Archiwum kategorii: Wszystkie wpisy

Przez Australię: Northern Territory dzień po dniu

Dzień 8

Skalne kaniony Tolmer Falls i wieczorna wyprawa offroad – czerwony pył Australii w końcu pod naszymi kołami

Dzisiaj nasz ostatni dzień w Litchfield Park, więc zaplanowaliśmy krótką, godzinną trasę, mały piknik i powrót do domu. Tym bardziej nie chcieliśmy dzisiaj męczyć dzieci, że na najbliższe dni prognozowana jest FALA KOSZMARNYCH UPAŁÓW 😒 Od piątku ma być 36-37 stopni, przynajmniej do poniedziałku. A my akurat:

× zaczynamy nocować pod namiotem,
× będziemy tak biwakować przez najbliższe dwa tygodnie,
× jedziemy na przyoceaniczne mokradła (wetlands) – czyli bedzie nie dość, że gorąco to jeszcze wilgotność i pełno much i komarów 👍

Także zasłużyliśmy dzisiaj na dzień odpoczynkowy, który spędziliśmy przy Tolmer Falls:

Trasa była zaskakująca. Myśleliśmy, że widzieliśmy już wszystko w parku Litchfield, w końcu byliśmy i przy wodospadach i szliśmy przez suchy busz eukaliptusowy i przez wilgotną dżunglę. A tutaj zupełnie inna roślinność, z czego najciekawsze chyba Cycades, czyli rodzaj paprocio-palm, które przetrwały od czasów dinozaurów! Dodamy, że nie występują na żadnym innym kontynencie. Wyglądają tak:

Zupełnie jakbyśmy się przenieśli do czasów dinozaurów. Tomek był zachwycony 🙂

A potem ścieżka wyszła na grzbiet tutejszych gór stołowych. Było bardzo gorąco, ale widoki rekompensowały zmęczenie: klocki skalne „poustawiane” jedne na drugich w wysokie, chybotliwe (?) wieże:

A pod nimi wysoki, stromy kanion, którym płynie Tolmer Creek wprost w otchłań urwiska. Jeszcze chwila i dojdziemy do Tolmer Falls. Nie dziwimy się, że Tolmer Falls są najczęściej fotografowanym miejscem w Litchfield Park: głęboki kanion zakończony kilkunastometrową ścianą, po której spływa wodospad, wprost do błękitnego jeziora. Na dodatek jezioro, w miejscu dotykającym ściany wodospadu, znika w czeluściach potężnej, wysokiej na kilkanaście metrów jaskini:

Tolmer Falls Litchfield Park

Na koniec dnia pojechaliśmy jeszcze poczuć choć trochę prawdziwy outback – skręcilismy z asfaltówki w cudną, czerwoną, pylistą drogę. Wokół nas wysoki na półtora-dwa metry złoty szpaler traw, a za nimi już australijska dżungla, czyli wysokie eukaliptusy i akacje poprzeplatane wystrzeliwującymi ze świeżo nadpalonej ziemi rosochatymi, intensywnie zielonymi kogutamk młodych palm, pradawnych sagowców i innych paprociowato-skrzypiastych roślin.

A nad tym wszystkim, jakby było mało, przepiękna czerwona tarcza slońca:

Ahh to był dzień. Dobranoc!

Dzień 7

Jak wędrować po górach w tropikalnym upale

Dzieci w końcu, po tygodniu od przyjazdu do Australii, w miarę przestawione na nowy czas. Dzięki temu dzisiaj udało się nam, tak jak sobie obiecywalismy od kilku dni, wstać wcześnie. Nooo i to był strzał w dziesiątkę! Temperatury w środku dnia są tutaj tropikalne, ale co zaskakujące, do samego południa temperatura oscyluje wokół 24-26 stopni. Dodajcie do tego chłodne powiewy wiatru i mamy bardzo dobre warunki do pieszych wędrówek 😊 Dzięki temu mieliśmy bardzo fajny półtoragodzinny trek od podnóża do szczytu wodospadu Wangi Falls.

Wyjście w południe na wycieczkę w tropikalnej, północnej części Australii odpada. Tutejsze słońce pali o tej porze tak mocno, że ma się uczucie ciągłego pragnienia. Suchość i palenie w gardle non stop praktycznie, nic przyjemnego.

Aha, myślicie sobie, w takim razie najlepiej wyspać się, zjeść wczesny obiad i dopiero ruszyć w trasę. Taaak, też mieliśmy taki sprytny plan, ale akurat w Australii się on nie sprawdzi :/ Dlaczego? W Australii praktycznie nikt nie jeździ samochodem po zmroku. Akurat wtedy uaktywniają się kangury, które w szalonym tempie przebiegają przez drogi. A spotkać kangura zaraz przed swoją maską jest na Antypodach sprawą bardzo prostą – kangurów w Australii jest kilka milionów 😮

A propos spotykania zwierząt na drodze, to dwa dni temu nagle drogę przebiegło nam takie!

Emu

Filmik z emu ⤵

Dzień 5

Nasz pierwszy dzień na australijskim outbacku: żar buszu i strefa sacrum.

Skwar leje się z nieba. Wyschnięte drzewa z utęsknieniem oczekują końca pory suchej. Eukaliptusy, stanowiące główną część drzewostanu australijskiego buszu, jakimś cudem wciąż są jeszcze zielone, ale wokół nich w niemym krzyku o łyk wody stoi wiele bezlistnych kikutów innych, gorzej radzących sobie z suszą gatunków. Gdyby nie pot co chwilę ocierany z czoła, to można by pomyśleć, że rozpościera się przed nami jakiś nietypowy, ale wyraźnie zimowy krajobraz. Surowo i smutno.
Tak właśnie wygląda większość stanu Northern Territory, a więc obszaru powierzchniowo równego Niemcom, Francji i Hiszpanii razem wziętych. Mniej więcej dwa razy tyle, to cześć Australii pokryta pustynią (praktycznie cały stan Australia Zachodnia i Australia Południowa). Tylko kilka procent tego kontynentu to ziemia nadająca się pod uprawę i dobrze nawodniona – tereny stanu Wiktoria, Nowa Południowa Walia i malutki fragment Australii Zachodniej.

