drogi publicznej zostały nam jakieś dwie godziny. NIC bardziej mylnego moi drodzy 🙁 Zapomnieliśmy, jak słabo oznaczone potrafią być szlaki na południu Europy. W końcu znaleźliśmy ścieżkę (!)

i szlak – na zdjęciu widać dlaczego łatwo było go przeoczyć:

My na pierwsze z oznaczeń natrafiliśmy po dwóch godzinach błądzenia, choć miało nam to zająć około 15 minut… Mimo września, słońce nadal mocno prażyło, a nam skończył się zapas wody. Zasięgu telefonicznego nadal brak.  Po tym, jak znaleźliśmy pierwszy znak szlaku na kamieniu też nie było łatwo – szukanie kolejnych oznaczeń było zadaniem karkołomnym, a ścieżek wydeptanych przez pasące się stada kóz było przynajmniej kilkanaście. Każda z nich mogła być naszym szlakiem. Tak więc kolejne kilka godzin spędziliśmy błądząc po dzikim oliwkowym lesie, napotykając kozy, ale ani jednego człowieka:

W końcu, wycieńczeni, dotarliśmy jakimś cudem do jezdnej drogi: w pyle zobaczyliśmy odciśnięte ślady opon samochodowych. Byliśmy uratowani!

Udało nam się, ale mogło być różnie. Mieliśmy mapę, kompas i świetny zmysł orientacyjny Pawła, a mimo tego trasa okazała się niebezpieczna. Tak to w górach bywa, więc to co możemy Wam (i sobie) na przyszłe wędrówki po górskich bezdrożach doradzić to:

…NIEZBĘDNIK GÓRSKIEJ WYCIECZKI NA POŁUDNIU EUROPY….

Wybierając się na górską wycieczkę do jednego z  krajów południowej Europy pamiętajcie, że:

  • Z dużym prawdopodobieństwem traficie na bardzo słabe oznaczenia szlaków: niezwykle skąpe i słabo widoczne, a ich stan rzadko kontrolowany.
  • Wasza wycieczka może się przedłużyć: bierzcie dwukrotnie większy zapas wody niż potrzebujecie. Wody mieliśmy tylko i dokładnie tyle ile trzeba na kilkugodzinną wycieczkę, a okazało się, że w górach Sardynii przyszło nam spędzić prawie dwa pełne dni.
  • Na południu Europy po upalnym lecie, po górskich strumieniach pozostaje jedynie piach i kamienie – nie ma możliwości uzupełnienia zapasów na miejscu, mimo zaznaczonych strumieni na mapie!
  • Zapomnijcie o zasięgu komórkowym – pomocy nie wezwiecie; warto więc zaopatrzyć się w race/flary alarmowe: wiele nie ważą ani nie kosztują, a mogą uratować Wam życie.

………………………………………………………………………………………………………………

A Wy co byście dodali do tej listy? Jesteśmy pewni, że macie swoje własne, cenne doświadczenia. Koniecznie napiszcie Wasze porady w komentarzach, dzięki!

 

 

 

 

 

Kirgizi i my, czyli spożywanie w Kirgistanie

 

Pewnego razu w Kirgistanie … było wielkie ucztowanie

Kymyz lał się strumieniami

Stoły pod mantami i lepioszkami się uginały

W każdej wiosce ugoszczeni, w opowieści zasłuchani…

Ehh, to był piękny czas i to już równe dziesięć lat temu! I wiecie co, nic by z tych wieczornych biesiad nie było, gdybyśmy byli np. Francuzami, czy Amerykanami, bo byśmy się po prostu niedogadali!  Naprawdę dobrze być Polakiem – dzięki bliskości polskiego i rosyjskiego mogliśmy wejść w świat niedostępny dla ludzi „z zachodu”. Na pewno pomagał również fakt pochodzenia z byłego bloku komunistycznego – to coś co łączyło, przybliżało duchowo Kirgizom odległą o pięć tysięcy kilometrów Polskę. Nie czekajcie więc dłużej i odwiedźcie ten gościnny kraj, warto!

Na ciążę Ci kajak?!

