Archiwum kategorii: Wszystkie wpisy

Album: Ptasia Australia

Od dzisiaj zaczynamy PRZEGLĄD „AUSTRALIJSKIE GATUNKI PTAKÓW” 🐦 Australia oddzieliła się od reszty kontynentów miliony lat temu i dlatego gatunki flory i fauny, w tym gatunki ptaków, są w Australii tak endemiczne i wyjątkowe. Chcemy Wam je przedstawić i umilić te kilka kolejnych tygodni . Codziennie będziemy wrzucać zdjęcie kolejnego gatunku, który udało nam się sfotografować podczas naszego pobytu w „downunder”.

Kakadu Złotoczuba

8 październik, wtorek

Dzisiaj symbol #kakadunationalpark , czyli występująca w północnej i wschodniej Australii Kakadu Złotoczuba. Kakadu to podobno jedne z najgłośniejszych i najbardziej niezależnych, najtrudniejszych w hodowli papug. Ale za to jakie piękne! 💕

Jakie gatunki

Kakadu Różowa

9 październik (środa)

Przedstawiamy Wam Kakadu Różową, najbardziej rozpowszechnioną papugę Australii. Popatrzcie na pierwsze zdjęcie, jak dziwnie układają się pióra wokół dzioba, jakby miała tam specjalną kieszonkę do chowania go 😉 Wygląda to intrygująco, prawda? Z kolei na następnym zdjęciu, gdy prezentuje rozłożony piuropusz, wygląda zwyczajniej, za to dumnie i arystokratycznie 😉

Kakadu różowa
Kakadu różowa

Rainbow Lorikeet

10 październik (czwartek)
Dzisiaj kolejny gatunek papugi 😊 Ta bajkowo kolorowa, wprost tęczowa papuga to Rainbow Lorikeet 😊 Występuje wyłącznie w Australii. Tutaj sfotografowana w upalnym Tennant Creek . Na ostatnim zdjęciu zobaczycie całe stado spijające kropelki wody ze zraszacza 😊
Papugi w Australii
Rainbow Lorikeet Australia

Czajka Płatkolica

14 październik (poniedziałek)
Na zdjęciu czajka płatkolica (masked lapwing). Ten niezwykły ptak zamieszkuje północną i wschodnią Australię, a także Nową Gwineę oraz Nową Zelandię.
Czajka Płatkolica
Doskonale pamiętam nasze pierwsze dni w Australi, tj. w tropikalnym Darwin. Okazało się, że już tutaj, w środku miasta, można zobaczyć całą masę egzotycznych dla nas gatunków ptaków. Poszliśmy na spacer z dziećmi na plac zabaw koło domu i …skończyliśmy latając z aparatem jak szaleni: to tu to tam, wciąż nowy i nowy gatunek. Hmm … to pewnie tak jakby gdzieś z australijskiej dżungli przyleciał do nas jakiś Aborygen i nie mógł się nadziwić wróblom, wronom, gawronom, gołębiom … 😉 No ale nie dziwcie się: w różnych krajach już byliśmy, i w Azji, i w Ameryce Południowej, ale tak odmiennego zestawu ptaków nigdy wcześniej nie doświadczyliśmy. Australia to ZUPEŁNE Antypody 😉

Figojad

15 październik (wtorek)
Zostajemy w tropikalnym Darwin – przed Wami niesamowicie intensywnie żółta odmiana figojada z rodziny wilgowatych 😊 Ależ mu się te pióra błyszczą w promieniach ☀ Ah! Dodatkowo świetnie kontrastują z czerwonymi obwódkami wokół oczu. P.S. To kolejne zdjęcie wykonane na placu zabaw 😊
Gatunki ptaków w Australii - Figojad

Gołąb

16 październik (środa)
Dzisiaj swojskie gołębie. Ale za to kompozycja ciekawa 🙂
#gołębienawakacjachwaustralii ;)?
Gołębie w Australii

Jego wysokość – Bocian Jabiru

czwartek (17 październik)
.Jabiru Bocian Australia
Bocian, ale nie swojski Bociek. To dumny #Bocian #Jabiru, święty ptak-przodek rdzennych mieszkańców Australii. Przyznacie sami, że w złotej poświacie wschodzącego słońca wygląda nie jak ptak, ale człowiek, a może nawet bardziej – zjawa…
Jesteśmy już na rozlewiskach Mary River , bardzo blisko Ziemi Arnhema – terenu nigdy nieskolonizowanego przez białych, do dzisiaj będącego „warownią” Aborygenów. Dlaczego o tym piszę w kontekście rozlewisk Mary River? Bo Ziemia Arnhema to też bagna i rozlewiska. Możemy więc sobie wyobrazić, że w momencie gdy oglądamy to zdjęcie, Aborygeni w Ziemi Arnhema właśnie płyną na polowanie, czółnem przez rozlewiska, i podziwiają dokładnie ten sam kadr… 🙂

Długoszpon Koralowy

piątek (18 październik)
Długoszpon koralowy
Długoszpon koralowy, nazywany jest … Little Jesus, bo tak jak Jezus, i on kroczy po wodzie 😉 Ale jak przyjrzymy się dokładniej po czym on chodzi, to zobaczymy, że jednak trochę oszukuje 😉 Przemieszcza się po liściach lilii wodnej. Trzeba mu oddać też sprawiedliwość, że jest jednym z nielicznych ptaków, który potrafi wykonać tę sztukę. A wszystko dzięki połączeniu filigranowej budowy ciała, ze stopami wyposażonymi w błony pławne, działającymi jak … rakiety śnieżne 🙂

Skrzydełko czy nóżka?

sobota (19 październik)
Tym razem niestety nie wiemy co to za jeden. Ale nazwa tego kogoś nie jest w tym zdjęciu najważniejsza. Patrzcie co on konsumuje 😶

Czapla biała

poniedziałek (21 październik)
Great Eger, Australia, Mary River Wetlands
Great Eger dancing on the Mary River wetlands
Czapla biała: to prawdziwa arystokracja, uosobienie czaru, wdzięku i powabu. Na pierwszym zdjęciu widzimy jej taniec na wodzie, wśród lilii wodnych 💕 Popatrzcie na drugie i trzecie zdjęcie – czyż jej lekkie jak mgiełka, śnieżnobiałe pióra, nie przypominają Wam sukni baletnicy? 😌😮😌

Jak wyglądają campingi w Australii? Ciekawe rozwiązania campingowe

Podobno to właśnie Australijczycy są geniuszami, jeżeli chodzi o rozwiązania campingowe. Dlaczego właśnie oni? Bo jeżdżenie po Australii z namiotem, czy campervanem to tutejszy sport narodowy 🙂 „Campingują” wszyscy i wszędzie: rodziny z niemowlętami i emeryci (o tym kolejny materiał na blogu już niedługo!). Rodziny z dziećmi w wieku szkolnym też i to nie na dwa tygodnie, ale np. na rok. Albo i dłużej. Robią im wtedy homeclasses. Mówiono nam o wielu rodzinach, które mieszkają po kilka miesięcy w jednym miejscu, a później jadą dalej. I znów i znów i znów. Ojciec najmuje się np. do pracy na farmie, albo robi za złotą rączkę. Sami widzieliśmy nie raz takie rodzinne campery z naklejoną reklamą usług hydraulika/stolarza 🙂

Niektórzy mówią, że Australijczycy podświadomie naśladują w ten sposób rdzennych mieszkańców tych ziem -najczęściej nomadycznych – Aborygenów…

Tak czy siak to, że tyle podróżują powoduje, że tak rozwiniętej bazy campingowej jak w Australii nie znajdziecie chyba nigdzie indziej na świecie (a jak znajdziecie, to koniecznie dajcie nam znać – musimy tam pojechać na kolejne wakacje :)). Jeżeli wybieracie się do Australii, to koniecznie zainstalujcie sobie aplikację WikiCamps – wyszukacie campingi bezpłatne, z toaletą i miejscem na ognisko, albo super komfortowe ale mało dzikie z prysznicami,  basenami i kuchnią.

Przez Australię: Northern Territory dzień po dniu

 Rodzina w Australii

Dzień 30-37 (6-11 września)

Spędzamy kolejne wspaniałe trzy dni z naszą rodziną, kąpiemy się w Pacyfiku, który o tej porze roku ma całe… 12 st. Celsjusza i podziwiamy na wyciągnięcie ręki pingwiny w nadmorskiej dzielnicy Melbourne St. Kilde. A później już tylko lot do Darwin, Singapuru, Warszawy i Krakowa. Do widzenia Australio, wspaniale było Cię poznać i odkrywać! Wszystko okazało się inne niż miało być, piękniejsze niż na zdjęciach w internecie,  zupełnie niemonotonne (mimo tego co pisano o krajobrazie drogi 1500 km od wybrzeża, Darwin, do Alice Springs, mniej groźne (brak pająków i węży na campingach i ścieżkach turystycznych), a dodatkowo dzikie i zupełnie nieucywilizowane. I jak tu nie podróżować?? 🙂

Dzień 29 (5 września)

Wspaniały dzień z naszą rodziną z Melbourne – opowieści rodzinne, oglądanie zdjęć i duuuużo jedzenia <3

Dzień 28 (4 września)

Lot z Yulary (obok Uluru) do Melbourne. Wieczorny widok z balkonu na drapacze chmur tej ponad czteromilionowej aglomeracji robi na nas wrażenie:

Melbourne panorama

Chociaż i przywołuje smutek i poczucie zagubienia. Eh, pustynia, cisza, bliskość natury – w takim otoczeniu czujemy się dużo lepiej …

Melbourne centrumMelbourne skyscrapers

Dzień 27 (3 września)

Kata Tjuta – Tomek już mocno zmęczony upałami, więc robimy króciutką trasę. Kata Tjuta, po tym jak wcześniej odwiedziliśmy Uluru i King’s Canion, nie zachwyca. Przynajmniej ze szlaku Doliny Wiatrów: długo trasa bez widoków, za to w piekącym słońcu. Za to polecamy zobaczyć Kata Tjutę z oddali, np. z okolic Uluru – zarys wieżyc jest naprawdę bajkowy i imponujący.

Trochę nierzeczywiście to wygląda, prawda? Trochę jak narysowane przez dZiecko 😉 lub jak Góry Samotne z historii o Muminkach.