Nic więc dziwnego, że tereny położone wzdłuż śródpustynnych i śród sawannowych potoków, uważane są przez Aborygenów za miejsca święte.
Teren #LitchfieldNationalPark skrywa w głębokich kanionach, rysach przecinajacych sawannę, kilkadziesiąt takich miejsc.
Schodząc z rozgrzanego do czerwoności eukaliptusowego płaskowyżu wgłąb wilgotnych, wybuchajacych zielenią wąskich dolin, można zrozumieć, dlaczego właśnie te miejsca są dla pierwotnych ludów Australii strefą sacrum.
To pewnie w takich miejscach gromadziły się plemiona, aby odegnać złe duchy i uleczyć chorych.

Dzień 4

Aborygeńskie cuda kropką malowane i spotkanie z nietoperzami

W końcu dzieci przespały spokojnie noc i dzięki temu udało się nam dotrzeć na wymarzony #DarwinAboriginalArtFestival 😍 To było coś! Zresztą sami zobaczcie na 🎥, który nagraliśmy ⤵

View this post on Instagram

Dzień 4 Aborygeńskie cuda kropką malowane i spotkanie z nietoperzami W końcu dzieci przespały spokojnie noc i dzięki temu udało się nam dotrzeć na wymarzony #DarwinAboriginalArtFestival 😍 To było coś! Zresztą sami zobaczcie na 🎥, który nagraliśmy – zwiedźcie wystawę razem z nami 😊 Niby wiedzieliśmy, że w Australii mieszka bardzo wiele, mocno różniących się językiem i kulturą plemion. Ale mimo to nie byliśmy przygotowani na wielość stylów wykonania obrazów, rękodzieła i tkanin, które można było zobaczyć podczas #DAAF 😮 Wspaniale było móc też zobaczyć na własne oczy jak te obrazy powstają: zwykła kropka po kropce, a jednak tylko prawdziwy artysta może stworzyć takie dzieła. Wiemy co mówimy, bo mieliśmy okazję spróbować. Jak widzicie na zdjęciach Tomek zawzięcie tworzy swoje dzieło na wysuszonym owocu, właśnie w trakcie DAAF (wcześniej podpatrzył jak malują dzieci aborygeńskie przy stoliku ;)). #Aborygeni #aboriginalart #travelblogger #travel #instatravel #travelphoto #australiatravels #polacywaustralii #rodzinnewakacje #rodzinawpodróży #australiazdzieckiem #australiazwiedzanie #antypody #northernterritory

A post shared by Gdzie Lamy Mówią Dobranoc (@gdzie_lamy_mowia_dobranoc) on

Niby wiedzieliśmy, że w Australii mieszka bardzo wiele, mocno różniących się językiem i kulturą plemion. Ale mimo to nie byliśmy przygotowani na wielość stylów wykonania obrazów, rękodzieła i tkanin, które można było zobaczyć podczas #DAAF 😮 Wspaniale było móc też zobaczyć na własne oczy jak te obrazy powstają: zwykła kropka po kropce, a jednak tylko prawdziwy artysta może stworzyć takie dzieła. Wiemy co mówimy, bo mieliśmy okazję spróbować. Tutaj Tomek zawzięcie tworzy swoje dzieło na wysuszonym owocu, właśnie w trakcie DAAF:

Po południu zdążyliśmy dojechać jeszcze świeżo wynajętym samochodem (będzie nam towarzyszył przez najbliższe 3 tygodnie) do miejscowości #Batchelor położonej u wrót #LitchfieldNationalPark, godzinę drogi od Darwin.

Miejscowość Batchelor jak wymarła, klimatem przypomina nam poradzieckie miejscowości z Kirgistanu, czy Armenii. To miasteczko górników kopalni uranu, zamkniętej jakieś 30 lat temu. No tego w Australii się nie spodziewaliśmy, super, lubimy takie „zardzewiałe” klimaty 😉

No i jakby było mało wrażeń na ten dzień, przy głównej drodze miasteczka zauważyliśmy drzewo całe w jakiś dziwnych, wiszących na gałęziach ptakach… Tak, macie rację, to były nietoperze! 😊

Nietoperze

Dzień 3

Przygotowania do wyjazdu w Outback

Dzień 3 naszego pobytu w Darwin właśnie dobiega końca (u nas godz. 19). Poprzedziła go niezwykle intensywna noc :p – Wanda poszła spać o północy, a potem i Tomek i Wanda obudzili się … dwie godziny później w świetnych humorach i balowali do 4:30 😐 😂 Także udało się nam zwlec z łóżek wielkim wysiłkiem o g. 10.00. No a później poszliśmy na wielki shopping – przygotowania do biwakowania. I tu już było miło 😊 W sklepie mnóstwo różnych nacji: Azjaci, Oceania no i oczywiście Aborygeni 😊 Sklep turystyczny świetnie zaopatrzony, a ceny takie jak w Polsce – także jak się będziecie wybierać do Australii nie ma co płacić za nadbagaż – warto kupić na miejscu 🙂 No i można pooglądać sobie takie wynalazki jak Sprzęt do oddawania moczu na stojąco DLA KOBIET💪 (reklamowany jako niezwykle przydatny: na wycieczce, w korku … 😜)https://www.mitchellsadventure.com/product/shewee-extreme/shewee.aspx, czy ZESTAW DO SZUKANIA ZLOTA w rzekach 😮👑🔎
Jak dotarlismy do domu okazało się, że za godzinę będzie ciemno – tutaj wieczna równonoc, słońce wstaje o godz.7.00 i zmrok zapada o 19.00. No to idziemy na nocny spacer: pewnie będzie słychać skrzeczenie wszechobecnych tutaj papug 🙂 A jutro tańce Aborygenów, a potem wynajem samochodu i opuszczamy wybrzeże mknąc #StuartHighway na południe, wgłąb tropikalnego buszu, wprost do #LitchfieldPark. A tam już tylko dżungla, wodospady, krokodyle i wielkie kopce termitów.

Dzień 2

Rozwiewamy nasze obawy co do stad krwiożerczych komarów czekających na nasz fałszywy ruch 😉

Odwiedzając aptekę zgadujemy się z jej pracownikiem na temat wyjazdu wgłąb lądu. Okazuje się, że był w #KakaduNationalPark kilka tygodni temu i rozwiewa nasze obawy dotyczące komarów. Okazuje się, że w lipcy i sierpniu praktycznie ich nie ma, jego nie ugryzł nawet jeden, mimo że nie używał żadnych repellentów. Kamień z serca, bo już wyobrażaliśmy sobie duszne wieczory w namiocie razem z naszą rozbrykaną dwójką. I to już od godziny 19, bo wtedy zapada zmrok plus bez jedzenia, bo przywabia pająki i węże. Huuuuu. Ulga. Duża.