 

Lamy spodziewają się potomka 🙂 Pomimo moich trudności z poruszaniem (to już ósmy miesiąc!) nie mogliśmy sobie i Tomkowi odmówić wakacji. Miało być spokojnie i bez szaleństw: przyjeziorna plaża na której Tomek robi babki z piasku, a ja co najwyżej dostojnie unoszę się na materacu. No ale okazało się, że mimo najlepszych chęci, siedzenia na plaży nie wytrzymują moje obciążone dodatkowym balastem plecy i biodra. Spacery po lesie odpadły z tego samego powodu. Wygodnie było mi tylko na krześle 🙁 Aż tu nagle do głowy wpadł mi szalony pomysł, ostatnia deska ratunku: KAJAK. Pełna obaw wsiadłam i zaczęłam wiosłować. Dziesięć minut, godzina, dwie godziny … a mi cały czas wygodnie i zero bólu. Dzień po tym wyczynie czułam się rześko i wyśmienicie, więc znowu wsiedliśmy w kajak. Gdybym potrafiła, napisałabym jakąś „Odę do Kajaka”, ale powiem krótko: Kajaku, dziękuję! Uratowałeś nasze wakacje!

Poniżej kilka zdjęć z kajakowych wędrówek po Pojezierzu Brodnickim. Było dziko i cudownie: gniazda z młodymi łabądkami, perkozy, nenufarowe Morza Sargassowe, a nawet… mapa skarbów znaleziona w butelce 🙂 A wszystko to dzięki kajakowi <3

Pomysły na jednodniowe wypady z Krakowa: Beskid Mały

Beskid Mały to miejsce wymarzone na krótkie, weekendowe wypady z dziećmi. Mocno zalesiony, poprzeplatany jest jednak licznymi widokowymi polanami i łąkami. Znajdziemy tu sporo krótkich, niewymagających tras. No i właśnie w tym tekście chcielibyśmy Wam polecić kilka z nich. Zapraszamy do wspólnych wędrówek, szczególnie teraz, gdy wszędzie już zielono, a upały jeszcze nie dokuczają!

Zamczysko (Pasmo Łysicy)

W ubiegły weekend jeżdżąc palcem po mapie Beskidu Małego natrafiliśmy na zespół skalny Zamczysko, w paśmie Łysicy.  Po dotarciu na miejsce byliśmy zaskoczeni: prawdziwy kanion skalny, ze ścianami wysokimi na kilkanaście metrów!  A wszystko pięknie omszałe, zapajęczynione i pełne tajemniczych szczelin. Nasz syn był zachwycony: biegał z latarką i zaglądał w każdą z nich 🙂 Kilka zdjęć poniżej, mamy nadzieję, że odwiedzicie to miejsce już niedługo:

My dojechaliśmy samochodem do Kocierza Rychwałdzkiego i po godzinie wędrówki zielonym szlakiem dotarliśmy do Zamczyska.

Gibasówka (Pasmo Łamanej Skały)

Kolejna propozycja leży bardzo niedaleko, w grzbiecie Łamanej Skały. Zobaczcie efekty pracy bobrów (a może i je same?), a później zachłyśnijcie się rozległymi widokami 360  stopni z grzbietu Gibasówki:

Leskowiec

Król Beskidu Małego, pozycja obowiązkowa. Nie tylko ze względu na widoki ze szczytu (Babia Góra, Tatry), ale również specjały schroniskowej kuchni … 😉

Chatka pod Potrójną                              (Pasmo Łamanej Skały)

A tu zimowa wycieczka do niezwykle klimatycznej, zagubionej i zapyziałej (;)) Chatki pod Potrójną:

Piszcie śmiało jeżeli macie jakieś pytania, chcielibyście poznać szczegóły tras. Uściski!

Z naszych podróży: jak to jest być chrześcijaninem w różnych częściach świata?

Podróżując mieliśmy okazję brać udział w Mszach Świętych w różnych zakątkach świata. Każde z tych doświadczeń jednocześnie budziło niesamowite wzruszenie, poczucie ponadnarodowej i ponadkulturowej wspólnoty i zjednoczenia wokół tych samych wartości. Z drugiej jednak strony, spotkanie z każdą z tych grup katolików było zaskakujące i inspirujące do przemyślenia kształtu wiary, z jakim mamy do czynienia w naszym kraju.

Dania – misje północy

Weźmy na przykład Danię. To kraj praktycznie zupełnie ateistyczny, w którym słowo „Bóg” rzadko kiedy pojawia się w debacie publicznej, no może w kontekście „Czy istnieje coś po tym życiu, czy nie”. Dlatego księża wyjeżdżający z Polski do Danii, czy innych krajów skandynawskich, wysyłani są „na misje”, zupełnie jak do Afryki.