Możliwe, że inne poprowadzenie trasy zmieniłoby nasz odbiór. Jednak ze szlaku schodzić tu nie wolno – cały teren to miejsce dla Aborygenów równie święte jak Uluru. Tak święte, że dosłownie żadna z opowieści związana z Kata Tjuta nie jest przekazywana turystom.

View this post on Instagram

Kata Tjuta – zespół monolitów 50 kilometrów od Uluru. Ze szlaku schodzić tutaj nie wolno – cały teren to miejsce dla Aborygenów równie święte jak Uluru. Tak święte, że dosłownie żadna z opowieści związana z Kata Tjuta nie jest znana turystom, a przekazywana jest wyłącznie Aborygenom. #katatjuta #katatjutaphotos #katatjutazdjęcia #travelblogger #travel #instatravel #travelphoto #australiatravels #polacywaustralii #rodzinnewakacje #rodzinawpodróży #australiazdzieckiem #australiaatrakcje #dzikaaustralia #outback #australiazwiedzanie #egzotycznewakacje #australijskiewakacje #australijskiepodroze #podroze #widoki #cudanatury #antypody #northernterritory

A post shared by Gdzie Lamy Mówią Dobranoc (@gdzie_lamy_mowia_dobranoc) on

Dzień 26 (2 września)

Uluru (znane większości z nas jako Ayers Rock), cud natury, największy monolit skalny świata w końcu na horyzoncie! Pierwsze wrażenie jednak nie jest jednak powalające. Śmieję się do Pawła, że wygląda jak Góra Jaroszowicka (Beskid Mały) jesienią – pomarańczowa, piękna, ale bez przesady, żeby od razu cud natury …

Dużo większe wrażenie robi na nas sylweta Mt. Conner:

Mt. Conner

Odbiór Uluru zmienia się nam jednak diametralnie następnego dnia, kiedy docieramy bliżej, pod samo podnóże jej potężnego masywu. Ta góra mieści w sobie formacje tak różne, jakbyśmy nie oglądali pojedynczej góry, ale kilka pasm górskich jednocześnie. Kilkudziesięciometrowe, pionowe ściany jakby skalnych wydm, setki kolorów: od białego, poprzez zolcienie, pomarancz, czerwień, brąz wszelkich odmian, aż po szarość i czerń. Skały „fale”, skały warstwowe, mnóstwo jam, grot, małych jaskinek: wąskie i długie, płytkie z nawisami, tunele pomiędzy ogromnymi głazami. Jedne ściany całe upstrzone płytkimi, okrągłymi otworami, z białymi paskami w ich wnętrzach, przypominają wiszące skalne grobowce pełne kości. Inne z kolei niewiarygodnie gładkie, bez jednej ryski, czy wgłębienia, wystrzeliwują nad naszymi głowami pionowymi blokami do samego nieba.
Jakby tego było mało na północno-wschodnim krańcu tego molocha wyrasta nagle przed nami stawiając „kropkę nad i” skalna kopuła wysoka na kilkanaście metrów.
Wynajmujemy rowery, Wanda ląduje u mnie w foteliku, a Tomek jedzie w tandemie z Pawłem. Trasa robi pełniutką, 10 kilometrową pętlę wokół Uluru.

View this post on Instagram

Uluru (AyersRock) mieści w sobie formacje tak różne, jakbyśmy nie oglądali pojedynczej góry, ale kilka pasm górskich jednocześnie. Kilkudziesięciometrowe, pionowe ściany jakby skalnych wydm, setki kolorów: od białego, poprzez żółlcienie, pomarańcz, czerwień, brąz wszelkich odmian, aż po szarość i czerń. Skały "fale", skały warstwowe, mnóstwo jam, grot, małych jaskinek: wąskie i długie, płytkie z nawisami, tunele pomiędzy ogromnymi głazami. Jedne ściany całe upstrzone płytkimi, okrągłymi otworami, z białymi paskami w ich wnętrzach, przypominają wiszące skalne grobowce pełne kości. Inne z kolei niewiarygodnie gładkie, bez jednej ryski, czy wgłębienia, wystrzeliwują nad naszymi głowami pionowymi blokami do samego nieba. Jakby tego było mało na północno-wschodnim krańcu tego molocha wyrasta nagle przed nami stawiając "kropkę nad i" skalna kopuła wysoka na kilkanaście metrów. #Uluru #Uluruzdjęcia #AyersRockzdjęcia #travelblogger #travel #instatravel #travelphoto #australiatravels #polacywaustralii #rodzinnewakacje #rodzinawpodróży #australiazdzieckiem #australiaatrakcje #dzikaaustralia #outback #australiazwiedzanie #egzotycznewakacje #australijskiewakacje #australijskiepodroze #podroze #widoki #cudanatury #antypody #northernterritory

A post shared by Gdzie Lamy Mówią Dobranoc (@gdzie_lamy_mowia_dobranoc) on

Dzień 24 (31 sierpnia)

King’s kanion i trudny dzień w palącym słońcu

Dzisiejszy dzień był chyba najtrudniejszy z całego wyjazdu. Pierwszy raz byliśmy naprawdę wycięci, a wszystko za sprawą niepozornego słońca, świecącego sobie umiarkowanie i dającego temperaturę około 29 stopni Celsjusza. Otóż to właśnie delikatne, zimowe (jesteśmy prZecież na półkuli południowej) słońce wypaliło z nas całą energię. Dzieki temu wieczorem, po przyjeździe na kemping było bardzo wesoło, bo dostaliśmy z Pawłem „głupiego Jasia” ze zmęczenia i dosłownie WSZYSTKO nas śmieszyło. Ha ha ha.

Ale też temu samemu australijskiemu sloncu należą się podziękowania. Obdarowało głęboką czerwienią King’s Canion, który był naszym dZisiejszym celem. Myśleliśmy, że po takie widoki trzeba nam będzie jechać do Stanów Zjednoczonych, nie nastawialismy się na TAK ogromne, przytłaczające, zapierające dech w piersiach, czerwone pionowe sciany skalne, zakończone stołowymi szczytami. A jednak. Australia po raz kolejny już obdarowała nas pieknem mocno przewyższajacymi nasze oczekiwania. Dziękujemy!

Dzień 23 (30 sierpnia)

Poznajemy Esther, która szła samotnie 6 miesięcy przez Australię, pokonując 3000 km pustynnej trasy


Wielbłądy AustraliaDziś dzień prawie jak codzień od trzech tygodni: pakowanie i ruszamy dalej na południe. Tylko jeszcze tydzień i wracamy do Polski … Eh. Ale zanim to, to przed nami jeszcze creme de la creme, czyli Uluru/Ayers Rock i King’s Canion. Do celu mamy jeszcze ponad 400 km przez pustynię.

No więc zbieramy się zbieramy, Paweł podjechał sam zrobić ostatnie zakupy, żeby już dzieciaków nie targać i ich nie męczyć, a ja przypominam sobie rozmowę z właścicielką naszego domku i postanawiam spróbować szczęścia. Peg powiedziała, że niedaleko mieszka dziewczyna, która przeszla na piechotę, samotnie (a przynajmniej bez żadnego imnego człowieka) przez pustynię z Alice Springs nad Ocean Indyjski. Czyli bagatela, jakieś 3000 km. Zajęło jej to 6 miesięcy, a towarzyszyły jej … wielbłądy. No więc ładuję jedno dziecko na ręce, drugie biorę za rękę i idę szukać jej domu. Okazuje się, że mieszka dosłownie za płotem! 😮

Dochodzimy na podwórko, witamy się i Esther słuchajcie pokazuje nam TE wielbłądy!!! Dzielnych towarzyszy jej wielkiej, szalonej wyprawy.

To był dzień! Spotkać gwiazdę australijskiego National Geographic i jej wielbłądy. Nie ma to jak podróże!

Dzień 22 (29 sierpnia)

Standley Chasm i Angklerle Antwatye

Ah jak my lubimy kaniony, a na dodatek jak można do nich zajrzeć nie tylko z dołu, ale również z góry – przepiękne przepasciste widoki z Angklerle Antwatye dzisiaj …
Zapraszamy do obejrzenia filmu właśnie stamtąd, a także z kilku innych miejsc w paśmie MacDonnela do których dotarliśmy:

A tu zapis tekstu z filmu – krótki o górach MacDonnella:

Jesteśmy w Centralnej Australii. Tereny w których byliśmy do tej pory i cała północna Australia to teren nizinny lub pagorkowaty. Za to Centralna Australia to teren typowo gorzysty. Jednym z dominujących tutaj pasm jest ogromny pas gór McDonnela, rozciągający się rownoleznikowo na dlugosci 644 km.
Spędziliśmy na ich szlakach kilka dni.

Góry McDonnela sa suche, ale nie typowo pustynne: w dolinach okresowych rzek, w wyschsnietych korytach rzecznych znajdziemy piękne, wysokie drzewa eukaliptusowe. Zbocza pokrywają sagowce i inne rosliny niskopienne. Z pewnością też, choć na pier2szy rzut oka tak to właśnie wygląda, nie jest to teren wymarły. Żyją tu m.in. rock wallabi – malutkie kangury żyjące na stromych skalistych zboczach górskich.

Góry te znane są przede wszystkim z przepięknych, zbudowanych z czerwonych skał, kanionów. A nad kanionami, grzbietami, idzie znany w całej Australii szlak Larapinta. Szliśmy jego fragmentami i nakrecilismy kilka ujęć ze szlaków, zobaczcie jak to tutaj wygląda:

Na szlaku Larapinta co kilka kilometrów wyznaczone są miejsca w których można rozbić namioty i rozpalić ognisko – można w ten sposób wędrować szlakiem wiele dni.

Dzień 21 (28 sierpnia)

Czerwony kanion Simpson’s Gap i Reptile Center ze strasznie uroczym „Molochem Straszliwym” 🙂

 

Dzień 20 (27 sierpnia)

Dojechaliśmy do Alice Springs!!! Pustynia, ale zimno, bo jesteśmy kilkaset m.n.p.m. i wokół góry. Ah, jak czerwono i skaliście!

Wieczorem poszliśmy na poszukiwania psów dingo i kangurów. Znaleźliśmy kilka legowisk kangurzych i sporo śladów, nawet 2 kangury przeskoczył y nam drogę, ale i yak byliśmy zawiedzeni, bo liczyliśmy najbardziej na psy dingo. Jeszcze ich ani razu nie widzieliśmy. Także jutro wieczorem wyruszamy na kolejną wyprawę poszukiwawczą – z tego co mówią właścicielki domku w którym mieszkamy, o zachodzie słońca mamy największe szanse.