Dzień 1

Witaj Australio!

Około godziny 5.00 lądujemy w Darwin – stolicy regionu Norther Territory, zajmującego powierzchnię równą Francji, Niemiec i Hiszpanii razem wziętych. Jesteśmy oczywiście świezi, pachnący i wypoczęci. Dlatego po przyjeździe do wynajętego przez Arb’n’b mieszkania padamy na łóżka i budzimy się około pierwszej po południu. Tego dnia jest jeszcze dość czasu na pierwszy spacer. Zachłystujemy się pierwszym w naszym życiu tropikalnym otoczeniem: palmy, palmy plus jakieś pachnące cytrusowo kwiaty, wyglądem przypominające te znane z filmów o Oceanii. Do tego dzikie krzyki ptaków, zupełnie nieznane, niezwykłe. Jedne brzmią jak szczekanie małych szczeniaczków, inne jak krzyk dziecka. A wszystkie razem robią wiele hałasu. A przeciez jeszcze nawet nie zdążyliśmy wyjechać z miasta. Ciekawe co w takim razie będzie się działo w głębi lądu, zdala od dużych siedlisk ludzkich? Aż ciarki przechodzą z radości na te wszystkie piękne skrzydlate ujęcia.

Aborygeni tuż tuż!

Mam anginę, na nogę spadł mi karnisz gdy próbowałam zasłonić zasłonę dziecku żeby w końcu zasnął, ale wiecie co? Whatever! Właśnie przeczytaliśmy, że akurat jutro rusza w Darwin, czyli miejscowości w której właśnie jesteśmy, trzydniowy FESTIWAL KULTURY ABORYGEŃSKIEJ👉😮

Chyba najbardziej cieszymy się na pokazy tradycyjnych tańców, wykonywanych przez plemiona Aborygenów: wystąpią tancerze z różnych wysp rozrzuconych na Oceanie Indyjskim, wzdłuż północnego wybrzeża Australii i Ci z Queensland (płn. Australia, tropiki).

A próbkę tego jak to może wyglądać macie tutaj – dzisiaj w telewizji znaleźliśmy 🙂

Hawaje – tygiel kulturowy w raju. Wywiad! :)

Ostatnio odwiedziła nas ciocia z Hawajów 🙂 Tzn. mieszkała tam dobrych kilka lat, pracując w branży hotelarskiej, a obecnie mieszka już w kontynentalnej części Stanów Zjednoczonych. Na Hawajach do przedszkola i szkoły uczęszczał jej syn, mój kuzyn 🙂

Pomyślałam, że nadarza się wyjątkowa okazja, żeby usłyszeć trochę o tym rajskim zakątku od osoby, która poznała go od podszewki. Tak więc ciocia wylądowała na naszej kanapie poczęstowana nie tylko ciastem, ale również garścią pytań o Hawaje 😉

Poniżej zapis tego wywiadu – gorąco zapraszam do lektury 🙂

Brakuje Wam Hawajów? Czego najbardziej?

Ciocia: Tak brakuje, najbardziej uroku tego rejonu, ciepła i wrażenia, że jest się “w paradise”,  jakby cały czas na urlopie.

Plik:Punaluu Beach Park, Big Island, Hawaii.jpg

A czego najmniej? 😉

Ciocia:  Ruchu drogowego (!), który zabiera godzinę na przejechanie 20 minutowego odcinka drogi i to  w godzinach poza szczytem. Nie brakuje mi również turystów, którzy potrafią się zatrzymać na środku drogi aby podziwiac krajobraz 😉

File:Coast of Kauai, Hawaii.jpg

Jakie różnice w codziennym życiu są najbardziej zauważalne pomiędzy Hawajami, a kontynentalnymi Stanami Zjednoczonymi?

 

Zaczynamy od najważniejszego, czyli …

… Czas wolny! 

Ciocia:  Czas wolny spędza się na zewnątrz, na świeżym powietrzu. Wszystkie plaże są publiczne, jest mnóstwo parków. Miejscowa ludność często koczuje w czasie weekendów z rodzinami w parkach przy plaży. To tak jakby pojechać pod namiot w góry pod Zakopane, tylko że zamiast gór jest morze w odległości 10 metrów.

Surfowaniem zajmuje sie głównie młodzież. Jest powiedzenie, że jak dużo ludzi “call -in sick in Am” to znaczy, że jest Duży Surf 😀 Surfują tez starsi, ale to juz na weekend lub po pracy, jak sa odpowiednie warunki.

File:Eddie Aikau Big Wave Invitational Surf Contest Waimea Bay Hawaii Febrary 2016 (24982900920).jpg

Często się chodzi do kina i na zakupy w weekend. Po pracy to już dom i kolacja.  Ja dość często chodziłam w weekend do parku nad morzem poczytac książkę, wiaterek od morza jest chłodzący i zapach kwiatów/drzew ujmujący (mmmm!). Tego się nie doświadczy na mainland USA. Jeżeli chodzi o dzieci, to jest bardzo podobnie jak na mainland; popularne jest baseball, football i dużo dzieci uczestniczy w zajęciach i“meczach =games”.


Drooogo! Ale za to dużo ananasów, kawy i orzechów 🙂


Ciocia:  Ceny na podstawowe produkty żywnosciowe, np. mleko, są często dwa razy wyższe niż ceny na kontynencie. Prawie wszystkie produkty sprowadza sie z kontynentu. Produkuje sie niewiele na wyspach; ananasy, kawa, orzechy to główne produkty eksportowe.


Szkoła na Hawajach

Ciocia:  Jest bardzo duże zróżnicowanie w kształceniu na Hawajach. Sa bardzo drogie prywatne szkoły i.e. Punahou w Honolulu, które stoją na wysokim poziomie. Szkoły publiczne mają niski poziom. Public schools również nie dają bezpieczeństwa dzieciom i uczęszcza do nich biedna ludność. Charter schools that behave like public schools, but have more funds from state, mają wysoki poziom, ale trudno sie do nich dostać. Jest równiez Kamehameha school, która jest na wysokim poziomie i za darmo, ale żeby sie do niej dostać trzeba mieć pochodzenie hawajskie. Mój syn był w prywatnym przedszkolu i również w prywatnej katolickiej szkole, gdzie było dobre wykształcenie i szkoła was “safe”. Na kontynecie US szkoły państwowe w dobrym rejonie (not slums) są na dobrym poziomie i mój syn uczeszczał do publicznej elementary, middle school in Colorado and public high school in Arizona.