Kiedy w pracy wspomniałam, że chodzę co tydzień do kościoła, patrzono na mnie jak na wariatkę albo świętą.

No bo komu chciałoby się poświęcać cenną jedną czterdziestą ósmą weekendu na spotkanie z Bogiem, i to w kościele? Z tych właśnie powodów wspólnota katolicka w Danii jest niewielka, ale bardzo silnie związana. Wiara jest dla większości z tamtejszych katolików na pierwszym miejscu. Dla mnie, Polki, było to doświadczenie niezwykłe i pogłębiające wiarę. W Polsce dostajemy wszystko na talerzu: msza o każdej porze dnia, spowiedź święta na zawołanie, tłumy w kościołach. Ludzie, doceńmy to! Polska to naprawdę jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie z taką swobodą można powiedzieć: jestem katolikiem. Z drugiej strony obserwując tę ścisłą wspólnotę wiary w Danii, pomyślałam: warto, żeby każdy z nas, chociaż raz spróbował zaangażować się w życie Kościoła tak na poważnie, jak to robi w Danii praktycznie każdy katolik.

Poważnym problemem w Danii jest utrzymanie kościołów. Ksiądz w naszym, kilkudziesięciotysięcznym mieście (Randers), spał na nieogrzewanym strychu i mył się w zimnej wodzie, żeby wspomóc opłacenie czynszu za wynajem kościoła.

Katolik często musi dojechać kilkaset kilometrów, żeby móc wziąć udział w niedzielnej Mszy Świętej. Zupełnie jak wierni w amazońskiej dżungli.

Turcja – chrześcijaństwo jako folklor

A jak to jest uczestniczyć we Mszy Świętej w malutkim tureckim miasteczku?

Pamiętam, jak weszliśmy z Pawłem do kościoła i siedliśmy w pierwszej lepszej ławce. Nagle za plecami usłyszeliśmy szmer zaniepokojenia i szepty…

W końcu ktoś do nas podszedł i zapytał, czy jesteśmy ochrzczeni. Kiedy przytaknęliśmy, powiedział, że w takim razie siedliśmy PO ZŁEJ STRONIE KOŚCIOŁA 😐 Okazało się, że jeden rząd ławek zarezerwowany jest dla osób ochrzczonych, a drugi dla tych, którzy dopiero starają się o przystąpienie do tego sakramentu.

Również dobrze pamiętam historię  tamtejszego księdza o gapiach, przychodzących do kościoła, żeby zobaczyć „co Ci chrześcijanie robią”.  Część z nich chciała przyjąć Komunię Świętą, no bo oczywiście nie wiedzieli, że jako muzułmanie nie mogą 😉

Ksiądz opowiadał również anegdotki o młodych Turkach, którzy „dla szpanu” każą sobie wpisać do dowodu osobistego w rubryce „wyznanie” (tak, taka rubryka widnieje w dowodach tureckich) CHRZEŚCIJANIN, pomimo tego, że jest ateistą lub muzułmaninem 😉

Jeżeli chodzi o Komunię, to katolicy z mersińskiej wspólnoty mają ciekawe do niej podejście: przyjmuje ją każdy ochrzczony. Nawet jak u spowiedzi był ostatni raz kilka lat temu…

Wracając do niekatolików biorących udział we Mszy Świętej, to część z nich wychodziła z kościoła zupełnie zszokowana. Ale takie reakcje nie powinny dziwić. Zastanówmy się: jak my zareagowalibyśmy, nie znając Pisma Świętego, na słowa „Oto Ciało moje, Oto Krew moja”, „Jedzcie i pijcie z tego wszyscy?”. Albo co powiedzielibyśmy na widok figury zakrwawionego mężczyzny wiszącego na krzyżu?

Ksiądz Maciej na co dzień zmierza się z tego typu sytuacjami. Część z nich opisuje na swoich blogu, zachęcamy do czytania: http://bratmaciej.blogspot.com/

Chile – problemy Kościoła

Przed wyjazdem do Ameryki Południowej żyliśmy w przekonaniu, że ten kontynent to ostoja chrześcijaństwa. Jakież zdziwienie ogarnęło nas więc gdy podczas niedzielnej Mszy Świętej, jedynej w ciągu całego dnia, w kościele obecnych było może dwadzieścia-trzydzieści osób.