Dzień 19 (26 sierpnia)

Devil’s Marbles

Dzień 18 (25 sierpnia)

Kopalnia złota Kaczyńskiego 😉

To już trzeci dzień drogi przez pustkowia, do Alice Springs wciąż jeszcze 500 km. Oj ciężko tak codziennie składać namiot, pakować cały dobytek i jeszcze wyjechać zanim upał wykończy nas przy tych porannych czynnościach… Po jakiejś godzinie jazdy budzi się Wanda i musimy się zatrzymać, żeby mogła trochę poraczkować 😉 Zatrzymujemy się w Tennant Creek, gdzie czeka nas miła niespodzianka 🙂 Robimy sobie przerwę na krótki piknik nad Tennant Creek, wyjeżdżamy na wzgórze nad miasto, tak, żeby był jakiś widok. A tu okazuje się, że obok punktu widokowego znajduje się… kompleks kopalni złota! 😮 Większość z nich już nieczynna, ale rudy złota, które oglądamy robią wrażenie! No i jeszcze okazuje się, że PEKO, jedna z największych tutejszych kopalni, zatrudniająca 800 osób, była współwłasnością niejakiego … Kaczyńskiego, Polaka. W muzeum dowiadujemy się, że w mieście jedna z głównych ulic nosi jego nazwisko 🙂

Kopalnia złota Tennant Creek

W Tennant Creek oglądamy również kościół, który zbudowano z części innej świątyni, wcześniej służącej wiernym w miejscowości oddalonej o jakieś 300 km. Rozłożono tam kościół na części i zapakowano na ciężarówkę:

Tennant Creek co zobaczyć

Niestety nie było im dane dojechać cało do Tennant Creek – powódź zatrzymała ciężarówkę w drodze, a część ładunku spłynęła wraz z rzeką … Następna informacja dobrze obrazuje trudności, z jakimi borykali się mieszkańcy tych terenów, do czasu budowy asfaltowej nawierzchni: po powodzi jezdnia wysychała kilka dobrych miesięcy – dopiero po tym czasie transport mógł ruszyć dalej. W końcu transport dotarł szczęśliwie na miejsce, a kościół ten 50 lat później odwiedziła … Matka Teresa z Kalkuty.

Dzień 17 (24 sierpnia)

Pustynna Australia: słońce, które wypala skórę

Jedziemy dalej w stronę Alice Springs. Wokół nas zupełna pustka: sucho, krzaki i gdZieniegdzie tylko jakieś mizerne drzewko dzielnie walczy o przetrwanie. Z atrakcji po drodze mijamy dwie farmy – na bezkresnych pastwiskach wychudzone stada krów.

Po 100 km budzi się Wanda, mamy szczęście, bo akurat w miejscu w któryn nagle, po 350 km pojawia się zasięg internetowy. To miejscowość Elliot: urządzamy sobie piknik przy stacji benzynowej pełnej … pawi, próbujących zjeść wszystko w zasięgu ich dziobów: w tym klocki lego. Po solidnym popasie i masowym wrzucaniu filmów, zdjęć i postów (wihiii zasieg internetowy pierwszy raz od 350 km!), ruszamy w dalszą drogę. Nagle krajobraz zaczyna się gwałtownie zmieniać: znikają ostatnie rachityczne drzewa, a ziemia zamienia się w czerwony piach pokryty niskimi krzakami. Wjeżdżamy na tereny półpustynne.

Po 150 km zatrzymujemy się na nocleg w rozgrzanym do czerwoności kempingu Banka Banka. Słońce dosłownie wypala skórę. Coś niesamowitego i przerażającego. Dziwne to uczucie, bo nie jest w cale bardzo gorąco, jakieś 31-32 stopnie, w cieniu bardzo przyjemnie. Skąd więc to uczucie palenia na słońcu? Dopiero wjeżdżamy w teren półpustynny, ciekawe co się będzie działo jak dotrzemy do samego serca Australii…

Dzień 16 (23 sierpnia)

Dziś drugi dzień moczymy się i lenimy w gorących wodach w regionie Mataranka. Wczoraj BitterSprings , a dzisiaj RainbowSprings w magicznym lesie palmowym w Elsey National Park. Po południu wsiadamy w samochód i dłuuuga prosta na południe (250 km). Nocujemy na campingu w Dunmarra – brak grilla i basenu, mimo wyszczególnienia takowych w opisie na aplikacji WikiCamps :/, ale za to awionetki i piękne drzewo butelkowe. Dzieci śpią już smacznie w namiocie (te ciepłe kąpiele naprawdę dobrze usypiają nam dZieci ;)), a ja czytam książkę The Beginners Guide to Aboriginal Art. Dzięki niej odkrywam zasadę odczytu rysunków naskalnych Aborygenów i … teraz każda kropka i kreska na rysunku, każde zwierzę nie jest już po prostu ładnym obrazkiem, ale .. układa się w całą historię! Nakręcimy o tym niedługo filmik.

Tego wieczora znów oglądamy gwiazdy i widać ciągnącą się przez całe niebo drogę mleczną! Paweł robi zdjęcie jej fragmentowi – popatrzcie sami, zdjęcie jak z teleskopu Hubble’a!

Tego wieczora znów oglądamy gwiazdy #stargazing #australia i widać ciągnącą się przez całe niebo drogę mleczną! Paweł robi zdjęcie jej fragmentowi – popatrzcie sami, zdjęcie jak z teleskopu Hubble’a!

Z gwiazdozbiorów, które dobrze widać bardzo podoba nam się oczywiście Krzyż Południa, ale też Żuraw (naprawdę wygląda jak ptak!), Corona Australis (pełna elipsa!) i Corona Borealis (łuczek).

Dzień 15 (22 sierpnia)

Gorąca rzeka Bitter Springs i spotkanie z Polakami. A wieczorem dziki outback w pełni – show z biczami (whiping show): Nathan Whippy Griggs:

Dzień 14 (21 sierpnia)

Wyruszamy na południe – 1500 km i 5 dni drogi przez odludzia przed nami.

Pine Creek – piknik i dojazd popołudniu do Katherine Gorge – kanionów wypełnionych rzeką:

Wreszcie koniec komarów i (chwilowy?) koniec upałów.

Dzień 13 (20 sierpnia)

Rozgwieżdżone niebo  i aborygeńskie ścieżki snów

To nasz ostatni dzień w gorącym, tropikalnym Parku Kakadu. Jutro rozpoczynamy 1500 km trasę do Red Center – serca kontynentu.

Nadszedł wieczór i nad nami znów niewyobrażalnie rozgwieżdżone niebo. Park Kakadu zajmuje powierzchnię równą obszarowi Izraela, a na jego terenie znajduje się tylko jedno miasteczko – możecie wyobrazić sobie jaką widoczność zapewnia taka izolacja od sztucznego światła. Niewiele jest już takich miejsc na świecie. Na nieboskłonie niepodzielnie króluje ogromny gwiazdozbiór Skorpiona: widoczny jest długi, zakręcony ogon, korpus, głowa i szczypce.

Pierwszy raz w życiu jesteśmy w stanie dostrzec każdą, każdziusieńką gwiazdę i zobaczyć pełen gwiazdozbiór – kropka w kropkę jak na mapie nieba.

Nocujemy bardzo blisko Ziemi Arnhema (Arnhem Land), czyli obszaru wielkości połowy Polski, które NIGDY nie zostało zasiedlone przez Europejczyków. Tak więc kilkadziesiąt kilometrów od nas, w tej samej dżungli, na te same gwiazdy, patrzą z nami „dziko” żyjące plemiona Aborygenów.

Czy to nie ekscytujące? Usiądźcie wygodnie, zamknijcie oczy i wyobraźcie ich sobie.

Palmy, eukaliptusy, pradawne cykady, paprocie. W oddali, w świetle gwiazd można dostrzec rozlewiska East Alligator River, która jest głównym źródłem pożywienia tego plemienia. Obóz Aborygenów nie jest ustawiony w bezpośrednim sąsiedztwie rzeki, ze względu na zagrożenie ze strony czterometrowych bestii – krokodyli różańcowych. Kilka szałasów z trawy ustawiono w kształt okręgu wokół dużego, wspólnego ogniska. To szałasy jednej, dużej rodziny, złożonej z rodziców, dzieci, ich wujków, cioć i dziadków. Dzieci pewnie juz smacznie śpią, a dorośli siedzą blisko ognia, pozwalając, aby dym ochronił ich ciała przed kąsającymi chmarami komarów. Dziadek lub babcia snuje opowieść. Pewnie to kontynuacja historii, którą zaczeli opowiadać dobre kilka dni temu. Może to być na przykład opowieść o siostrach morderczyniach zamienionych w krokodyle, albo jedna z tych opowiadających o ścieżkach snu Tęczowego Węża (The Rainbow Serpent).

Oprócz dzieci przy jasnym świetle ogniska brakuje jeszcze kogoś. To jeden z najmłodszych członków plemienia, który wkraczając w dorosłość, wyruszył w rytualną wędrówkę „walkabout”. Może trwać od kilku tygodni do nawet roku, a w jej trakcie młody Aborygen przemierza samotnie swoją własną wariację ścieżki snów Tęczowego Węża lub innego ducha z czasów stworzenia. Nikt z nas, białych do końca nie potrafi wytłumaczyć dlaczego przemierza on taką, a nie inną drogę. Jednak Aborygeni dokładnie wiedzą, którędy prowadzi ich własna ścieżka. Brzmi to dla nas nieprawdopodobnie, ale tak właśnie jest. Walkabout jest więc czasem połączenia się z duchami stworzycielami i przodkami, a jednocześnie czasem dorastania i doskonalenia sztuki przetrwania w buszu i na pustyni.

Dwa akapity wyżej wspomnieliśmy o ścieżkach snu. Pora wyjaśnić czym są.
Ścieżki snu to termin kluczowy dla zrozumienia kultury i duchowości Aborygenów, a jednocześnie trudny do zrozumienia dla nas, Europejczyków. Ścieżki snu to drogi, które przebyły duchy w czasach tworzenia świata. Duchy te tworzyły świat i są przodkami wszystkich Aborygenów. Dreaming sites to miejsca, w których duchy zatrzymały się aby odpocząć lub przekazać jakąś ważną naukę ludziom, pisząc (ten czasownik lepiej określa rolę malowideł niż czasownik rysowanie) w skale.