Płaca nie popłaca

Ciocia: …Płace na Hawajach są podobne do mainland i do expensive cities i.e. San Francisco, Boston. Jest wiele związków zawodowych “union”, które walczą o podwyżkę płac.

Jednak mimo to wiele osób ma dwie prace zeby związać koniec z końcem, ze wzgledu na drogie życie. Większość dorosłej ludności, głównie mężczyźni, np. kucharze, ochrona, pracownicy działu technicznego, mają po dwie prace, żeby móc utrzymać rodzinę.

 

A czy pamiętasz ciociu swoje pierwsze dni na Hawajach? Jakie były te zupełnie świeże, pierwsze odczucia?

 

Ciocia: Z poczatku po przyjeździe miejscowi ludzie odnoszą się z niechęcią do nowo przybyłych. Do białej ludności w szczególności, nazywaja nas Haole.

Ta nieprzychylność jest dostrzegalna w terenach mniej zaludnionych. Turyści tego nie odczuwają, bo oni są tylko czasowo/turystycznie, podczas gdy nowo przybyli threaten ludność, bo zabieraja im prace. Lepsze szanse na dostanie pracy mają ludzie z azjatyckiego pochodzeni,  niż z białej rasy. Zauważyłam to w rozmowach o pracę. Ma to pewne uzasadnienie, bo pracodawcy wiedza ze ludność tubylcza lub ci, którzy mają azjatycką rodzinę na Hawajach, w 99% procentach pozostaną na Hawajach do końca życia, a biały pobędzie parę lat i wyjedzie.

Na Hawajach ludzie są powiązani więzami rodzinnymi i trzymają się razem.

Nawet dalecy członkowie rodziny się znają i popierają wzajemnie. W pracy nigdy nie wiadomo kto się z kim zna i trzeba być czujnym, żeby nie popelnić jakiejś gafy – trzeba uważać to, co o kim się mówi w pracy, bo to bardzo szybko dojdzie do tej osoby przez powiązania rodzinne 😉

Czy te pierwsze odczucia zmieniły się z biegiem czasu?

 

Ciocia: Z biegiem czasu nastawienie miejscowej ludności się zmienia. Poprzez zaangażowanie w community works, i.e. uczestnictwo w “Charity Walk”, participating w team events, helping friends i.e. moving, aloha united way. Szacunek do miejscowej ludności jest również bardzo ważny. Dążenie do zgłębiania tradycji i obyczajów Hawaii, jak też ich przestrzeganie i asymilacja do  codziennego życia, jest bardzo ważne.

Noszenie sukienki mumu, używanie słów hawajskich i.e. aloha, mahalo, a hui hou. Podarowanie kwiatowej lei na wszelkie uroczystości.

File:King Kamehameha Day Lei Draping Ceremony Hawaii (35194484296).jpg

Czego uczą się dzieci w hawajskiej szkole? 🙂

Chodzi mi tu głównie o wiedzę o kulturze i historii – czy uczą się np. o japońskich imigrantach (Azjaci stanowią czterdzieści procent mieszkańców wysp, rdzenna ludność tylko  niecałe dziesięć), poznają ich kulturę, czy bardziej amerykańską, czy bardziej hawajską/polinezyjską?

Ciocia: Nauka w szkole jest według programu amerykańskiego z dodatkiem kultury/obyczajów hawajskich.

Czy na co dzień odczuwaliście niechęć Hawajczyków? A jeżeli tak, to jak się objawiała

Ciocia: Na co dzień nie odczuwaliśmy niechęci Hawajczyków. Nie ma również dzielnic, do których bialy nie mają wstępu. Niechęć może się wyrażać tym, że jeden Hawajczyk drugiemu pozwoli zaparkować na swojej posiadłosci, a białemu nie pozwoli. Nam się to nie zdarzyło.

Hawajczycy w swoim podejściu do życia są radośni i nie przejmują sie błachostkami (:)))

Czy problemem jest kolor skóry, czy raczej to że jest się „nowym” imigrantem?

Pamiętam z naszego ostatniego spotkania w Porębie (czyli jakieś 18 lat temu…) jak mówiliście o trudnej integracji białych z miejscową ludnością. Mocno wbiło mi się w pamięć, jak mówiliście o problemach kuzyna w szkole, właśnie z powodu koloru jego skóry. Patrząc teraz na spokojnie, z perspektywy osób już tam nie mieszkających, jak myślicie co było przyczyną takiego postępowania?  

Ciocia: Problem jest dla “nowych” imigrantów. Im bardziej się człowiek “udziela” w życiu codziennym i asymiluje z kultura i obyczajami, tym jest latwiej.

Czy na Hawajach istnieją silne ruchy separatystyczne, chcące oderwać wyspy od Stanów Zjednoczonych?

Ciocia: Jest jeden ruch separatystyczny od lat, który chce suwerennosci dla Hawaii . Nazywa sie ten ruch “Ke Ea Hawaii” . Nieraz na ulicy poza miastem widac transparenty, ale to jest rzadkie. Tylko garstka ludzi chce niezależności i powrotu do nie-komercyjnych Hawaii.

Jak myślisz, jakby wyglądało niepodległe hawajskie państwo?

Trudno mi wyobrazić sobie, jak miałoby funkcjonować to nowe, hawajskie państwo, szczególności ze względu na tak dużą przewagę liczebną obcokrajowców nad tubylcami. Nie byłoby tam przewodniego kodu kulturowego, trudno powiedzieć, o czyjej historii i kulturze miano by uczyc w szkołach…

Ciocia: Myślę,  że Hawaje by nie zaistniały jako państwo suwerenne, nie przetrwałyby, albo by wrócily do starych czasów ubóstwa.

I ostatnie pytanie dotyczące samej wyspy, a nie jej mieszkańców. Hawaje to wyspy wulkaniczne, często słyszy się w mediach o erupcjach. Czy na co dzień odczuwaliście zagrożenie?

 

Ciocia: Osobiście my tego nie odczuwaliśmy. Ruchy wulkaniczne są na Big Island i gdy jest erupcja wulkanu, dużo jest o tym w prasie i telewizji, ale to przechodzi jak sie wulkan “uspokoi”. My byliśmy na terenie wulkanicznym i czuć i widać tam potężną siłę wulkanów i zniszczeń jakich mogą dokonać. Jako ciekawostkę dodam:

  It is a bad luck to bring a rock from active vulcanic soil.