Dodam, że w świątyni znajdowało się przynajmniej dwieście miejsc siedzących. Księdzem nie był też Chilijczyk, ale Kolumbijczyk. Skąd tak mała frekwencja? Styczniowa wizyta papieża Franciszka w tym kraju pokazała, z jak wielkimi trudnościami boryka się chilijski kościół katolicki. Afery pedofilskie wśród księży na wielką skalę i ich ukrywanie przez zwierzchników, spowodowały odwrót od wiary.

O tej sprawie, jak również o przyczynach podpaleń kościołów przez ludność autochtoniczną, Mapuchy,  napiszemy więcej mam nadzieję już w kolejnym tekście na blogu. Będzie on podsumowaniem naszych rozmów ze znajomymi Chilijczykami.

 

 

Biegówki na weekend: Beskid Wyspowy i kolebka polskiego narciastwa biegowego

Miejsce wycieczki: Zalesie koło Limanowej, Beskid Wyspowy.
Trasy biegowe: mała pętla wokół Zalesia (5 km) i duża wokół Mogielicy (25 km).

W końcu się udało – pierwszy raz tej zimy udało nam się pojeździć na biegówkach. Paweł jakimś wielkim fanem tego sportu nie jest, bo to dla niego sport zbyt monotonny. On woli adrenalinę i żeby się dużo działo: jak narty to zjazdowe najtrudniejszą trasą, jak góry to koniecznie przepaściste, o ostrych szczytach, a jak wycieczka to przynajmniej pięć różnych punktów na trasie.

Czytaj dalej Biegówki na weekend: Beskid Wyspowy i kolebka polskiego narciastwa biegowego

Góry Bystrzyckie i Orlickie – na narty, piesze wędrówki i po powojenne opowieści

Ten tekst przeleżał sobie na pulpicie mojego komputera okrągły rok, czyli od czasu kiedy wróciliśmy z dwutygodniowych ferii zimowych spędzonych w Górach Bystrzyckich i Orlickich (Kotlina Kłodzka). Dzisiaj, dzięki temu, że są Lamy, mogę się nim z Wami podzielić. Mam nadzieję, że ten tekst zachęci Was do poznawania tego niezwykłego regionu.

 


GÓRY BYSTRZYCKIE I ORLICKIE ZIMĄ – INFORMACJE PRAKTYCZNE

Co tu można robić w zimie?

  1. Jeździć na nartach zjazdowych – Zieleniec Ski Arena i na trasach w masywie Śnieżnika.
  2. Zasuwać na biegówkach – dobrze przygotowane trasy wokół schroniska Jagodna + możliwość wypożyczenia sprzętu na miejscu, oraz po czeskiej stronie Zieleniec Ski (trzeba wyjechać kolejką do góry – trasy zaczynają się przy czeskim schronisku Masarykova Chata; ciekawostką jest fakt, że była to baza szkoleniowa HitlerJugend…). Zdjęcie ze szlakami biegowymi wokół Masarykovej Chaty na końcu artykułu.
  3. Trekować – piękne trasy krajobrazem łączące Beskid Niski (szerokie, idylliczne pagórki) i Tatry (polany z małymi świerczkami – klimat jak w tatrzańskich dolinach). W schronisku na Jagodnej można pożyczyć rakiety śnieżne.
  4. Jeździć zapomnianymi drogami wzdłuż granicy polsko-czeskiej w poszukiwaniu ruin niemieckich wsi, kościołów i cmentarzy. My polecamy trasę Lasówka-Niemojów-Gniewoszów-Różanka-Poręba (1,5 godzinna trasa).
  5. Można wyskoczyć na jednodniowa wycieczkę do czeskiego Ardspachu – jednym tutejsze góry stołowe przypominają Góry Samotne z Doliny Muminków (nasz syn), a inni (rodzice) mogą sobie odtworzyć film „Kroniki z Narni”, który był tutaj kręcony! (więcej w temacie w osobnym wpisie).
  6. Wracając do Krakowa warto zahaczyć o kopalnię złota (!) Złoty Stok – świetna trasa pod dzieci i dorosłych 😉 (przejazd kolejką, makiety szybów).

Gdzie nocować?

Polecamy Chatę na Przełęczy w Porębie  (tylko administracyjnie w Porębie, bo dom położony jest w lesie prawie na samym szczycie przełęczy). Właścicielka po osiemdziesiątce, kocha góry, zna sto historii z regionu i świetnie gotuje – można sobie zamówić i śniadania i obiadokolacje. Inne fajne miejsca, w których dobrze by się zatrzymać na poznawanie tych terenów to domy w przygranicznej Lasówce, schronisko Jagodna (ogromna, pełna zabawek sala zabaw dla dzieci!) i pensjonat Orlica (w lecie można tutaj się wykąpać w jeziorze). Wszystkie ww. miejsca leżą wysoko w górach, poza ruchliwymi drogami.