#Ubirr #Nurlandji #DoKakadu #SeeKakadu #KakaduNationalPark #whattosee

Dzień 12 (19 sierpnia)

Pożar

Tej nocy totalnie spanikowaliśmy. Spędziliśmy ją na campingu w Parku Kakadu, wszystko niby pięknie: prysznice, kuchnia, basen i w ogóle luksusy jak się patrzy 😉 Tylko tak trochę dziwnie, bo drzewa przylegające wprost do naszego kwartału, zupełnie spalone…Ale okej, mówimy sobie, wiemy, że w Australii ogień to rzecz zupełnie normalna, i że busz podpala się regularnie w celu uniknięcia wybuchu niekontrolowanego pożaru. Pewnie wypalili pas buszu wokół campingu, żeby właśnie sam się nie zrobił.

No więc jesteśmy spokojni, nadchodzi noc, jest około północy. Mamy kłaść się spać, patrzymy sobie jeszcze z Pawłem na pięknie rozgwieżdżone niebo. Mój rozmarzony wzrok przesuwa się z nieba na busz, a tam …
– Paweł, popatrz, ktoś się rozbił poza campingiem i pali ognisko. Prawdziwy buszman!
A Paweł na to po chwili milczenia:
– Hania, ale tam nie ma żadnego człowieka, to nie ognisko tylko pożar!
😮
Zaczynamy czujnie się rozglądać i dostrzegamy małe ogniki na prawo i na lewo od pierwszego punktu, jedne dalej, drugie bliżej, kilkanaście metrów od naszego namiotu. Biegniemy zgłosić fakt pracownikom kempingu, ale niestety o tej porze wszystko zamknięte, i recepcja, i bar. Idziemy od namiotu do namiotu, od kampera do kampera, ale … wszyscy śpią, kemping wygląda jak wymarły. Chwilę w głowie kołacze mi się absurdalna, gorączkowa myśl, że może wszyscy już uciekli, ale na szczęście w tym momencie Paweł słyszy chrapanie dochodzące z jednego z namiotów 😉 Uspokajamy się trochę. Ale mimo wszystko przenosimy namiot trochę w głąb kempingu, zdala od linii buszu. Nastawiamy budzik na za godzinę i – co robić
– idziemy spać.

Następnego dnia pracownik recepcji kryjąc uśmiech objaśnia nam, że takie „tlenie się” buszu, to w Australii rzecz naturalna i że najprawdopodobniej to strażnicy Parku podłożyli ogień. Profilaktycznie.

Później wyczytujemy jeszcze, że Aborygeni podpalają busz „od zawsze”. Nazywają to „cleaning up” – czyszczenie buszu. Stare, wyschnięte trawy i drzewa płoną, po dwóch-trzech miesiącach ustępując miejsca młodym, zielonym pędom, które … przyciągają zwierzęta.

W ten sposób Aborygeni zapewniali sobie pewną dostawę zwierzyny łownej. To nic innego niż świadomy, dobrze zaplanowana „uprawa” lasy: cykliczne wypalanie i przenoszenie się na tereny obfite w zwierzynę, gwarantowały brak konieczności ciągłego poszukiwania nowych terenów łowieckich i wędrówek na duże odległości.

To była prawdziwa australijska historia, zupełnie „downunder” tutaj, prawda?

Dzień 11 (18 sierpnia)

Malowidła „X Ray” w Ubirr

Budzimy się już w KakaduNationalPark, na campingu w środku dżungli, zaraz obok granicy z regionem nalezacym do Aborygenów – Arnhen Land. Dzisiejszego poranka bardzo entuzjastycznie powitali nas najmniejsi jego mieszkańcy … My jednak nie byliśmy zadowoleni, domyślacie się pewnie dlaczego? To komary, a raczej tabuny, stada, chmary tych małych uprzykrzaczy. Tego już za wiele. Przeczytalismy przecież, że komary gryzą wieczorem, że dwie godziny od momentu zachodu słońca są najgorsze.

Dzień 10 (17 sierpnia)

Rozlewiskami o świcie – raj fotografów na Mary River

Dzisiejszej nocy co chwila się przebudzałam i to nie ze względu na szelesty dochodzące z dżungli. To mogły być jedynie większe ptaki takie jak orły, czy papugi kakadu, albo, najprawdopodobniej, wallabi, które całymi stadami podchodzą na camping.

Jedynymi niebezpiecznymi dla człowieka zwierzętami w Australii są malutcy i nie wydający słyszalnych ludzkim uchem zabójcy – pająki i węże. No więc dlaczego spałam niespokojnie, skoro mojej dziatwie nic nie zagraża, a jak zagraża to i tak nic nie poradzę? 😐 Ekscytacja! Czekała mnie wyprawa na rozlewiska, a tam mnóstwo egzotycznych ptaków do zobaczenia i uwiecznienia na zdjęciach. O godz. 6:15 wyruszyliśmy, tak żeby zdążyć na wschód słońca, które wschodzi ok. godz. 7.

Dzień 9 (16 sierpnia)

Paweł z Tomkiem jadą oglądać skaczące krokodyle na Adelaide River, a my z Wandą odpoczywamy na campingowym basenie w Corrabori Camping.

Dzień 8 (15 sierpnia)

Skalne kaniony Tolmer Falls i wieczorna wyprawa offroad – czerwony pył Australii w końcu pod naszymi kołami

Dzisiaj nasz ostatni dzień w Litchfield Park, więc zaplanowaliśmy krótką, godzinną trasę, mały piknik i powrót do domu. Tym bardziej nie chcieliśmy dzisiaj męczyć dzieci, że na najbliższe dni prognozowana jest FALA KOSZMARNYCH UPAŁÓW 😒 Od piątku ma być 36-37 stopni, przynajmniej do poniedziałku. A my akurat:

× zaczynamy nocować pod namiotem,
× będziemy tak biwakować przez najbliższe dwa tygodnie,
× jedziemy na przyoceaniczne mokradła (wetlands) – czyli bedzie nie dość, że gorąco to jeszcze wilgotność i pełno much i komarów 👍

Także zasłużyliśmy dzisiaj na dzień odpoczynkowy, który spędziliśmy przy Tolmer Falls:

Trasa była zaskakująca. Myśleliśmy, że widzieliśmy już wszystko w parku Litchfield, w końcu byliśmy i przy wodospadach i szliśmy przez suchy busz eukaliptusowy i przez wilgotną dżunglę. A tutaj zupełnie inna roślinność, z czego najciekawsze chyba Cycades, czyli rodzaj paprocio-palm, które przetrwały od czasów dinozaurów! Dodamy, że nie występują na żadnym innym kontynencie. Wyglądają tak:

Zupełnie jakbyśmy się przenieśli do czasów dinozaurów. Tomek był zachwycony 🙂

A potem ścieżka wyszła na grzbiet tutejszych gór stołowych. Było bardzo gorąco, ale widoki rekompensowały zmęczenie: klocki skalne „poustawiane” jedne na drugich w wysokie, chybotliwe (?) wieże:

A pod nimi wysoki, stromy kanion, którym płynie Tolmer Creek wprost w otchłań urwiska. Jeszcze chwila i dojdziemy do Tolmer Falls. Nie dziwimy się, że Tolmer Falls są najczęściej fotografowanym miejscem w Litchfield Park: głęboki kanion zakończony kilkunastometrową ścianą, po której spływa wodospad, wprost do błękitnego jeziora. Na dodatek jezioro, w miejscu dotykającym ściany wodospadu, znika w czeluściach potężnej, wysokiej na kilkanaście metrów jaskini:

Tolmer Falls Litchfield Park

Na koniec dnia pojechaliśmy jeszcze poczuć choć trochę prawdziwy outback – skręcilismy z asfaltówki w cudną, czerwoną, pylistą drogę. Wokół nas wysoki na półtora-dwa metry złoty szpaler traw, a za nimi już australijska dżungla, czyli wysokie eukaliptusy i akacje poprzeplatane wystrzeliwującymi ze świeżo nadpalonej ziemi rosochatymi, intensywnie zielonymi kogutamk młodych palm, pradawnych sagowców i innych paprociowato-skrzypiastych roślin.

A nad tym wszystkim, jakby było mało, przepiękna czerwona tarcza slońca:

Ahh to był dzień. Dobranoc!

Dzień 7 (14 sierpnia)

Jak wędrować po górach w tropikalnym upale

Dzieci w końcu, po tygodniu od przyjazdu do Australii, w miarę przestawione na nowy czas. Dzięki temu dzisiaj udało się nam, tak jak sobie obiecywalismy od kilku dni, wstać wcześnie. Nooo i to był strzał w dziesiątkę! Temperatury w środku dnia są tutaj tropikalne, ale co zaskakujące, do samego południa temperatura oscyluje wokół 24-26 stopni. Dodajcie do tego chłodne powiewy wiatru i mamy bardzo dobre warunki do pieszych wędrówek 😊 Dzięki temu mieliśmy bardzo fajny półtoragodzinny trek od podnóża do szczytu wodospadu Wangi Falls.

Wyjście w południe na wycieczkę w tropikalnej, północnej części Australii odpada. Tutejsze słońce pali o tej porze tak mocno, że ma się uczucie ciągłego pragnienia. Suchość i palenie w gardle non stop praktycznie, nic przyjemnego.

Aha, myślicie sobie, w takim razie najlepiej wyspać się, zjeść wczesny obiad i dopiero ruszyć w trasę. Taaak, też mieliśmy taki sprytny plan, ale akurat w Australii się on nie sprawdzi :/ Dlaczego? W Australii praktycznie nikt nie jeździ samochodem po zmroku. Akurat wtedy uaktywniają się kangury, które w szalonym tempie przebiegają przez drogi. A spotkać kangura zaraz przed swoją maską jest na Antypodach sprawą bardzo prostą – kangurów w Australii jest kilka milionów 😮

A propos spotykania zwierząt na drodze, to dwa dni temu nagle drogę przebiegło nam takie!

Emu

Filmik z emu ⤵

Dzień 6 (13 sierpnia)

Dzień 5 (12 sierpnia)

Nasz pierwszy dzień na australijskim outbacku: żar buszu i strefa sacrum.