Na koniec jeszcze podziękowania.

Ciociu! Bardzo, bardzo dziękuję za to, że opowiedziałaś nam o hawajskich rajskich wyspach. Nie wiem, czy kiedykolwiek tam dotrzemy, ale dzięki Tobie możemy sobie choć troszkę wyobrazić jak się żyje w hawajskim raju 🙂 Dzięki! <3

Jak hijab może ocalić kobiety Zachodu? Urywki z zadziwiającej wypowiedzi ajatollaha Khameneiego

Przygotowując dla Was artykuł o Iranie natrafiłam na tekst, którego nagłówek przyciągnął moją uwagę, a jego zawartość sprawiła, że przecierałam oczy ze zdumienia, oto on:

„10 faktów Ajatollaha Khamenei: Czy hijab może ocalić kobiety Zachodu?”

Jest to zbiór wypowiedzi Ajatollaha Khameneiego na temat hidżabu i jego roli w życiu kobiety jak i całego społeczeństwa. Ciekawie się to czyta, niektóre fragmenty oczywiście szokują, wywołują oburzenie, ale moim zdaniem i tak warto je przeczytać. Po co? Żeby poznać przyczyny, dla których tak wiele kobiet na świecie zmuszana jest do szczelnego zakrywania swojego ciała. A jeżeli nie prawdziwe przyczyny, to przynajmniej sposób, w jaki próbuje się kobietom w krajach muzułmańskich wmówić, dlaczego powinny nosić hidżab i się nie buntować. Tak czy siak  polecam, w ramach poszerzania horyzontów, jak na prawdziwych podróżników przystało.

20 październik 2009

„Odsłaniając kobiety [kobiece ciało] cywilizacja zachodu nie stara się dać im wolności.  Zachód chce, aby kobiece ciało cieszyło męskie oko i żeby było wykorzystywane w niegodny sposób„.

3 stycznia 2008 

Hidżab jest dla kobiety zaszczytem. W przeszłości w większości krajów, nawet w Europie, dwieście, trzysta lat temu,  arystokratki nosiły na twarzach welon – formę hidżabu, który pozwalał im zasłonić się. Ten welon był dla kobiety zaszczytem. W starożytnej Persji również panowała taka sama zasada. Ale żony zwykłych mężczyzn nie nosiły welonów, nie było takiego nakazu. Wtedy wkroczył islam i zlikwidował tę dyskryminację i powiedział kobietom, że muszą nosić hidżab. W ten sposób prawo do noszenia hidżabu objęło wszystkie kobiety„.

„Teraz oskarżają nas o łamanie praw kobiet. A to oni powinni być potępieni. Oni są tymi, którzy powinni tłumaczyć się z wykorzystywania kobiet jako przedmiotu ich rozwiązłości. Wczoraj otrzymałem statystyki dotyczące przemocy w rodzinie. Pokazują one, że dwie trzecie kobiet na świecie jest bita przez  swoich mężów.  To jest przerażające. Ten rodzaj przemocy występuje głównie w rozwiniętych krajach Zachodu i jest efektem  wykorzystywania seksualnego, seksualnych oczekiwań mężczyzn w stosunku do kobiet„.

10 marca 1997

„Hidżab dostarcza kobiecie ochrony: nosząc hidżab, muzułmanki zapewniają ochronę zarówno sobie jak i mężczyznom.  Kiedykolwiek więc zabiera się hidżab kobietom, kiedykolwiek popycha się kobiety w kierunku nagości, odbiera się im w ten sposób bezpieczeństwo: po pierwsze im, a po drugie mężczyznom i ludziom młodym.  Islam nakazał kobietom nosić hidżab aby chronić zdrowe i bezpieczne środowisko życia, w którym kobiety mogą swobodnie wykonywać swoje zadania, a mężczyźni dopełniać swoich obowiązków” .

22 października 1997

„Przejawem królowania w świecie Zachodu patriarchatu jest fakt, iż świat ten chce aby kobiety służyły zaspokajaniu potrzeb mężczyzn. Dlatego właśnie mówią, że kobiety powinny się malować, właśnie po to, żeby dostarczać mężczyznom przyjemności! To jest patriarchat,  a nie wolność dla kobiet„.

Niestety, ich kultura rozpełzła się po całym świecie.  Przez ich zachowanie, w chwili obecnej, jednym z najważniejszych obowiązków kobiety jest pokazywanie się i służenie ich urody przyjemności mężczyzn. Te sprawy stały się najważniejszymi cechami, które są wskazane u kobiety (…) Z kolei hidżab i skromność sprawiają, że kobieta zyskuje szacunek, one dają kobiecie ochronę. [Ludzie Zachodu] odbierają  im tę  codzienną ochronę, ubierając ten akt w piękne słowa.  Pierwszą, albo może jedną z pierwszych konsekwencji takiego zachowania było zniszczenie i obniżenie roli rodziny [w społeczeństwie]”.

 

 

 

 

Do Iranu!

W związku z ostatnim zjazdem dotyczącym Bliskiego Wschodu, który odbył się w Warszawie, wiele mówiono nie tyle o tym, kto w nim uczestniczył, ile o tym, kogo na nim nie było, a mianowicie –  przedstawicieli jednego z największych i najważniejszych graczy w tym rejonie świata – Iranu. Przyczyna była oczywista – spotkanie w Warszawie było zjazdem sojuszników Stanów Zjednoczonych, które przecież zaliczają Islamską Republikę Iranu do tak zwanej Osi Zła.

Wtedy pomyślałam o Was. Dlaczego? No bo jeżeli w polskich mediach mówi się o Iranie, to w kontekście wyżej wymienionej „Osi Zła”, broni jądrowej, nienawiści do Żydów oraz braku poszanowania dla kobiet. Czyli przeciętny Polak na propozycję: a może na wakacje do Iranu? Zaśmieje się szyderczo i popuka w głowę. No a właśnie my, Lamy, nie popukamy, ale przybijemy piątkę. Uważamy, że odwiedzenie tego kraju jest bardzo dobrym pomysłem, a tym tekstem  chcemy Was do poznania tego kraju zachęcić.

Na początek obalmy kilka mitów związanych z podróżą do Iranu:

NIE!