Gdzie zjeść/napić się ciepłej herbaty?

Na przygranicznej trasie nie znajdziemy zbyt wielu możliwości zaopatrzenia w prowiant, więc warto zabrać sobie z domu kanapki. Zjemy w schronisku na Jagodnej i w pensjonacie Orlica (Rudawa). Po dalsze opcje trzeba zjechać do Zieleńca, Długopola Zdroju i do Dusznik.


Zanim w 2014 roku pojawił się na świecie nasz synek, na cel podróży obieraliśmy dalekie, mało znane kraje plus małopolskie Beskidy, w ramach weekendowych wypadów. Jednak niemowlę zmieniło nasze możliwości przemieszczania się na dłuższe dystanse, więc ciekawym okiem zaczęliśmy rozglądać się po Polsce. I tak już z siedmiomiesięcznym dzieckiem na ręku pojawiliśmy się pierwszy raz na Dolnym Śląsku, w Górach Opawskich. Zachęceni tym wyjazdem odwiedziliśmy później jeszcze Góry Bystrzyckie, Orlickie, Kamienne i Wałbrzyskie. Ze zdziwieniem (;)) odkryliśmy, że nie ustępują urody małopolskim Beskidom, w tym nawet ukochanemu Beskidowi Niskiemu, a dodatkowo mają do zaoferowania coś, czego w innych częściach Polski się nie zobaczy…

Oprócz przepięknych okoliczności natury Śląsk oferuje coś, o co dużo trudniej w Małopolsce. Na każdym kroku spotykamy się  tu bowiem ze zderzeniem dwóch światów: przedwojennego i powojennego, dużo bardziej jaskrawo widocznych różnic, niż te, które można zauważyć w środkowej i wschodniej części naszego kraju.

No właśnie. Po wojnie ściągały tutaj całe masy osadników (w tym nie tylko Polacy ze wschodu, ale również nie znający języka polskiego potomkowie naszych rodaków zamieszkali we Francji, a nawet … Grecy), a duchy tych, którzy wyjechali do Niemiec, pozostają zaklęte w popadających w ruinę domostwach.  Budynki, pomniki, kościoły, przydrożne kapliczki – wszystko to jest OBCE, germańskie. A w tych domach mieszkają teraz osoby przeniesione z innego świata. A w tych kościołach i przy tych kapliczkach modlą się osoby, które pewnie nie do końca czuły czy na pewno modlą się dalej do tego samego Boga.

Uczucie obcości, uczucie tymczasowości, niepewność jutra – te wszystkie uczucia towarzyszyły przesiedleńcom na ziemie odzyskane codziennie, przez dziesiątki lat.

 Z drugiej strony, ludzie którzy tutaj przybywali, musieli doznawać szoku cywilizacyjnego. Wyobraźcie sobie, że mieszkacie w drewnianej dwuizbowej chacie, gdzieś w nowosądeckim. Nie macie toalety, tylko wychodek. Nie macie bieżącej wody w kranie. Macie za to 1 ha lichej ziemi i konia do pomocy w zaoraniu pola.

I wtedy pojawia się ogłoszenie w prasie: wyjedź na ziemie odzyskane, a zapewnimy murowany dom z pięcioma izbami, murowane budynki gospodarcze, zaawansowane maszyny rolnicze i 50 ha ziemi dobrej jakości.

Tak, nasi rodacy masowo napływający na m.in. Dolny Śląsk, musieli doznać szoku cywilizacyjnego.

Sąsiadka domku, w którym wynajmowaliśmy pokój, powiedziała nam o tej sprawie trochę więcej: o problemach z własnością, o niepewności bytu, o poczuciu tymczasowości i o związkach polsko­niemieckich, a przede wszystkim o szoku, którego doznawali przybywający na ziemie zachodnie – o tym, jak Polacy ze wschodu nie wiedzieli jak używać nowoczesnych niemieckich maszyn, jak czuli…że mieszkają w pałacach.