Skwar leje się z nieba. Wyschnięte drzewa z utęsknieniem oczekują końca pory suchej. Eukaliptusy, stanowiące główną część drzewostanu australijskiego buszu, jakimś cudem wciąż są jeszcze zielone, ale wokół nich w niemym krzyku o łyk wody stoi wiele bezlistnych kikutów innych, gorzej radzących sobie z suszą gatunków. Gdyby nie pot co chwilę ocierany z czoła, to można by pomyśleć, że rozpościera się przed nami jakiś nietypowy, ale wyraźnie zimowy krajobraz. Surowo i smutno.
Tak właśnie wygląda większość stanu Northern Territory, a więc obszaru powierzchniowo równego Niemcom, Francji i Hiszpanii razem wziętych. Mniej więcej dwa razy tyle, to cześć Australii pokryta pustynią (praktycznie cały stan Australia Zachodnia i Australia Południowa). Tylko kilka procent tego kontynentu to ziemia nadająca się pod uprawę i dobrze nawodniona – tereny stanu Wiktoria, Nowa Południowa Walia i malutki fragment Australii Zachodniej.

Nic więc dziwnego, że tereny położone wzdłuż śródpustynnych i śród sawannowych potoków, uważane są przez Aborygenów za miejsca święte.
Teren #LitchfieldNationalPark skrywa w głębokich kanionach, rysach przecinajacych sawannę, kilkadziesiąt takich miejsc.
Schodząc z rozgrzanego do czerwoności eukaliptusowego płaskowyżu wgłąb wilgotnych, wybuchajacych zielenią wąskich dolin, można zrozumieć, dlaczego właśnie te miejsca są dla pierwotnych ludów Australii strefą sacrum.
To pewnie w takich miejscach gromadziły się plemiona, aby odegnać złe duchy i uleczyć chorych.

Dzień 4 (11 sierpnia)

Aborygeńskie cuda kropką malowane i spotkanie z nietoperzami

W końcu dzieci przespały spokojnie noc i dzięki temu udało się nam dotrzeć na wymarzony #DarwinAboriginalArtFestival 😍 To było coś! Zresztą sami zobaczcie na 🎥, który nagraliśmy ⤵

View this post on Instagram

Dzień 4 Aborygeńskie cuda kropką malowane i spotkanie z nietoperzami W końcu dzieci przespały spokojnie noc i dzięki temu udało się nam dotrzeć na wymarzony #DarwinAboriginalArtFestival 😍 To było coś! Zresztą sami zobaczcie na 🎥, który nagraliśmy – zwiedźcie wystawę razem z nami 😊 Niby wiedzieliśmy, że w Australii mieszka bardzo wiele, mocno różniących się językiem i kulturą plemion. Ale mimo to nie byliśmy przygotowani na wielość stylów wykonania obrazów, rękodzieła i tkanin, które można było zobaczyć podczas #DAAF 😮 Wspaniale było móc też zobaczyć na własne oczy jak te obrazy powstają: zwykła kropka po kropce, a jednak tylko prawdziwy artysta może stworzyć takie dzieła. Wiemy co mówimy, bo mieliśmy okazję spróbować. Jak widzicie na zdjęciach Tomek zawzięcie tworzy swoje dzieło na wysuszonym owocu, właśnie w trakcie DAAF (wcześniej podpatrzył jak malują dzieci aborygeńskie przy stoliku ;)). #Aborygeni #aboriginalart #travelblogger #travel #instatravel #travelphoto #australiatravels #polacywaustralii #rodzinnewakacje #rodzinawpodróży #australiazdzieckiem #australiazwiedzanie #antypody #northernterritory

A post shared by Gdzie Lamy Mówią Dobranoc (@gdzie_lamy_mowia_dobranoc) on

Niby wiedzieliśmy, że w Australii mieszka bardzo wiele, mocno różniących się językiem i kulturą plemion. Ale mimo to nie byliśmy przygotowani na wielość stylów wykonania obrazów, rękodzieła i tkanin, które można było zobaczyć podczas #DAAF 😮 Wspaniale było móc też zobaczyć na własne oczy jak te obrazy powstają: zwykła kropka po kropce, a jednak tylko prawdziwy artysta może stworzyć takie dzieła. Wiemy co mówimy, bo mieliśmy okazję spróbować. Tutaj Tomek zawzięcie tworzy swoje dzieło na wysuszonym owocu, właśnie w trakcie DAAF:

Po południu zdążyliśmy dojechać jeszcze świeżo wynajętym samochodem (będzie nam towarzyszył przez najbliższe 3 tygodnie) do miejscowości #Batchelor położonej u wrót #LitchfieldNationalPark, godzinę drogi od Darwin.

Miejscowość Batchelor jak wymarła, klimatem przypomina nam poradzieckie miejscowości z Kirgistanu, czy Armenii. To miasteczko górników kopalni uranu, zamkniętej jakieś 30 lat temu. No tego w Australii się nie spodziewaliśmy, super, lubimy takie „zardzewiałe” klimaty 😉

No i jakby było mało wrażeń na ten dzień, przy głównej drodze miasteczka zauważyliśmy drzewo całe w jakiś dziwnych, wiszących na gałęziach ptakach… Tak, macie rację, to były nietoperze! 😊

Nietoperze

Dzień 3 (10 sierpnia)

Przygotowania do wyjazdu w Outback

Dzień 3 naszego pobytu w Darwin właśnie dobiega końca (u nas godz. 19). Poprzedziła go niezwykle intensywna noc :p – Wanda poszła spać o północy, a potem i Tomek i Wanda obudzili się … dwie godziny później w świetnych humorach i balowali do 4:30 😐 😂 Także udało się nam zwlec z łóżek wielkim wysiłkiem o g. 10.00. No a później poszliśmy na wielki shopping – przygotowania do biwakowania. I tu już było miło 😊 W sklepie mnóstwo różnych nacji: Azjaci, Oceania no i oczywiście Aborygeni 😊 Sklep turystyczny świetnie zaopatrzony, a ceny takie jak w Polsce – także jak się będziecie wybierać do Australii nie ma co płacić za nadbagaż – warto kupić na miejscu 🙂 No i można pooglądać sobie takie wynalazki jak Sprzęt do oddawania moczu na stojąco DLA KOBIET💪 (reklamowany jako niezwykle przydatny: na wycieczce, w korku … 😜)https://www.mitchellsadventure.com/product/shewee-extreme/shewee.aspx, czy ZESTAW DO SZUKANIA ZLOTA w rzekach 😮👑🔎
Jak dotarlismy do domu okazało się, że za godzinę będzie ciemno – tutaj wieczna równonoc, słońce wstaje o godz.7.00 i zmrok zapada o 19.00. No to idziemy na nocny spacer: pewnie będzie słychać skrzeczenie wszechobecnych tutaj papug 🙂 A jutro tańce Aborygenów, a potem wynajem samochodu i opuszczamy wybrzeże mknąc #StuartHighway na południe, wgłąb tropikalnego buszu, wprost do #LitchfieldPark. A tam już tylko dżungla, wodospady, krokodyle i wielkie kopce termitów.

Dzień 2 (9 sierpnia)

Rozwiewamy nasze obawy co do stad krwiożerczych komarów czekających na nasz fałszywy ruch 😉

Odwiedzając aptekę zgadujemy się z jej pracownikiem na temat wyjazdu wgłąb lądu. Okazuje się, że był w #KakaduNationalPark kilka tygodni temu i rozwiewa nasze obawy dotyczące komarów. Okazuje się, że w lipcy i sierpniu praktycznie ich nie ma, jego nie ugryzł nawet jeden, mimo że nie używał żadnych repellentów. Kamień z serca, bo już wyobrażaliśmy sobie duszne wieczory w namiocie razem z naszą rozbrykaną dwójką. I to już od godziny 19, bo wtedy zapada zmrok plus bez jedzenia, bo przywabia pająki i węże. Huuuuu. Ulga. Duża.

Dzień 1 (8 sierpnia)

Witaj Australio!

Około godziny 5.00 lądujemy w Darwin – stolicy regionu Norther Territory, zajmującego powierzchnię równą Francji, Niemiec i Hiszpanii razem wziętych. Jesteśmy oczywiście świezi, pachnący i wypoczęci. Dlatego po przyjeździe do wynajętego przez Arb’n’b mieszkania padamy na łóżka i budzimy się około pierwszej po południu. Tego dnia jest jeszcze dość czasu na pierwszy spacer. Zachłystujemy się pierwszym w naszym życiu tropikalnym otoczeniem: palmy, palmy plus jakieś pachnące cytrusowo kwiaty, wyglądem przypominające te znane z filmów o Oceanii. Do tego dzikie krzyki ptaków, zupełnie nieznane, niezwykłe. Jedne brzmią jak szczekanie małych szczeniaczków, inne jak krzyk dziecka. A wszystkie razem robią wiele hałasu. A przeciez jeszcze nawet nie zdążyliśmy wyjechać z miasta. Ciekawe co w takim razie będzie się działo w głębi lądu, zdala od dużych siedlisk ludzkich? Aż ciarki przechodzą z radości na te wszystkie piękne skrzydlate ujęcia.

Rozgwieżdżone niebo  i aborygeńskie ścieżki snów

To nasz ostatni dzień w gorącym, tropikalnym Parku Kakadu. Jutro rozpoczynamy 1500 km trasę do Red Center – serca kontynentu.

Nadszedł wieczór i nad nami znów niewyobrażalnie rozgwieżdżone niebo. Park Kakadu zajmuje powierzchnię równą obszarowi Izraela, a na jego terenie znajduje się tylko jedno miasteczko – możecie wyobrazić sobie jaką widoczność zapewnia taka izolacja od sztucznego światła. Niewiele jest już takich miejsc na świecie. Na nieboskłonie niepodzielnie króluje ogromny gwiazdozbiór Skorpiona: widoczny jest długi, zakręcony ogon, korpus, głowa i szczypce.

Pierwszy raz w życiu jesteśmy w stanie dostrzec każdą, każdziusieńką gwiazdę i zobaczyć pełen gwiazdozbiór – kropka w kropkę jak na mapie nieba.

Nocujemy bardzo blisko Ziemi Arnhema (Arnhem Land), czyli obszaru wielkości połowy Polski, które NIGDY nie zostało zasiedlone przez Europejczyków. Tak więc kilkadziesiąt kilometrów od nas, w tej samej dżungli, na te same gwiazdy, patrzą z nami „dziko” żyjące plemiona Aborygenów.

Czy to nie ekscytujące? Usiądźcie wygodnie, zamknijcie oczy i wyobraźcie ich sobie.