  • Wrogie nastawienie do zachodnich turystów.
  • Nienawiść do osób wyznających judaizm – w samym Teheranie znajduje się kilkanaście synagog, liczna mniejszość żydowska żyje sobie w Iranie spokojnie i bezpiecznie.
  • Nie dogadam się!
  • Kosmyk włosów wysunął się spod chusty – idę do więzienia.

A teraz kilka najfajniejszych rzeczy w Iranie:

TAK!

  • Gościnność, której nie doświadczycie w turystycznych enklawach.
  • Miasta pustyni w których żyje się jak w średniowieczu.
  • Persowie i Persepolis – monumentalne zabytki w świetnym stanie
  • Pałace z tysiąca i jednej nocy, które można zwiedzać za przysłowiowy grosik.
  • Ogrody Babilonu. Istnieją nadal!
  • Słodyczowy zawrót głowy.
  • A także … pewnie jedna z niewielu okazji do poznania Afgańczyków – w Iranie mieszka wielu uchodźców z tego kraju – nam udało się poznać jednego z nich.

Iran zaskoczył nas wschodnim przepychem rodem z baśni 1001 nocy. Myśleliśmy, że ten świat można odnaleźć tylko na kartach książek dla dzieci, ale on istnieje naprawdę. W XXI wieku, w naszej globalnej wiosce, to właśnie tu, w Iranie, odnajdziecie ducha magii i dawnego orientu: pałace ociekające złotem i wyłożone tysiącem skrzących się malutkich lusterek, przyprawiające o zawrót głowy i przeczące rozsądkowi skomplikowanie formy wykładanych mozaikami ogromnych przestrzeni meczetów, jedyne w swoim rodzaju, tak odmienne od europejskich orientalne malowidła naścienne, czy całe sklepienia, drewniane, a powycinane tak misternie, jak papierowe serwetki. Popatrzcie:

Tego nie znajdziecie nie tylko w Paryżu, czy w w Mediolanie. Nawet w Stambule,  przecież niegdysiejszej stolicy Imperium Osmańskiego, nie znajdziecie tej magii, tego przepychu.

Oprócz zabytków średniowiecznych Iran ma jeszcze do zaoferowania zabytki liczące sobie dwa tysiące lat i więcej – w tym przede wszystkim, wspaniale zachowane, Persepolis – stolicę wybudowaną w pierwszym wieku przed naszą erą przez Dariusza I. Sami popatrzcie m.in. na te niezwykle charakterystyczne dla Persji płaskorzeźby:

No i jeszcze koniecznie musimy Wam pokazać kilka zdjęć z pustynnych miast – tutaj Jazd:

 

IRAN – A TO CIEKAWE!

  • Nie spotkasz zakochanych par chodzących za rękę, za to wielu … mężczyzn spacerujących w ten sposób z kolegami.
  • Jak męski shopping to tylko w Iranie: znajdziecie szalony wybór ubrań dla mężczyzn, dwa razy większy niż dla kobiet.
  • Męska rewia mody ( i stylizacji fryzjerskich) na ulicach.
  • Zestawy do ćwiczeń fitness na powietrzu w większości parków, obok placów zabaw dla dzieci.

Na koniec musimy dać Wam jednak jeszcze kilka przestróg – Iran pełen jest gościnnych, przyjaźnie nastawionych ludzi, ale trzeba pamiętać, że to zupełnie odmienny świat: kultura, religia, zwyczaje – kto ich nie uszanuje musi liczyć się z konsekwencjami swojej ignorancji.

UWAŻAJCIE WIĘC NA:

  • Wbitą pieczątkę z izraelską wizą – raczej wizy wjazdowej w takiej sytuacji nie dostaniecie – Żydzi mieszkający w Iranie to jedno, a państwo Izrael to zupełnie co innego
  • Publiczne okazywanie sobie uczuć, w tym również trzymanie się za rękę
  • Nocowanie pod namiotem w modelu koedukacyjnym
  • Rozmowy na tematy polityczne – lepiej dmuchać na zimne
  • Nakrycie głowy u kobiet jest obowiązkowe: kosmyk czy dwa mogą wystawać, ale chusta musi być tak samo, jak spodnie do kostek i rękawy przynajmniej do łokcia.

 

Beskidy mojego dzieciństwa dla Was: Sucha Polana, Kudłacze i Obserwatorium Astronomiczne na Lubomirze

Dzisiaj kilka pomysłów na jedniodniowe wypady z Krakowa, naszym celem jest pogranicze Beskidu Makowskiego oraz Wyspowego, teren pomiędzy Myślenicami a Wiśniową.

Uwaga! Zbliżamy się do celu podróży! Wokół nas łąki i zalesione szczyty. Horyzont zamyka ONA:  tajemnicza, wznosząca się wysoko nad nami, gęsto zalesiona przełęcz. Takie migawki pamiętam z dzieciństwa, z czasów kiedy przyjeżdżałam w odwiedziny do babci, do położonej na końcu asfaltowej drogi/końcu cywilizowanego świata, wsi Poręba. Nad nami wznosiła się przełęcz, Sucha Polana.

Sucha Polana pozostała w moim sercu do dzisiaj, a Was chciałabym zaprosić do odkrycia jej dla siebie.  Godzina samochodem od Krakowa i już jesteście na szlaku prowadzącym do niej.

W zimie można tu rozpalić ognisko i schronić się przed deszczem pod dużym, zadaszonym miejscem piknikowym, wiosną szukać krokusów, a latem rozbić namiot i po prostu leżeć, podziwiając niezanieczyszczony sztucznym światłem, rozgwieżdżony do granic możliwości nieboskłon.

Na Suchą Polanę najszybciej dostaniecie się idąc od strony Lipnika albo podjeżdżając do schroniska PTTK na Kudłaczach od strony Pcimia.

Godzinę drogi od Suchej Polany znajdziecie bardzo przytulne, malutkie schronisko na Kudłaczach. Rodziny z dziećmi mogą dojść tam króciutką trasą z Działku nad Porębą, samochód zostawiamy przy wejściu na szlak, trasa półgodzinna (z dziećmi około godziny).

Schronisko na Kudłaczach –  robią tam fajne slajdowiska i koncerty muzyki górskiej; za schroniskiem świetny punkt widokowy na Tatry i Babią Górę,  link do strony chatki tutaj.

Przed schroniskiem na Kudłaczach

Wycieczkę na Suchą Polanę możecie również uzupełnić odwiedzinami grobów partyzanckich na pobliskiej Łysinie, która stanowiła bazę lokalnych oddziałów AK (na Suchej Polanie odprawiali oni msze polowe!), lub zwiedzaniem obserwatorium astronomicznego na odległym o godzinę drogi Lubomirze, najwyższym szczycie Beskidy Makowskiego.