Skok  o jakieś sto lat. A teraz pomyślcie, że wprowadzacie się do domu, ba! Jecie z talerzy nacji, która wymordowała miliony rodaków. Kto wie, może tutaj spędzał dzieciństwo żołnierz, który zamordował Twojego ojca, brata? Przybywającymi na te tereny musiały targać bardzo sprzeczne emocje.

Dodatkowo wisiało nad nimi widmo utraty tego nowego domu – pakt z Jałty mógł za chwilę zostać zmieniony innym porozumieniem, które w ciągu jednej nocy mogło z powrotem zwrócić te ziemie, te domy Niemcom.

Właśnie tak rozpoczynali swoje życie na ziemiach obecnego Dolnego Śląska pierwsi Polacy.

Czy coś z tego co wydarzyło się te sześćdziesiąt lat temu można dostrzec i dzisiaj? Oczywiście!

Po dniu spędzonym na szusowaniu w Zieleńcu czy na Śnieżniku proponujemy wybrać się na wycieczkę samochodową zapomnianą drogą wzdłuż granicy polsko-czeskiej –  trasa biegnie przez gęste lasy, z których co raz wyłania się połać pól z ruinami niemieckich miejscowości.

Co ciekawe, praktycznie w każdej z nich, otoczone ruinami, stoją jeden lub dwa zamieszkane domy. Brrr, trochę strasznie mieszkać w takim miejscu… Na osłodę wzdłuż drogi wije się malowniczy potok Dzikiej Orlicy, a za oknem co chwilę widać zaśnieżoną kapliczkę – obowiązkowo z Janem Nepomucenem.

Jadąc tą trasą, zobaczycie zaniedbane, „sypiące” się domy, a pod nim zaparkowany dobry samochód, a wokół niego piękny, wypieszczony ogród z trampoliną, zjeżdżalnią i huśtawką dla dzieci. Pytanie: „Dlaczego?!” kołatało się w naszych głowach. Podjechaliśmy, zapytaliśmy i odpowiedź szybko wszystko rozjaśniła: mieszkańcy tych domów od czasu kiedy ich rodzice/dziadkowie przybyli tu sześćdziesiąt lat temu nie doczekali się przyznania prawa własności. Te domy do 1989 roku były państwowe,  w każdej chwili mogły zostać odebrane, więc nikt w nie nie inwestował. Z kolei po upadku socjalizmu, domy nie miały już jednego właściciela, ale trzech, czterech – tylu, ile dzieci miały osoby zasiedlające te poniemieckie domy czterdzieści lat wcześniej. Dlatego Ci z rodzeństwa, którzy pozostali na ojcowiźnie dalej nie remontują domów, bo to nie ich, ale całej rodziny. Kto wie, może ktoś będzie chciał, żeby sprzedać dom i podzielić się majątkiem? Po co więc inwestować? Ot, wyjaśnienie całej zagadki.

Jak tu więc inwestować w dom, który możliwe, że za chwilę trzeba będzie opuścić? I tak od sześćdziesięciu lat…

Na koniec jeszcze jedna zagadka. Trochę dalej, bo nie w Górach Bystrzyckich i Orlickich, ale w okolicach Wałbrzycha, w Unisławiu Śląskim stoi rozpadający się kościół ewangelicki a obok zdewastowany, zbezczeszczony niemiecki cmentarz. Pośród setek rozbitych, zadeptanych grobów, nagle wyłaniają się cztery zadbane ze zniczami i kwiatami.

Może ktoś z Was będzie przejeżdżał przez Unisław Śląski I uda mu się rozszyfrować tę zagadkę?

Pewną wskazówkę do rozwiązania tej zagadki dostarczył nam film o historii pobliskiego Wałbrzycha. Otóż po wojnie nie wszyscy Niemcy wyjechali z Dolnego Śląska – części z nich po prostu na to nie pozwolono. Sprawa dotyczyła sztygarów, bo ktoś po wojnie musiał dalej pracować w wałbrzyskich kopalniach i przyuczać do zawodu napływających ze wschodu Polaków. Z rozmów z mieszkańcami wiem również, że zdarzało się, że Niemcy żenili się z Polkami. Może w tych czterech grobach w Unisławiu Śląskim spoczywają właśnie takie mieszane małżeństwa, a grobami opiekują się ich polskie rodziny?

Czy to wszystko nie jest fascynujące? Dla mnie niesamowicie. Mam nadzieję, że zainspirowaliśmy Was do odwiedzin Dolnego Śląska, a w szczególności okolic Gór Kamiennych, Bystrzyckich i doliny Kłodzkiej.