Palmy, eukaliptusy, pradawne cykady, paprocie. W oddali, w świetle gwiazd można dostrzec rozlewiska East Alligator River, która jest głównym źródłem pożywienia tego plemienia. Obóz Aborygenów nie jest ustawiony w bezpośrednim sąsiedztwie rzeki, ze względu na zagrożenie ze strony czterometrowych bestii – krokodyli różańcowych. Kilka szałasów z trawy ustawiono w kształt okręgu wokół dużego, wspólnego ogniska. To szałasy jednej, dużej rodziny, złożonej z rodziców, dzieci, ich wujków, cioć i dziadków. Dzieci pewnie juz smacznie śpią, a dorośli siedzą blisko ognia, pozwalając, aby dym ochronił ich ciała przed kąsającymi chmarami komarów. Dziadek lub babcia snuje opowieść. Pewnie to kontynuacja historii, którą zaczeli opowiadać dobre kilka dni temu. Może to być na przykład opowieść o siostrach morderczyniach zamienionych w krokodyle, albo jedna z tych opowiadających o ścieżkach snu Tęczowego Węża (The Rainbow Serpent).

Oprócz dzieci przy jasnym świetle ogniska brakuje jeszcze kogoś. To jeden z najmłodszych członków plemienia, który wkraczając w dorosłość, wyruszył w rytualną wędrówkę „walkabout”. Może trwać od kilku tygodni do nawet roku, a w jej trakcie młody Aborygen przemierza samotnie swoją własną wariację ścieżki snów Tęczowego Węża lub innego ducha z czasów stworzenia. Nikt z nas, białych do końca nie potrafi wytłumaczyć dlaczego przemierza on taką, a nie inną drogę. Jednak Aborygeni dokładnie wiedzą, którędy prowadzi ich własna ścieżka. Brzmi to dla nas nieprawdopodobnie, ale tak właśnie jest. Walkabout jest więc czasem połączenia się z duchami stworzycielami i przodkami, a jednocześnie czasem dorastania i doskonalenia sztuki przetrwania w buszu i na pustyni.

Dwa akapity wyżej wspomnieliśmy o ścieżkach snu. Pora wyjaśnić czym są.
Ścieżki snu to termin kluczowy dla zrozumienia kultury i duchowości Aborygenów, a jednocześnie trudny do zrozumienia dla nas, Europejczyków. Ścieżki snu to drogi, które przebyły duchy w czasach tworzenia świata. Duchy te tworzyły świat i są przodkami wszystkich Aborygenów. Dreaming sites to miejsca, w których duchy zatrzymały się aby odpocząć lub przekazać jakąś ważną naukę ludziom, pisząc (ten czasownik lepiej określa rolę malowideł niż czasownik rysowanie) w skale.

Pożar !

Pożar

Tej nocy totalnie spanikowaliśmy. Spędziliśmy ją na campingu w Parku Kakadu, wszystko niby pięknie: prysznice, kuchnia, basen i w ogóle luksusy jak się patrzy 😉 Tylko tak trochę dziwnie, bo drzewa przylegające wprost do naszego kwartału, zupełnie spalone…Ale okej, mówimy sobie, wiemy, że w Australii ogień to rzecz zupełnie normalna, i że busz podpala się regularnie w celu uniknięcia wybuchu niekontrolowanego pożaru. Pewnie wypalili pas buszu wokół campingu, żeby właśnie sam się nie zrobił.

No więc jesteśmy spokojni, nadchodzi noc, jest około północy. Mamy kłaść się spać, patrzymy sobie jeszcze z Pawłem na pięknie rozgwieżdżone niebo. Mój rozmarzony wzrok przesuwa się z nieba na busz, a tam …
– Paweł, popatrz, ktoś się rozbił poza campingiem i pali ognisko. Prawdziwy buszman!
A Paweł na to po chwili milczenia:
– Hania, ale tam nie ma żadnego człowieka, to nie ognisko tylko pożar!
😮
Zaczynamy czujnie się rozglądać i dostrzegamy małe ogniki na prawo i na lewo od pierwszego punktu, jedne dalej, drugie bliżej, kilkanaście metrów od naszego namiotu. Biegniemy zgłosić fakt pracownikom kempingu, ale niestety o tej porze wszystko zamknięte, i recepcja, i bar. Idziemy od namiotu do namiotu, od kampera do kampera, ale … wszyscy śpią, kemping wygląda jak wymarły. Chwilę w głowie kołacze mi się absurdalna, gorączkowa myśl, że może wszyscy już uciekli, ale na szczęście w tym momencie Paweł słyszy chrapanie dochodzące z jednego z namiotów 😉 Uspokajamy się trochę. Ale mimo wszystko przenosimy namiot trochę w głąb kempingu, zdala od linii buszu. Nastawiamy budzik na za godzinę i – co robić
– idziemy spać.

Następnego dnia pracownik recepcji kryjąc uśmiech objaśnia nam, że takie „tlenie się” buszu, to w Australii rzecz naturalna i że najprawdopodobniej to strażnicy Parku podłożyli ogień. Profilaktycznie.

Później wyczytujemy jeszcze, że Aborygeni podpalają busz „od zawsze”. Nazywają to „cleaning up” – czyszczenie buszu. Stare, wyschnięte trawy i drzewa płoną, po dwóch-trzech miesiącach ustępując miejsca młodym, zielonym pędom, które … przyciągają zwierzęta.

W ten sposób Aborygeni zapewniali sobie pewną dostawę zwierzyny łownej. To nic innego niż świadomy, dobrze zaplanowana „uprawa” lasy: cykliczne wypalanie i przenoszenie się na tereny obfite w zwierzynę, gwarantowały brak konieczności ciągłego poszukiwania nowych terenów łowieckich i wędrówek na duże odległości.

To była prawdziwa australijska historia, zupełnie „downunder” tutaj, prawda?

Aborygeni tuż tuż!

Mam anginę, na nogę spadł mi karnisz gdy próbowałam zasłonić zasłonę dziecku żeby w końcu zasnął, ale wiecie co? Whatever! Właśnie przeczytaliśmy, że akurat jutro rusza w Darwin, czyli miejscowości w której właśnie jesteśmy, trzydniowy FESTIWAL KULTURY ABORYGEŃSKIEJ👉😮

Chyba najbardziej cieszymy się na pokazy tradycyjnych tańców, wykonywanych przez plemiona Aborygenów: wystąpią tancerze z różnych wysp rozrzuconych na Oceanie Indyjskim, wzdłuż północnego wybrzeża Australii i Ci z Queensland (płn. Australia, tropiki).

A próbkę tego jak to może wyglądać macie tutaj – dzisiaj w telewizji znaleźliśmy 🙂

Hawaje – tygiel kulturowy w raju. Wywiad! :)

Ostatnio odwiedziła nas ciocia z Hawajów 🙂 Tzn. mieszkała tam dobrych kilka lat, pracując w branży hotelarskiej, a obecnie mieszka już w kontynentalnej części Stanów Zjednoczonych. Na Hawajach do przedszkola i szkoły uczęszczał jej syn, mój kuzyn 🙂

Pomyślałam, że nadarza się wyjątkowa okazja, żeby usłyszeć trochę o tym rajskim zakątku od osoby, która poznała go od podszewki. Tak więc ciocia wylądowała na naszej kanapie poczęstowana nie tylko ciastem, ale również garścią pytań o Hawaje 😉

Poniżej zapis tego wywiadu – gorąco zapraszam do lektury 🙂

Brakuje Wam Hawajów? Czego najbardziej?

Ciocia: Tak brakuje, najbardziej uroku tego rejonu, ciepła i wrażenia, że jest się “w paradise”,  jakby cały czas na urlopie.

Plik:Punaluu Beach Park, Big Island, Hawaii.jpg

A czego najmniej? 😉

Ciocia:  Ruchu drogowego (!), który zabiera godzinę na przejechanie 20 minutowego odcinka drogi i to  w godzinach poza szczytem. Nie brakuje mi również turystów, którzy potrafią się zatrzymać na środku drogi aby podziwiac krajobraz 😉

File:Coast of Kauai, Hawaii.jpg

Jakie różnice w codziennym życiu są najbardziej zauważalne pomiędzy Hawajami, a kontynentalnymi Stanami Zjednoczonymi?

 

Zaczynamy od najważniejszego, czyli …

… Czas wolny! 

Ciocia:  Czas wolny spędza się na zewnątrz, na świeżym powietrzu. Wszystkie plaże są publiczne, jest mnóstwo parków. Miejscowa ludność często koczuje w czasie weekendów z rodzinami w parkach przy plaży. To tak jakby pojechać pod namiot w góry pod Zakopane, tylko że zamiast gór jest morze w odległości 10 metrów.

Surfowaniem zajmuje sie głównie młodzież. Jest powiedzenie, że jak dużo ludzi “call -in sick in Am” to znaczy, że jest Duży Surf 😀 Surfują tez starsi, ale to juz na weekend lub po pracy, jak sa odpowiednie warunki.

File:Eddie Aikau Big Wave Invitational Surf Contest Waimea Bay Hawaii Febrary 2016 (24982900920).jpg

Często się chodzi do kina i na zakupy w weekend. Po pracy to już dom i kolacja.  Ja dość często chodziłam w weekend do parku nad morzem poczytac książkę, wiaterek od morza jest chłodzący i zapach kwiatów/drzew ujmujący (mmmm!). Tego się nie doświadczy na mainland USA. Jeżeli chodzi o dzieci, to jest bardzo podobnie jak na mainland; popularne jest baseball, football i dużo dzieci uczestniczy w zajęciach i“meczach =games”.


Drooogo! Ale za to dużo ananasów, kawy i orzechów 🙂


Ciocia:  Ceny na podstawowe produkty żywnosciowe, np. mleko, są często dwa razy wyższe niż ceny na kontynencie. Prawie wszystkie produkty sprowadza sie z kontynentu. Produkuje sie niewiele na wyspach; ananasy, kawa, orzechy to główne produkty eksportowe.