Pamiętam z dzieciństwa ruiny zburzonego przez Niemców obserwatorium: kilka kamieni i piwniczka… Ale w 2007 roku stała się rzecz niesłychana: po sześciedzięciu latach udało się je odbudować! Dzisiaj można je zwiedzać oraz uczestniczyć w pokazach. Popatrzcie jak się zmieniło:

Tak było przed 2007 rokiem, z obserwatorium po wojnie zostało dosłownie tyle…

… ale od 2007 roku to samo miejsce wygląda tak!

Niesamowite, prawda? Zainteresowanych zapraszam do odwiedzenia strony obserwatorium tutaj , najbliższa możliwość obserwacji nieba niestety chyba dopiero na wiosnę, natomiast w zimie warto zabrać dzieci na zwiedzanie obserwatorium i wykład połączony z pokazem zdjęć wykonanych lubomirskim teleskopem.

Wózkami na Lubomir – nie próbujcie tego powtarzać, to była trasa szaleńców… Na tym zdjęciu jeszcze droga w porządku, ale później kamienie ogromne i ostro pod górę 😉

No i jak? Kiedy ruszacie na szlak? 🙂

Sardyński dreszczowiec, czyli o lekceważeniu śródziemnomorskich „górek” słów kilka

Już wrzesień, lato się kończy, ale  wiecie, że to tak naprawdę najlepszy czas na podróże do większości śródziemnomorskich destynacji? Upały się już skończyły, temperatura oscyluje wokół 20-25 stopni, więc w końcu można spokojnie zacząć zwiedzać i chodzić po górach. Dzisiaj chcemy Wam polecić wypad na drugą co do wielkości włoską wyspę – Sardynię:

Sardynia to jeden z typowych celów turystycznych Europejczyków: ciepło, śródziemnomorsko, blisko (2-3 godziny lotu z większości krajów naszego kontynentu) i można się tam dostać za przysłowiowy grosik (tanie linie lotnicze).

Ta wyspa, w odróżnieniu od innych typowych turystycznych destynacji, nadal daje wiele okazji do poznania codziennego życia jej mieszkańców: wystarczy wsiąść w autobus ( złapać stopa ;))  i udać się w głąb sardyńskiego lądu, aby odnaleźć jej przedturystyczne oblicze: zapyziałe miasteczka przylepione do górskich stoków, staruszkowie na przyzbach i stada kóz.

Sardynię warto również odwiedzić ze względu na baaardzo specyficzny i unikatowy na skalę światową śpiew polifoniczny, wykonywany przez tutejsze grupy śpiewacze (wpisany jest na listę dziedzictwa UNESCO). Jeden z solistów prowadzi główną melodię, a pozostali wtórują mu naśladując kozy i barany 😐 😀 Poniżej macie link do nagrania zespołu Tenore Supramonte Orgosolo, realizowanego w górach i jaskiniach Sardynii:

Tyle tytułem wstępu, ale w tym wpisie chcieliśmy Wam nie tylko przybliżyć uroki Sardynii, ale również ostrzec przed lekceważeniem jej górskiego interioru. My niestety jesteśmy świetnym przykładem jak NIE należy chodzić po górach Sardynii…

A było to tak: dojechaliśmy do Olieny, górskiego miasteczka wiszącego na zboczu jednej z gór pasma Supramonte

Przed wyruszeniem w góry, zaopatrzyliśmy się w mapę z oznaczonymi szlakami turystycznymi. Chcieliśmy przejść z Olieny do znajdujących się po przeciwnej stronie masywu górskiego jaskiń Monte Tiscali. Ponieważ znakowanego szlaku w pożądanym przez nas kierunku nie odnaleźliśmy, spojrzeliśmy na trasy OpenStreetMaps. No i tam (niestety!) zobaczyliśmy, że ktoś wyznaczył i przeszedł dokładnie tę trasę, którą chcieliśmy zrealizować. Na początku było świetnie: tylko górska przyroda i my: wyschnięte kaniony, masywne ściany skalne i ani jednego turysty.

Ale w pewnym momencie ścieżka…zanikła.

Nie chcieliśmy wracać, a na OpenStreetMaps zobaczliśmy, że trasa trawersuje pobliskie zbocze i schodzi nim na zielony płaskowyż. Wydawało się, że godzina, góra dwie i będziemy na dole. Niestety: ścieżka okazała się sypka i wąska: z jednej strony przepaść, a z drugiej pionowa ściana. Nasze załadowane górskie plecaki nie pomagały w utrzymaniu równowagi. Krok za krokiem, po około czterech godzinach udało nam się zejść na płaskowyż – poniżej widok z płaskowyżu na naszą trasę:

Tam przenocowaliśmy. Rano mieliśmy ze sobą już tylko 0,5 litra wody, ale nie przejmowaliśmy się tym, bo przecież „zeszliśmy z gór”, rzut beretem przechodzi znakowany szlak turystyczny, a według mapy całej trasy do drogi publicznej zostały nam jakieś dwie godziny. NIC bardziej mylnego moi drodzy 🙁 Zapomnieliśmy, jak słabo oznaczone potrafią być szlaki na południu Europy. W końcu znaleźliśmy ścieżkę (!)

i szlak – na zdjęciu widać dlaczego łatwo było go przeoczyć:

My na pierwsze z oznaczeń natrafiliśmy po dwóch godzinach błądzenia, choć miało nam to zająć około 15 minut… Mimo września, słońce nadal mocno prażyło, a nam skończył się zapas wody. Zasięgu telefonicznego nadal brak.  Po tym, jak znaleźliśmy pierwszy znak szlaku na kamieniu też nie było łatwo – szukanie kolejnych oznaczeń było zadaniem karkołomnym, a ścieżek wydeptanych przez pasące się stada kóz było przynajmniej kilkanaście. Każda z nich mogła być naszym szlakiem. Tak więc kolejne kilka godzin spędziliśmy błądząc po dzikim oliwkowym lesie, napotykając kozy, ale ani jednego człowieka:

W końcu, wycieńczeni, dotarliśmy jakimś cudem do jezdnej drogi: w pyle zobaczyliśmy odciśnięte ślady opon samochodowych. Byliśmy uratowani!