Szkoła na Hawajach

Ciocia:  Jest bardzo duże zróżnicowanie w kształceniu na Hawajach. Sa bardzo drogie prywatne szkoły i.e. Punahou w Honolulu, które stoją na wysokim poziomie. Szkoły publiczne mają niski poziom. Public schools również nie dają bezpieczeństwa dzieciom i uczęszcza do nich biedna ludność. Charter schools that behave like public schools, but have more funds from state, mają wysoki poziom, ale trudno sie do nich dostać. Jest równiez Kamehameha school, która jest na wysokim poziomie i za darmo, ale żeby sie do niej dostać trzeba mieć pochodzenie hawajskie. Mój syn był w prywatnym przedszkolu i również w prywatnej katolickiej szkole, gdzie było dobre wykształcenie i szkoła was “safe”. Na kontynecie US szkoły państwowe w dobrym rejonie (not slums) są na dobrym poziomie i mój syn uczeszczał do publicznej elementary, middle school in Colorado and public high school in Arizona.



Płaca nie popłaca

Ciocia: …Płace na Hawajach są podobne do mainland i do expensive cities i.e. San Francisco, Boston. Jest wiele związków zawodowych “union”, które walczą o podwyżkę płac.

Jednak mimo to wiele osób ma dwie prace zeby związać koniec z końcem, ze wzgledu na drogie życie. Większość dorosłej ludności, głównie mężczyźni, np. kucharze, ochrona, pracownicy działu technicznego, mają po dwie prace, żeby móc utrzymać rodzinę.

 

A czy pamiętasz ciociu swoje pierwsze dni na Hawajach? Jakie były te zupełnie świeże, pierwsze odczucia?

 

Ciocia: Z poczatku po przyjeździe miejscowi ludzie odnoszą się z niechęcią do nowo przybyłych. Do białej ludności w szczególności, nazywaja nas Haole.

Ta nieprzychylność jest dostrzegalna w terenach mniej zaludnionych. Turyści tego nie odczuwają, bo oni są tylko czasowo/turystycznie, podczas gdy nowo przybyli threaten ludność, bo zabieraja im prace. Lepsze szanse na dostanie pracy mają ludzie z azjatyckiego pochodzeni,  niż z białej rasy. Zauważyłam to w rozmowach o pracę. Ma to pewne uzasadnienie, bo pracodawcy wiedza ze ludność tubylcza lub ci, którzy mają azjatycką rodzinę na Hawajach, w 99% procentach pozostaną na Hawajach do końca życia, a biały pobędzie parę lat i wyjedzie.

Na Hawajach ludzie są powiązani więzami rodzinnymi i trzymają się razem.

Nawet dalecy członkowie rodziny się znają i popierają wzajemnie. W pracy nigdy nie wiadomo kto się z kim zna i trzeba być czujnym, żeby nie popelnić jakiejś gafy – trzeba uważać to, co o kim się mówi w pracy, bo to bardzo szybko dojdzie do tej osoby przez powiązania rodzinne 😉

Czy te pierwsze odczucia zmieniły się z biegiem czasu?

 

Ciocia: Z biegiem czasu nastawienie miejscowej ludności się zmienia. Poprzez zaangażowanie w community works, i.e. uczestnictwo w “Charity Walk”, participating w team events, helping friends i.e. moving, aloha united way. Szacunek do miejscowej ludności jest również bardzo ważny. Dążenie do zgłębiania tradycji i obyczajów Hawaii, jak też ich przestrzeganie i asymilacja do  codziennego życia, jest bardzo ważne.

Noszenie sukienki mumu, używanie słów hawajskich i.e. aloha, mahalo, a hui hou. Podarowanie kwiatowej lei na wszelkie uroczystości.

File:King Kamehameha Day Lei Draping Ceremony Hawaii (35194484296).jpg

Czego uczą się dzieci w hawajskiej szkole? 🙂

Chodzi mi tu głównie o wiedzę o kulturze i historii – czy uczą się np. o japońskich imigrantach (Azjaci stanowią czterdzieści procent mieszkańców wysp, rdzenna ludność tylko  niecałe dziesięć), poznają ich kulturę, czy bardziej amerykańską, czy bardziej hawajską/polinezyjską?

Ciocia: Nauka w szkole jest według programu amerykańskiego z dodatkiem kultury/obyczajów hawajskich.

Czy na co dzień odczuwaliście niechęć Hawajczyków? A jeżeli tak, to jak się objawiała

Ciocia: Na co dzień nie odczuwaliśmy niechęci Hawajczyków. Nie ma również dzielnic, do których bialy nie mają wstępu. Niechęć może się wyrażać tym, że jeden Hawajczyk drugiemu pozwoli zaparkować na swojej posiadłosci, a białemu nie pozwoli. Nam się to nie zdarzyło.

Hawajczycy w swoim podejściu do życia są radośni i nie przejmują sie błachostkami (:)))

Czy problemem jest kolor skóry, czy raczej to że jest się „nowym” imigrantem?

Pamiętam z naszego ostatniego spotkania w Porębie (czyli jakieś 18 lat temu…) jak mówiliście o trudnej integracji białych z miejscową ludnością. Mocno wbiło mi się w pamięć, jak mówiliście o problemach kuzyna w szkole, właśnie z powodu koloru jego skóry. Patrząc teraz na spokojnie, z perspektywy osób już tam nie mieszkających, jak myślicie co było przyczyną takiego postępowania?  

Ciocia: Problem jest dla “nowych” imigrantów. Im bardziej się człowiek “udziela” w życiu codziennym i asymiluje z kultura i obyczajami, tym jest latwiej.

Czy na Hawajach istnieją silne ruchy separatystyczne, chcące oderwać wyspy od Stanów Zjednoczonych?

Ciocia: Jest jeden ruch separatystyczny od lat, który chce suwerennosci dla Hawaii . Nazywa sie ten ruch “Ke Ea Hawaii” . Nieraz na ulicy poza miastem widac transparenty, ale to jest rzadkie. Tylko garstka ludzi chce niezależności i powrotu do nie-komercyjnych Hawaii.

Jak myślisz, jakby wyglądało niepodległe hawajskie państwo?

Trudno mi wyobrazić sobie, jak miałoby funkcjonować to nowe, hawajskie państwo, szczególności ze względu na tak dużą przewagę liczebną obcokrajowców nad tubylcami. Nie byłoby tam przewodniego kodu kulturowego, trudno powiedzieć, o czyjej historii i kulturze miano by uczyc w szkołach…

Ciocia: Myślę,  że Hawaje by nie zaistniały jako państwo suwerenne, nie przetrwałyby, albo by wrócily do starych czasów ubóstwa.

I ostatnie pytanie dotyczące samej wyspy, a nie jej mieszkańców. Hawaje to wyspy wulkaniczne, często słyszy się w mediach o erupcjach. Czy na co dzień odczuwaliście zagrożenie?

 

Ciocia: Osobiście my tego nie odczuwaliśmy. Ruchy wulkaniczne są na Big Island i gdy jest erupcja wulkanu, dużo jest o tym w prasie i telewizji, ale to przechodzi jak sie wulkan “uspokoi”. My byliśmy na terenie wulkanicznym i czuć i widać tam potężną siłę wulkanów i zniszczeń jakich mogą dokonać. Jako ciekawostkę dodam:

  It is a bad luck to bring a rock from active vulcanic soil.

Na koniec jeszcze podziękowania.

Ciociu! Bardzo, bardzo dziękuję za to, że opowiedziałaś nam o hawajskich rajskich wyspach. Nie wiem, czy kiedykolwiek tam dotrzemy, ale dzięki Tobie możemy sobie choć troszkę wyobrazić jak się żyje w hawajskim raju 🙂 Dzięki! <3

Jak hijab może ocalić kobiety Zachodu? Urywki z zadziwiającej wypowiedzi ajatollaha Khameneiego

Przygotowując dla Was artykuł o Iranie natrafiłam na tekst, którego nagłówek przyciągnął moją uwagę, a jego zawartość sprawiła, że przecierałam oczy ze zdumienia, oto on:

„10 faktów Ajatollaha Khamenei: Czy hijab może ocalić kobiety Zachodu?”

Jest to zbiór wypowiedzi Ajatollaha Khameneiego na temat hidżabu i jego roli w życiu kobiety jak i całego społeczeństwa. Ciekawie się to czyta, niektóre fragmenty oczywiście szokują, wywołują oburzenie, ale moim zdaniem i tak warto je przeczytać. Po co? Żeby poznać przyczyny, dla których tak wiele kobiet na świecie zmuszana jest do szczelnego zakrywania swojego ciała. A jeżeli nie prawdziwe przyczyny, to przynajmniej sposób, w jaki próbuje się kobietom w krajach muzułmańskich wmówić, dlaczego powinny nosić hidżab i się nie buntować. Tak czy siak  polecam, w ramach poszerzania horyzontów, jak na prawdziwych podróżników przystało.

20 październik 2009

„Odsłaniając kobiety [kobiece ciało] cywilizacja zachodu nie stara się dać im wolności.  Zachód chce, aby kobiece ciało cieszyło męskie oko i żeby było wykorzystywane w niegodny sposób„.

3 stycznia 2008 

Hidżab jest dla kobiety zaszczytem. W przeszłości w większości krajów, nawet w Europie, dwieście, trzysta lat temu,  arystokratki nosiły na twarzach welon – formę hidżabu, który pozwalał im zasłonić się. Ten welon był dla kobiety zaszczytem. W starożytnej Persji również panowała taka sama zasada. Ale żony zwykłych mężczyzn nie nosiły welonów, nie było takiego nakazu. Wtedy wkroczył islam i zlikwidował tę dyskryminację i powiedział kobietom, że muszą nosić hidżab. W ten sposób prawo do noszenia hidżabu objęło wszystkie kobiety„.

„Teraz oskarżają nas o łamanie praw kobiet. A to oni powinni być potępieni. Oni są tymi, którzy powinni tłumaczyć się z wykorzystywania kobiet jako przedmiotu ich rozwiązłości. Wczoraj otrzymałem statystyki dotyczące przemocy w rodzinie. Pokazują one, że dwie trzecie kobiet na świecie jest bita przez  swoich mężów.  To jest przerażające. Ten rodzaj przemocy występuje głównie w rozwiniętych krajach Zachodu i jest efektem  wykorzystywania seksualnego, seksualnych oczekiwań mężczyzn w stosunku do kobiet„.

10 marca 1997

„Hidżab dostarcza kobiecie ochrony: nosząc hidżab, muzułmanki zapewniają ochronę zarówno sobie jak i mężczyznom.  Kiedykolwiek więc zabiera się hidżab kobietom, kiedykolwiek popycha się kobiety w kierunku nagości, odbiera się im w ten sposób bezpieczeństwo: po pierwsze im, a po drugie mężczyznom i ludziom młodym.  Islam nakazał kobietom nosić hidżab aby chronić zdrowe i bezpieczne środowisko życia, w którym kobiety mogą swobodnie wykonywać swoje zadania, a mężczyźni dopełniać swoich obowiązków” .