Udało nam się, ale mogło być różnie. Mieliśmy mapę, kompas i świetny zmysł orientacyjny Pawła, a mimo tego trasa okazała się niebezpieczna. Tak to w górach bywa, więc to co możemy Wam (i sobie) na przyszłe wędrówki po górskich bezdrożach doradzić to:

…NIEZBĘDNIK GÓRSKIEJ WYCIECZKI NA POŁUDNIU EUROPY….

Wybierając się na górską wycieczkę do jednego z  krajów południowej Europy pamiętajcie, że:

  • Z dużym prawdopodobieństwem traficie na bardzo słabe oznaczenia szlaków: niezwykle skąpe i słabo widoczne, a ich stan rzadko kontrolowany.
  • Wasza wycieczka może się przedłużyć: bierzcie dwukrotnie większy zapas wody niż potrzebujecie. Wody mieliśmy tylko i dokładnie tyle ile trzeba na kilkugodzinną wycieczkę, a okazało się, że w górach Sardynii przyszło nam spędzić prawie dwa pełne dni.
  • Na południu Europy po upalnym lecie, po górskich strumieniach pozostaje jedynie piach i kamienie – nie ma możliwości uzupełnienia zapasów na miejscu, mimo zaznaczonych strumieni na mapie!
  • Zapomnijcie o zasięgu komórkowym – pomocy nie wezwiecie; warto więc zaopatrzyć się w race/flary alarmowe: wiele nie ważą ani nie kosztują, a mogą uratować Wam życie.

………………………………………………………………………………………………………………

A Wy co byście dodali do tej listy? Jesteśmy pewni, że macie swoje własne, cenne doświadczenia. Koniecznie napiszcie Wasze porady w komentarzach, dzięki!

 

 

 

 

 

Kirgizi i my, czyli spożywanie w Kirgistanie

 

Pewnego razu w Kirgistanie … było wielkie ucztowanie

Kymyz lał się strumieniami

Stoły pod mantami i lepioszkami się uginały

W każdej wiosce ugoszczeni, w opowieści zasłuchani…

Ehh, to był piękny czas i to już równe dziesięć lat temu! I wiecie co, nic by z tych wieczornych biesiad nie było, gdybyśmy byli np. Francuzami, czy Amerykanami, bo byśmy się po prostu niedogadali!  Naprawdę dobrze być Polakiem – dzięki bliskości polskiego i rosyjskiego mogliśmy wejść w świat niedostępny dla ludzi „z zachodu”. Na pewno pomagał również fakt pochodzenia z byłego bloku komunistycznego – to coś co łączyło, przybliżało duchowo Kirgizom odległą o pięć tysięcy kilometrów Polskę. Nie czekajcie więc dłużej i odwiedźcie ten gościnny kraj, warto!

Na ciążę Ci kajak?!

 

Lamy spodziewają się potomka 🙂 Pomimo moich trudności z poruszaniem (to już ósmy miesiąc!) nie mogliśmy sobie i Tomkowi odmówić wakacji. Miało być spokojnie i bez szaleństw: przyjeziorna plaża na której Tomek robi babki z piasku, a ja co najwyżej dostojnie unoszę się na materacu. No ale okazało się, że mimo najlepszych chęci, siedzenia na plaży nie wytrzymują moje obciążone dodatkowym balastem plecy i biodra. Spacery po lesie odpadły z tego samego powodu. Wygodnie było mi tylko na krześle 🙁 Aż tu nagle do głowy wpadł mi szalony pomysł, ostatnia deska ratunku: KAJAK. Pełna obaw wsiadłam i zaczęłam wiosłować. Dziesięć minut, godzina, dwie godziny … a mi cały czas wygodnie i zero bólu. Dzień po tym wyczynie czułam się rześko i wyśmienicie, więc znowu wsiedliśmy w kajak. Gdybym potrafiła, napisałabym jakąś „Odę do Kajaka”, ale powiem krótko: Kajaku, dziękuję! Uratowałeś nasze wakacje!

Poniżej kilka zdjęć z kajakowych wędrówek po Pojezierzu Brodnickim. Było dziko i cudownie: gniazda z młodymi łabądkami, perkozy, nenufarowe Morza Sargassowe, a nawet… mapa skarbów znaleziona w butelce 🙂 A wszystko to dzięki kajakowi <3

Pomysły na jednodniowe wypady z Krakowa: Beskid Mały

Beskid Mały to miejsce wymarzone na krótkie, weekendowe wypady z dziećmi. Mocno zalesiony, poprzeplatany jest jednak licznymi widokowymi polanami i łąkami. Znajdziemy tu sporo krótkich, niewymagających tras. No i właśnie w tym tekście chcielibyśmy Wam polecić kilka z nich. Zapraszamy do wspólnych wędrówek, szczególnie teraz, gdy wszędzie już zielono, a upały jeszcze nie dokuczają!

Zamczysko (Pasmo Łysicy)

W ubiegły weekend jeżdżąc palcem po mapie Beskidu Małego natrafiliśmy na zespół skalny Zamczysko, w paśmie Łysicy.  Po dotarciu na miejsce byliśmy zaskoczeni: prawdziwy kanion skalny, ze ścianami wysokimi na kilkanaście metrów!  A wszystko pięknie omszałe, zapajęczynione i pełne tajemniczych szczelin. Nasz syn był zachwycony: biegał z latarką i zaglądał w każdą z nich 🙂 Kilka zdjęć poniżej, mamy nadzieję, że odwiedzicie to miejsce już niedługo:

My dojechaliśmy samochodem do Kocierza Rychwałdzkiego i po godzinie wędrówki zielonym szlakiem dotarliśmy do Zamczyska.

Gibasówka (Pasmo Łamanej Skały)

Kolejna propozycja leży bardzo niedaleko, w grzbiecie Łamanej Skały. Zobaczcie efekty pracy bobrów (a może i je same?), a później zachłyśnijcie się rozległymi widokami 360  stopni z grzbietu Gibasówki:

Leskowiec

Król Beskidu Małego, pozycja obowiązkowa. Nie tylko ze względu na widoki ze szczytu (Babia Góra, Tatry), ale również specjały schroniskowej kuchni … 😉

Chatka pod Potrójną                              (Pasmo Łamanej Skały)

A tu zimowa wycieczka do niezwykle klimatycznej, zagubionej i zapyziałej (;)) Chatki pod Potrójną:

Piszcie śmiało jeżeli macie jakieś pytania, chcielibyście poznać szczegóły tras. Uściski!