22 października 1997

„Przejawem królowania w świecie Zachodu patriarchatu jest fakt, iż świat ten chce aby kobiety służyły zaspokajaniu potrzeb mężczyzn. Dlatego właśnie mówią, że kobiety powinny się malować, właśnie po to, żeby dostarczać mężczyznom przyjemności! To jest patriarchat,  a nie wolność dla kobiet„.

Niestety, ich kultura rozpełzła się po całym świecie.  Przez ich zachowanie, w chwili obecnej, jednym z najważniejszych obowiązków kobiety jest pokazywanie się i służenie ich urody przyjemności mężczyzn. Te sprawy stały się najważniejszymi cechami, które są wskazane u kobiety (…) Z kolei hidżab i skromność sprawiają, że kobieta zyskuje szacunek, one dają kobiecie ochronę. [Ludzie Zachodu] odbierają  im tę  codzienną ochronę, ubierając ten akt w piękne słowa.  Pierwszą, albo może jedną z pierwszych konsekwencji takiego zachowania było zniszczenie i obniżenie roli rodziny [w społeczeństwie]”.

 

 

 

 

Do Iranu!

W związku z ostatnim zjazdem dotyczącym Bliskiego Wschodu, który odbył się w Warszawie, wiele mówiono nie tyle o tym, kto w nim uczestniczył, ile o tym, kogo na nim nie było, a mianowicie –  przedstawicieli jednego z największych i najważniejszych graczy w tym rejonie świata – Iranu. Przyczyna była oczywista – spotkanie w Warszawie było zjazdem sojuszników Stanów Zjednoczonych, które przecież zaliczają Islamską Republikę Iranu do tak zwanej Osi Zła.

Wtedy pomyślałam o Was. Dlaczego? No bo jeżeli w polskich mediach mówi się o Iranie, to w kontekście wyżej wymienionej „Osi Zła”, broni jądrowej, nienawiści do Żydów oraz braku poszanowania dla kobiet. Czyli przeciętny Polak na propozycję: a może na wakacje do Iranu? Zaśmieje się szyderczo i popuka w głowę. No a właśnie my, Lamy, nie popukamy, ale przybijemy piątkę. Uważamy, że odwiedzenie tego kraju jest bardzo dobrym pomysłem, a tym tekstem  chcemy Was do poznania tego kraju zachęcić.

Na początek obalmy kilka mitów związanych z podróżą do Iranu:

NIE!

  • Wrogie nastawienie do zachodnich turystów.
  • Nienawiść do osób wyznających judaizm – w samym Teheranie znajduje się kilkanaście synagog, liczna mniejszość żydowska żyje sobie w Iranie spokojnie i bezpiecznie.
  • Nie dogadam się!
  • Kosmyk włosów wysunął się spod chusty – idę do więzienia.

A teraz kilka najfajniejszych rzeczy w Iranie:

TAK!

  • Gościnność, której nie doświadczycie w turystycznych enklawach.
  • Miasta pustyni w których żyje się jak w średniowieczu.
  • Persowie i Persepolis – monumentalne zabytki w świetnym stanie
  • Pałace z tysiąca i jednej nocy, które można zwiedzać za przysłowiowy grosik.
  • Ogrody Babilonu. Istnieją nadal!
  • Słodyczowy zawrót głowy.
  • A także … pewnie jedna z niewielu okazji do poznania Afgańczyków – w Iranie mieszka wielu uchodźców z tego kraju – nam udało się poznać jednego z nich.

Iran zaskoczył nas wschodnim przepychem rodem z baśni 1001 nocy. Myśleliśmy, że ten świat można odnaleźć tylko na kartach książek dla dzieci, ale on istnieje naprawdę. W XXI wieku, w naszej globalnej wiosce, to właśnie tu, w Iranie, odnajdziecie ducha magii i dawnego orientu: pałace ociekające złotem i wyłożone tysiącem skrzących się malutkich lusterek, przyprawiające o zawrót głowy i przeczące rozsądkowi skomplikowanie formy wykładanych mozaikami ogromnych przestrzeni meczetów, jedyne w swoim rodzaju, tak odmienne od europejskich orientalne malowidła naścienne, czy całe sklepienia, drewniane, a powycinane tak misternie, jak papierowe serwetki. Popatrzcie:

Tego nie znajdziecie nie tylko w Paryżu, czy w w Mediolanie. Nawet w Stambule,  przecież niegdysiejszej stolicy Imperium Osmańskiego, nie znajdziecie tej magii, tego przepychu.

Oprócz zabytków średniowiecznych Iran ma jeszcze do zaoferowania zabytki liczące sobie dwa tysiące lat i więcej – w tym przede wszystkim, wspaniale zachowane, Persepolis – stolicę wybudowaną w pierwszym wieku przed naszą erą przez Dariusza I. Sami popatrzcie m.in. na te niezwykle charakterystyczne dla Persji płaskorzeźby:

No i jeszcze koniecznie musimy Wam pokazać kilka zdjęć z pustynnych miast – tutaj Jazd:

 

IRAN – A TO CIEKAWE!

  • Nie spotkasz zakochanych par chodzących za rękę, za to wielu … mężczyzn spacerujących w ten sposób z kolegami.
  • Jak męski shopping to tylko w Iranie: znajdziecie szalony wybór ubrań dla mężczyzn, dwa razy większy niż dla kobiet.
  • Męska rewia mody ( i stylizacji fryzjerskich) na ulicach.
  • Zestawy do ćwiczeń fitness na powietrzu w większości parków, obok placów zabaw dla dzieci.

Na koniec musimy dać Wam jednak jeszcze kilka przestróg – Iran pełen jest gościnnych, przyjaźnie nastawionych ludzi, ale trzeba pamiętać, że to zupełnie odmienny świat: kultura, religia, zwyczaje – kto ich nie uszanuje musi liczyć się z konsekwencjami swojej ignorancji.

UWAŻAJCIE WIĘC NA:

  • Wbitą pieczątkę z izraelską wizą – raczej wizy wjazdowej w takiej sytuacji nie dostaniecie – Żydzi mieszkający w Iranie to jedno, a państwo Izrael to zupełnie co innego
  • Publiczne okazywanie sobie uczuć, w tym również trzymanie się za rękę
  • Nocowanie pod namiotem w modelu koedukacyjnym
  • Rozmowy na tematy polityczne – lepiej dmuchać na zimne
  • Nakrycie głowy u kobiet jest obowiązkowe: kosmyk czy dwa mogą wystawać, ale chusta musi być tak samo, jak spodnie do kostek i rękawy przynajmniej do łokcia.

 

Beskidy mojego dzieciństwa dla Was: Sucha Polana, Kudłacze i Obserwatorium Astronomiczne na Lubomirze

Dzisiaj kilka pomysłów na jedniodniowe wypady z Krakowa, naszym celem jest pogranicze Beskidu Makowskiego oraz Wyspowego, teren pomiędzy Myślenicami a Wiśniową.

Uwaga! Zbliżamy się do celu podróży! Wokół nas łąki i zalesione szczyty. Horyzont zamyka ONA:  tajemnicza, wznosząca się wysoko nad nami, gęsto zalesiona przełęcz. Takie migawki pamiętam z dzieciństwa, z czasów kiedy przyjeżdżałam w odwiedziny do babci, do położonej na końcu asfaltowej drogi/końcu cywilizowanego świata, wsi Poręba. Nad nami wznosiła się przełęcz, Sucha Polana.

Sucha Polana pozostała w moim sercu do dzisiaj, a Was chciałabym zaprosić do odkrycia jej dla siebie.  Godzina samochodem od Krakowa i już jesteście na szlaku prowadzącym do niej.

W zimie można tu rozpalić ognisko i schronić się przed deszczem pod dużym, zadaszonym miejscem piknikowym, wiosną szukać krokusów, a latem rozbić namiot i po prostu leżeć, podziwiając niezanieczyszczony sztucznym światłem, rozgwieżdżony do granic możliwości nieboskłon.

Na Suchą Polanę najszybciej dostaniecie się idąc od strony Lipnika albo podjeżdżając do schroniska PTTK na Kudłaczach od strony Pcimia.

Godzinę drogi od Suchej Polany znajdziecie bardzo przytulne, malutkie schronisko na Kudłaczach. Rodziny z dziećmi mogą dojść tam króciutką trasą z Działku nad Porębą, samochód zostawiamy przy wejściu na szlak, trasa półgodzinna (z dziećmi około godziny).

Schronisko na Kudłaczach –  robią tam fajne slajdowiska i koncerty muzyki górskiej; za schroniskiem świetny punkt widokowy na Tatry i Babią Górę,  link do strony chatki tutaj.

Przed schroniskiem na Kudłaczach

Wycieczkę na Suchą Polanę możecie również uzupełnić odwiedzinami grobów partyzanckich na pobliskiej Łysinie, która stanowiła bazę lokalnych oddziałów AK (na Suchej Polanie odprawiali oni msze polowe!), lub zwiedzaniem obserwatorium astronomicznego na odległym o godzinę drogi Lubomirze, najwyższym szczycie Beskidy Makowskiego.

Pamiętam z dzieciństwa ruiny zburzonego przez Niemców obserwatorium: kilka kamieni i piwniczka… Ale w 2007 roku stała się rzecz niesłychana: po sześciedzięciu latach udało się je odbudować! Dzisiaj można je zwiedzać oraz uczestniczyć w pokazach. Popatrzcie jak się zmieniło:

Tak było przed 2007 rokiem, z obserwatorium po wojnie zostało dosłownie tyle…

… ale od 2007 roku to samo miejsce wygląda tak!

Niesamowite, prawda? Zainteresowanych zapraszam do odwiedzenia strony obserwatorium tutaj , najbliższa możliwość obserwacji nieba niestety chyba dopiero na wiosnę, natomiast w zimie warto zabrać dzieci na zwiedzanie obserwatorium i wykład połączony z pokazem zdjęć wykonanych lubomirskim teleskopem.

Wózkami na Lubomir – nie próbujcie tego powtarzać, to była trasa szaleńców… Na tym zdjęciu jeszcze droga w porządku, ale później kamienie ogromne i ostro pod górę 😉

No i jak? Kiedy ruszacie na szlak? 🙂